
Przed wejściem do świątyni buddyjskiej. Dym...

Zdjęcie pocztówki obrazującej wnętrze świątyni buddyjskiej, ale innej niż nasza. Posągi są złote, a te które widziałyśmy- mroczne czarnoszare były...
Białe „kwiaty”
Po obradach zostawało mało czasu na choćby łyk egzotyki Nagoi.
Jednak każde późne popołudnie „ wyssałyśmy do sucha”, tj. wykorzystałyśmy na zwiedzanie, łażąc aż do ekstremalnego bólu nóg. Ale nic to, bo wrażenia były silne i niezapomniane.
Najpierw wybrałyśmy się pobliskiej świątyni buddyjskiej, której nazwy niestety nie zanotowałam.
Znajdowała się pomiędzy surowymi wysokimi mieszkalnymi blokami, wydawała się tam wtłoczona przez jakiś przypadek. Miły był to przerywnik ulicy. Zauważyłyśmy ładne barwne drewniane elementy, fragment powyginanego dachu i strome schody prowadzące na niewielki dziedziniec przed wejściem. Byłyśmy zbyt przejęte, gnałyśmy by zobaczyć co dalej, i nie poszukałyśmy odpowiedniego miejsca, skąd można było sfotografować całą świątynię. Teraz próbowałam porównać to co zapamiętałam z pięknymi zdjęciami dwóch świątyń buddyjskich w Nagoi , zamieszczanymi w necie ale nie udało mi się ustalić, która z tam przedstawianych była tą naszą. No cóż, zwiedzałyśmy na własną rękę, mając bardzo mało czasu na zgłębianie informacji. I dlatego pozostały tylko rozrzucone w pamięci obrazki tego, co było dla nas najmocniejsze.
Skupiłyśmy się na najbardziej frapujących fragmentach.
Gdy pokonałyśmy schody wiodące do świątyni poczułyśmy przyjemny zapach dymu. Wydobywał się z ogromnej miedzianej kadzielnicy ustawionej przed wejściem i wił się tak, że czasem przyjmował białą przezroczystą postać ludzką . Można było patrzeć na ten dym i patrzeć…..
Obserwowałyśmy jak wierni podchodzą tam wolno, z namaszczeniem , nachylają się nad naczyniem i dłonią zagarniają ów dym na twarz. Chwilę trwał ten rytuał, który ponoć ma zapewnić siłę zdrowie i pomyślność. Dopiero po chwili wchodzili do wnętrza. A my stałyśmy w dali mocno przejęte , nie mając odwagi zaburzyć powagi chwili ani nie przeszkadzać. Nie podchodziłyśmy bliżej, byłyśmy przecież obce. Jednak wdychałyśmy ten dym z daleka sycąc zmysły…
Po pewnym czasie należało jednak przerwać te dymne medytacja i ruszyłyśmy za wiernymi do świątyni. Było dziwnie ciasne i mroczne. Przerażone oglądałyśmy mnóstwo wielkich, znacznie wyższych niż wysokość zwykłego człowieka, bardzo ciemnych figur ustawionych w rzędach i szeregach tworzących jakiś mroczny gąszcz, który człowieka przerażał i odpychał.
Szukałam jakiegoś miejsca, by ująć w perspektywie ten martwy tłum, ale to się nie udało ani mnie ani Kaśce. Mam za to pocztówkę obrazującą podobne figury w innej japońskiej świątyni buddyjskiej. Bóstwa są tam złociste, pewnie w oglądzie przyjemniejsze, niż te obejrzane przez nas.
Buddyzm to na pewno ciekawa religia, a właściwie filozofia. Przybyła do Japonii dopiero w XIV wieku wypierając miejscową religię shinto, która dopiero wtedy została tak nazwana, bo przedtem nikt jej nie klasyfikował i było dobrze. Ponoć w Japonii istnieje wiele różnych świątyń buddyjskich typowych ale także związanych z uczniami Buddy. Oglądana przez nas należała ponoć do tej drugiej grupy i stąd obecny tam element grozy.
Otumanione zapachami kadzidlanego dymu i atmosferą świątyni , odetchnęłyśmy pełną piersią dopiero wtedy, gdy wydobyłyśmy się na zewnątrz.
A tam czekała niespodzianka, przedtem nie zauważona.
Nieopodal zejścia ze schodów śnieżną bielą zakwitał niewielki bezlistny krzew. Był zjawiskowo piękny. Zbliżałyśmy się z przejęciem, wpatrując się w kwiecie. I jak wielkie było nasze zdziwienie, gdy się okazało, że to nie kwiatki, a starannie zrolowane papierki jednakowo zapętlone na gałązkach.
Były na nich zapisane modlitwy, prośby czy podziękowania składane swojemu bogu…Nieme i piękne …
