Losy moich Rodziców. Odpowiedź z kuratorium.

Do Rakowa wracałam z nadzieją.

Odebrałam Zenona, który chętnie przebywał u dziadków.

Zdałam Teściom relację z rozmowy z kuratorem, omijając epizod mojego załamania się. Najnormalniej w świecie wstydziłam się łez. Chciałam uchodzić za twardziela w spódnicy.

Nie wiem, czy rodzice Wacka byli zadowoleni, bo pewnie woleliby mieć całą rodzinę blisko siebie. Ale zdawali sobie sprawę z tego, że nasze życie na odległość na dłuższą metę nie ma szans.

Wróciłam do pracy i nadal nic się nie działo.

 Jednak tuż przed wakacjami, otrzymałam prawie równoczasowo dwa listy z Wilna.

Był list od Wacka i z kuratorium.

W obu była zawarta informacja o pozytywnym załatwieniu naszej najważniejszej sprawy.  

Otrzymałam zawiadomienie, że od września mogę podjąć pracę w Smorgoniach.

Jak bardzo biło mi serce z wrażenia i radości, nie muszę opisywać.

Wstąpiła we mnie otucha, że wszystko będzie dobrze, inaczej niż do tej pory.

Może szczęście się do nas uśmiechnie.

Te wakacje były dla mnie jedne z najpiękniejszych.

Odwiedziłam Wacka, razem pojechaliśmy do Smorgoń.

Wynajęliśmy tam mieszkanie dla mnie i Zenona.

Jednak Wacek miał nadal mieszkać w Wilnie, gdyż codzienne dojazdy nie byłyby możliwe. Jednak rodziła się nadzieja na wspólne rodzinne niedziele.

Miasteczko było sympatyczne.

Losy moich Rodziców. Rozmowa w Wilnie.

Gdy Wacek przybył do domu na święta Wielkanocne, postanowiliśmy, że sama pojadę do Wilna na rozmowę w sprawie pracy.

Może tylko ja postanowiłam, nie pomnę.

Chyba z reguły kobiecie  bardziej zależy  na podtrzymaniu żaru domowego ogniska.

I tak któregoś dnia zebrałam się w sobie, wzięłam dwa dni urlopu załatwiając z koleżanką, że mnie zastąpi w szkole, Zenona zostawiłam u teściów i wybrałam się w drogę.

Po wielu godzinach dotarłam do Wilna.

Nawet nie spotkałam się z Wackiem, bo był w pracy.

Od razu udałam się do kuratorium i poprosiłam o bezpośrednią rozmowę z Inspektorem. Miałam trochę szczęścia, gdyż był on na miejscu.

Przyjął mnie po kilku minutach.

Wyłuszczyłam moją prośbę.

Miałam przygotowany tekst, w którym logicznie uzasadniałam swoją prośbę.

Wysłuchał.

Potem westchnął i odpowiedział, że niestety nie ma wolnych etatów nauczycielskich w Wilnie i bliskiej okolicy.

W tym momencie nie wytrzymałam.

I ja, dzielna, odważna i zamknięta kobieta pękłam.

Zalałam się łzami i z gniewem i rozpaczą ponownie rozpoczęłam błaganie.

Chyba się wzruszył.

W końcu byłam młodą, niebrzydką kobietą, a może był wrażliwy na damskie łzy. Nie wiem.

Ale widząc, że nie ma szans, bym opuściła jego gabinet, rozpoczął gorączkowe myślenie.

Sprawdzał jakieś dokumenty, gdzieś dzwonił.

I po pewnym czasie zakomunikował, że prawdopodobnie niedługo zwolni się etat dla nauczycielki w Smorgoniach, bo jest tam osoba, która niebawem odchodzi na emeryturę.

Obiecał, że mnie zawiadomi w najbliższym czasie.

Powiedziałam, że będzie się dowiadywał o tę posadę mój mąż.

Opuściłam jego gabinet z mieszanymi uczuciami.

Czyżby mój upór i łzy zadziałały?

Myślę, że on miał  w zanadrzu  jakieś wolne etaty, ale nie chciał, bym opuszczała Raków.

To miasteczko było położone na głębokich  rubieżach Rzeczpospolitej i ze złą a właściwie żadną komunikacją z innymi miastami. Z tego powodu pewnie niewielu było kandydatów do pracy w tym zapyziałym miejscu.

Wyszłam i jak na skrzydłach popędziłam do Wacka, który wynajmował tutaj mieszkanie. Właśnie wrócił z pracy i po wysłuchaniu mojej opowieści wydawało się, że jest zadowolony.