Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 23 ). Początek tułaczego życia katorżnika. Konwój z automatami i psami. ” Przygody „w punkcie zbornym w Orszy i w pociągach .


Widok na Orszę lat 30 ub wieku. Zdjęcie z Wikipedii

 Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Upłynęło około tygodnia od wyroku sądowego , gdy nas – już skazanych – zebrano w ogólnej celi i stąd wyprowadzali na wyjazd pociągiem do Orszy na zbiorczy punkt -„ pieresyłocznyj punkt”.

A więc 16 lutego 1945 roku  wyprowadzono nas, więźniów – około dwudziestu z więzienia. Uszeregowano w piątki i kazano trzymać jeden drugiego pod ręce.

Konwój z automatami w rękach otoczył nas. Na przedzie i z tyłu kolumny stali oficerowie z psami. Kolumna ruszyła na stację.

Ludzie oglądający ten pochód, żegnali się i płakali. Bo niejednego ojca i matki był tu syn.

Mojej – Kochanej żony – Helusi nie było na pożegnaniu.

Ona jeszcze jechała do Wilejki , gdzie było nasze więzienie i wiozła mi proszone ubranie. Gdy dotarła do więzienia, ja już byłem w drodze.

Po zorientowaniu się w rozkładzie pociągów postanowiła dopędzić mnie w Orszy.

 I dopędziła.

Moja Helusia dotarła do Orszy, znalazła tam” pieresyłocznyj punkt” i przekazała mi podarek.

Był tam kożuszek, wojłoki, ciepłe watowe spodnie , oprócz tego było w tej podajance ciepła bielizna i różnego rodzaju jadło. Ledwie to wszystko przeniosłem z kancelarii tego biura.

Ta podajanka wzbudziła wszystkich zainteresowanie , a przede wszystkim tych, którzy toreb nie mieli przy sobie.

Do ogromnej sali na piętrze domu spędzono  więźniów około dwóch tysięcy.

Na środku tego kolosu  stały dwie beczki – paraszyty – do opróżniania się.

 Wokół nich chodzili – spacerowali- przeważnie grupami , skazani na roboty.

Jedni mieli ze sobą pod pachą jakieś torby z żywnością , drudzy tych toreb nie posiadali. Oni też wyrywali tym, którzy posiadali te torby. Trudno było się obronić od tych głodnych rabusi. To byli przeważnie groźni bandyci – recydywiści- dla których więzienie , czy też obóz pracy był radnym domem.

Ja, ksiądz i jeszcze jakiś towarzysz niedoli  nie chodziliśmy po tej wielkiej sali, tylko staliśmy opierając się o ścianę tego bloku, albo siedzieliśmy na swoich rzeczach.

 Ci” szakale” – głodni ludzie, nie mogli się dobrać do naszego kącika i wyrwać nam nasz dobytek. Tak było na sali w dzień, kiedy świeciło jeszcze słońce.

W nocy, ta zgraja przypuściła ataki na naszą grupkę, bo wiedzieli, że my mamy pełne „ sidory”- torby. Jeden już wstawił nogę między  mną a księdzem leżącym obok mnie i zgiął się tylko, a już dostał ode mnie takiego kopniaka butem, że jęknął z bólu i powiedział: „ Czort krepko bijot” ( diabeł mocno bije).

I poszli dalej szukać lepszego szczęścia.

Nazajutrz wyprowadzają nas na podwórko i ustawiają w piątki.

Konwojenci z automatami rozstawiają się o pięć kroków od kolumny i o 10 kroków jeden od drugiego. Starszyzna otacza nas z psami z przodu i z tyłu.

Dają komendę : „ w pierod”( do przodu) .

Ruszyliśmy.

Za 20 minut byliśmy już na stacji kolejowej. Stoją wagony puste, ale dla transportu zwierząt. Czyż my mamy jechać nimi?

Ależ tak – dają komendę  włazić do tych wagonów.

Kto silniejszy i sprytniejszy wskakuje i zajmuje miejsce lepsze- cieplejsze- na górnych narach.

A ja, chociaż” niezłomek” mam trochę siły, ale bez stopieniek nie mogę wskoczyć , bo mi zawadza ten duży „ sidor”( tłumok).

Jakoś przy pomocy ręki, którą podał mi dobry człowiek , wgramoliłem się do tego „bydlęcego domu –wagonu” .

 Księdza nie było już za mną, chyba zatrzymali go w Orszy – na pieresyłocznym.

Wagon był duży i pomieścił nas więźniów siedemdziesiąt osób.

Było po jednej i po drugiej stronie po pięć nar.

Pośrodku stał nieduży żeliwny piec.

W ścianie przy drzwiach była wyrąbana dziura przez którą wychodziło na zewnątrz korytko  do oddawaniu długu przyrodzie” ciężkiego i grubego” też.

Na narach wszyscy się nie pomieścili, więc zajmowali miejsca pod ścianami i wokoło nie ogrzewanego pieca.

 Ja zająłem miejsce pod ścianą.

Ruszył pociąg.

„ Szakale” zaczęli działać. Podeszło do mnie trzech i zaczęli odbierać mi mój „ Sidor”- torbę z pożywieniem. Trzymając mocno swoje skarby zacząłem krzyczeć wniebogłosy : „Gwałt, gwałt”.

Posłyszeli te głosy konwojenci stojący na butorach. Natychmiast dali znak, by się pociąg zatrzymał.

Pociąg stanął. Zaskrzypiały drzwi wagonu naszego. Otworzyły się.

Wpadło czterech konwojentów z młotkami. Podniesionym głosem zawołał jeden : „ Kto kryczał?” .

Nikt się nie odezwał i ja też. Pomyślałem , że jeśli ich wskażę, że odbierali ode mnie moje rzeczy oni się pomszczą na mnie, nawet mogą zabić. Bo im by to nie przeszło bezkarnie.

Konwojenci pomyśleli pewnie, że gdzieś zrobiono dziurę w podłodze wagonu. Zaczęli sprawdzać  ostukując młotkami podłogę i ściany przepędzając nas z jednej strony wagonu na drugą, walili takich młotkami gdzie popadło.

Po dokonaniu przeglądu konwojenci wyszli z wagonu zamykając nas w wagonach.

Dali sygnał.

Pociąg ruszył naprzód.

Minęło kilkanaście minut i zjawiło się do mnie stojącego przy ścianie z węzełkiem, dwóch „ zakluczonych”- więźniów- bandytów, tych samych którzy na mnie przedtem napadali.

Proponują mi przejść do nich na górne nary , gdzie będzie cieplej i nikt mnie tam nie skrzywdzi a oni mnie tam obronią.

Nie wierząc w ich współczucie przyjąłem tę propozycję, bo innego wyjścia dla ochrony mojego mienia nie było.

Przerzucili moje rzeczy na górne nary, a mnie pomogli wdrapać się na nie.  Było tam ciepło i nawet nie ciasno.

Obdarzyłem moich „dobrodziejów” sucharami i kęsami słoniny. Głód był u nich zaspokojony.

Zaczęli opowiadać o swoich sukcesach i porażkach w bandyctwie i złodziejstwie, za które oto teraz zostali skazani – dostali po 10 lat- „ isprawitilenych trudowych łagierej”.

Układali sobie plany , jak się lepiej urządzić w łagrze, by nie ganiali na ogólne prace poza zoną.

Przechwalali się, „ że  łagier i tiurma to ich dom”.

Jeden z nich,  z tych już łaskawych dla mnie bandytów, który teraz nie brał udziału w naszej rozmowie wlazł do torby mojej i wyciągnął z niej ciepłą koszulę – obwiązał nogi, mówiąc, że jest mu zimno w starych burach.

Drugi za jego przykładem wyjął mi z torby letnie buty z cholewami. Tłumaczył się, że jest mu bardzo chłodno w zanoszonych pantoflach.

Jeden i drugi obiecali, że zwrócą mi, gdy będą wychodzić z wagonu.

Piekło sowieckie

  Mróz panuje do 25 i więcej stopni C. Zimno jest nie do zniesienia w wagonie.

 I wreszcie słyszymy sygnał pociągu obwieszczający , że kończy się nasza męka.

Jesteśmy na stacji: „ Mołotowsk” . ( obecnie Siewierodwińsk)