Po pierwszym roku studiów mieliśmy odbyć obowiązkowe miesięczne praktyki w szpitalu. Zostałam skierowana do Kliniki Chirurgii., którą prowadził słynny wtedy Pan Profesor Drews.
Do tej pory nie mieliśmy zajęć w klinikach, więc z namaszczeniem przekraczaliśmy bramę , przez którą wchodziło się do innego świata. Na dużym terenie rozlokowane były pawilony o ciekawej monumentalnej, jak zresztą cały stary Poznań, architekturze. A za drzwiami Kliniki Chirurgii otwierało się nasze przyszłe medyczne życie.
Po krótkim powitaniu w zespole lekarzy, zesłano nas do dyżurki pielęgniarskiej i odtąd zarządzała nami siostra oddziałowa. Mieliśmy wykonywać pracę salowych, ale również zapewniano, że nauczymy się wykonywania zastrzyków .
I najważniejsze, oficjalnie pozwolono nam w wolnych chwilach uzgodnionych z pielęgniarkami, zaglądać na blok operacyjny i przypatrywać się pracy zespołów chirurgicznych .
Z wielkim zaciekawieniem staliśmy przed tablicą, gdzie przypinano kartkę z planem operacyjnym i wybierałyśmy co ciekawsze pozycje .
Obejrzeliśmy mnóstwo zabiegów wykonywanych na otwartym brzuchu Tam wreszcie się przekonaliśmy jak przydatna może być wkuwana wiedza z anatomii. Byliśmy dumni i szczęśliwi.
Kiedyś przywieziono niedoszłego samobójcę . W pijanym widzie, przeciął sobie nadgarstki, ale zaczynał od części grzbietowej, więc działał nieskutecznie. Jego dłonie zwisały smętnie utrzymując się jedynie na strzępkach stawów i kościach, które wyraźnie bielały w ranie. Widok był przerażający. Wydawało się, że pacjent nie ma szans i utraci obie dłonie. Tkwiliśmy na bloku, obserwując działania lekarzy. A tymczasem przez wiele godzin dwa zespoły chirurgów , jeden przy lewej a drugi przy prawej ręce pacjenta, rekonstruowały uszkodzone mięśnie, ścięgna, naczynia. Niebawem po operacji, chory już trzeźwy i przerażony tym co zrobił, podniósł rękę i poruszył palcami. To dopiero była radość. Cieszył się cały zespół operatorów . Udało się . Czy pacjent nie ponowił próby, nie wiem, ale tym razem dłonie miał uratowane !
Podziwiałam kunszt i cierpliwość zawodową oraz tolerancję lekarzy dla takich nieszczęśników. Przecież ten chory sam sobie zawinił, a nikt nie miał do niego pretensji . Może po wyzdrowieniu coś do niego dotarło, może nie…
