A wszystko przez to, że zakwitły modrzewie…

 

SAM_7031.JPG

Pan modrzew i nasza michałowicka alejka

 

SAM_7037.JPG

Pani modrzewiowa

 

Zaczęło się od modrzewiowych kwiatów

Jak mawiają, przysłowia są mądrością narodu, ale uwielbiam także zwyczajne porzekadła.

Jak choćby  to : obiecanki, cacanki.  Bo dzisiaj właśnie  okazało się aktualne, stwierdzam z pewnym zażenowaniem. Wprawdzie wtedy, gdy obiecywałam nie oszukiwałam, byłam pewna swego, ale „ zawiał inny wiatr” i przyniósł znowu coś nowego… ale ab ovo:

   W poprzednim wpisie zapewniałam, że tym razem będzie kontynuacja jednego tematu aż do szczęśliwego zakończenia. Dotyczyło to wycieczki do Biecza. A tu co, a tu nic. Bo dzisiaj wpadłam w takie zdumienie, że aż musiałam się  nim  z Wami podzielić. Bo czyż to nie dziwne, że żyję sobie ja na tym świecie już prawie 70 lat ( tak, tak w końcu września stuknie mi taki wiek) i wiecznie  coś mnie zadziwia.

Świat jest piękny i stale dla nas otwarty oraz soczysty. Tylko rwać, pomlaskiwać z zachwytu , międlić tymi nadgryzionymi zębem czasu swoimi lub już nie swoimi ząbkami i łykać i wpadać w euforię, że jest cudnie, że żyjemy widzimy i poznajemy.

Ależ się nagadałam, wybaczcie, ale musiałam, bo moje dzisiejsze zadziwienie jest faktycznie wielkie i radosne.

     Otóż, moi mili, dzisiaj odkryłam, że na każdym z dwóch modrzewi przeniesionych znad naszego Bugu przed 10 laty ( były wtedy tyciutkie) są różne kwiatki. Jeden cały zakwita na biało , drugi na czerwono. Mój Boże, żyję sobie obok  modrzewi od prawie 40 lat i nigdy tego nie dostrzegłam. Dopiero dzisiaj.

I faktycznie,  gdy poczytałam w necie, że te urocze drzewa z rodziny sosnowatych ( też zadziwienie, bo nijak z sosnami się nie kojarzą, choćby z powodu tego, że tracą igły na zimę , już nie mówiąc o pokroju ). , że  te drzewa zwane ślicznie Larix  są rozdzielnopłciowe. Panowie kwitną skromniej, bo na biało a za to panie ubierają się w karmin. Ciekawe zjawisko, bo w przyrodzie zwykle chyba bywa odwrotnie. Chociaż może nie mam racji.

Tak więc stoją sobie moje dwa modrzewie nieopodal naszej michałowickiej chałupki i dumnie pokazują stare szyszki a spomiędzy nich  nieśmiało wyglądają  pędzelki ze świeżutkimi igiełkami a nieopodal przycupnęły  maleńkie ale urocze kuleczkoszyszeczkopodobnekwiatki (na zdjęciach przeze mnie uwiecznione).

I te modrzewiowe  kwiatki przyniosły ze sobą dalsze poszukiwania w necie i wzrastające zaciekawienie i cały ten wpis wypływający z tego jednego dnia zadziwnia.

Jest kilkanaście gatunków modrzewi. Lubią ( na szczęście, bo są cudne)  naszą półkulę północną i klimaty umiarkowane. Pierwszy raz spotkałam się z modrzewiem gdy miałam może 12 lat. Odwiedziłam rodziców przebywających w szczawnickim sanatorium. Ulokowali mnie w wynajętej izdebce chałupy na zboczu Bryjarki nad szumnym rączym potokiem Grajcarkiem zwanym. Fajne nazwy prawda? Niezapomniane. I wówczas przewodnik, który nas oprowadzał po kurorcie, wskazał ścianę wysokich i wiotko gęstych drzew mówiąc, że to modrzewie. Polecał spacery w tym lesie, twierdząc , że modrzewiowy żywiczny zapach jest zdrowszy niż wszelkie inne inhalacje a szczególnie te, wydobywające się gęstą parą z sanatoryjnych rurek. ( widziałam, okropność ) . Mój Boże, gdzie te czasy , gdzie moja budząca się młodzieńczość i ludzie których już nie ma , moi Rodzice…. Odrywam się od tych wspomnień i czytam dalej.

W Polsce modrzewie widujemy w Tatrach- (oj tak tak, widywałam, są potężne ) , gdzie  tworzą górną granicę lasu. Tę strefę  upodobał sobie modrzew europejski ( Larix decidua- szukałam w necie jak należy tłumaczyć to drugie w nazwie- ale tylko jakieś ginekologiczne określenia tam są , które zresztą znałam , brr ) a w części środkowej i południowo- wschodniej mieszka modrzew polski – Larix polonica. To brzmi pięknie, tak jak należy-  patriotycznie 🙂

Modrzewie potrafią wyrastać na wysokość  40 m , zawsze szeroko rozkładają swoje konary i gubią kruche gałęzie , czego doświadczamy nad Bugiem. Bywa, że  szczególnie po przejściu jesiennej wichury, droga jest usłana suchymi „zrzutami „ modrzewiowymi , mnóstwem miniaturowych szyszek oraz gęstym płaszczem utkanym ze złotych drobniutkich igiełek …

Ale wszystko im darujemy. Bo te drzewa są nasze, wyhodowane z mikrusa , rosły na naszych oczach razem z dziećmi  i od zawsze rozsiewają upojny zapach i nieodmiennie urzeka nas  delikatność ich igiełek i pozorna wiotkość.

Właśnie przypomniałam sobie naszą najstarszą wnuczkę. Miała wtedy 8 miesięcy . Wzięłam ją na ręce i gdy podchodziłam do modrzewiowych gałęzi  zwieszających się nad tarasem, dziecko już z daleka wyrażało niepokój ,  wtulało się we mnie i  odpychało łapkami . Pokazywało paluszkiem na kosmate gałęzie i mówiło niezdarnie nie nie. Każda próba zbliżenia się do nich kończyła się tak samo. Co się w tej małej głowinie roiło. Co sobie wyobrażała? Przecież jeszcze niczego w życiu nie widziała. A jednak … może widziała jakieś czarownice z kosmatymi łapami, czy coś innego budziło ten lęk ? Szkoda, że dziecko nie zapamiętuje swoich wczesnych przeżyć , jedynie my, dorośli możemy o tym opowiadać i zadawać znaki zapytania na które nie otrzymujemy odpowiedzi….

 A to modrzewiowe przebudzenie  wiosenne , jak bardzo optymistyczne , że tak można. Zasypiać i odradzać się na nowo.

       Nic więc dziwnego, że Druid Hagal napisał w necie o Modrzewiu taką pieśń:

„ przez las idzie tanecznym krokiem zwiewna i lekka Pani Wiosna, przystaje przy każdym drzewie dotyka je lekko dłonią i szepcze tajemne słowa: „ Już czas. Obudź się- proszę”

To śpiewne zawołanie usłyszał właśnie modrzew, jedyne z drzew iglasty, które traci swe igły na zimę(….)”

I dalej następuje objaśnienie, że „drewno modrzewia przed wyschnięciem jest miękkie, jednak później twardnieje. Jest  odporne na wilgoć i grzyby i dlatego chętnie  budowano z niego statki, domy i meble.

Ponieważ domy wykonane z tego drzewa nie ulegały wpływom atmosferycznym a także się nie starzały, uważano, że drewno modrzewiowe nie tylko jest trwałe, ale posiada siłę magiczną i  chroni domostwo przed pożarami.

Wierząc w moc modrzewia, stosowano jego pędy w starodawnej  medycynie . Jakby z gruntu wierzono, że pomaga w chorobach. A może były to lata prób i błędów pokoleń które żyły przed nami. I faktycznie dalsze obserwacje potwierdziły te sugestie. Leki sporządzone z modrzewia  były pomocne w  chorobach wątroby, płuc i żołądka.  Wywary z młodych gałązek ( a szczególnie zmiażdżone młode szczyty) mają silne działanie moczopędne, co jest wykorzystywane w lecznictwie.  Igły modrzewiowe ( tak jak jodłowe czy sosnowe) dodawano do wonnych i leczniczych kąpieli. Poza walorami zapachowymi leczyły one zaburzenia menstruacyjne ( jak dawniej  pisano – w „ obfitych miesiącach”).

Dawni wojownicy stosowali żywicę modrzewiową, która znakomicie goiła ich rany..

Stosowano ją również przy egzemach i chorobach skóry jako środek dezynfekujący i leczniczy.

Wojowie  i myśliwi  mieli zwyczaj składania części swoich zdobyczy  pod korzeniami modrzewi. Wierzyli bowiem, że te  wspaniałe drzewa będą ich ochraniały w boju i leczyły rany  „( jak rozumiem, były to dary przebłagalne) .

Ponoć ludzie zahukani, nieśmiali, porzuceni przez przyjaciół albo nie posiadający ich w ogóle powinni się przytulać do modrzewiowego pnia a odzyskają to wszystko,  czego pragną….

Wierzono także , że w modrzewiach mieszkają duchy wszystkich zwierząt. Piękne , prawda?

Na koniec  wspomniany Druid Hagal pisze:- W większych zagajnikach tego drzewa można jesienią zbierać „ modrzewiaczki” , pyszne grzyby z rodziny podgrzybków  o wspaniałym pomarańczowo złotym kolorze. ..”mniam mniam, zapachniało, a tak naprawdę to sam widok grzybków jest fantastyczny, nie trzeba zbierać i konsumować ….

     I jeszcze jedna ciekawostka  znaleziona w necie.

Jest to opowieść o amuletach Indian,  którzy jak wiadomo, bardzo w nie wierzyli. Wytwarzali  m.in.   tzw. łapacze snów. W 1975 r.  dotarły one do Europy . Widywałam takie w sklepach z egzotyką , ale nie zwracałam uwagi. Do dziś. Bo już teraz wszystko wiem na ten temat i zapragnęłam mieć taki, bo może coś w tym jest , może przyniesie coś dobrego? Ponoć wiara czyni cuda- o, znowu powiedzenie się wkradło . J

Łapacze snów sporządza się  z ze sprężystej witki wierzbowej zawiniętej w krąg, co ma przedstawiać  cyklicznie powtarzający się czas, Matkę Ziemię, cztery strony świata. Wnętrze kręgu zamykane jest siecią zebraną centralnie , utkaną  ze ścięgna, włosia lub rzemienia. Sieć ta symbolizuje  więzy rodzinne.

Dla pełnej siły działania łapacz powinien być zdobiony koralikami (  miały powodować, że sny się spełniają), piórami ( które wzmacniały działanie koralików a ponadto zapewniały swobodne oddychanie ) . Sowie pióro dawało dziewczynkom mądrość a orle – odwagę chłopcom. Konieczne było umieszczenie też tam kawałków futerka (, bo zapewniały wygodę i ciepło) ; pazura, (który  bronił w razie potrzeby), końskiego włosa (dającego wytrzymałość ), turkusa, (bo  sprowadzał siłę ) i kryształu górskiego ( który daje moc). Dlaczego o tym piszę, ano dlatego, że  obowiązkowo umieszczano też tam kawałek modrzewia ( nie innego drzewa !) który zapewniał dobre zdrowie…

Tak zdobione amulety wieszano nad posłaniem albo przy wejściu do domu.

Wierzono, że przez sieć takiego łapacza , przechodzą  tylko dobre sny, a zatrzymywane przez nią są nocne mary, które z pierwszymi promieniami słońca giną. Dlatego te amulety  wieszano tak, by docierały do nich pierwsze promienie słoneczne….

     A jeśli się zakochamy nieszczęśliwie, co już raczej nam nie grozi ( chyba) to może wrócimy do młodości i poczytamy Mickiewicza. Tylko zabierzmy ze sobą amulet (najlepiej łapacz snów) bo ochroni przed tym, co na końcu Ballady „Świtezianka.” A  dla przypomnienia przytaczam  większy fragment tej Ballady:

 „Jakiż to chłopiec piękny i młody?

Jaka to obok dziewica?

Brzegami sinej Świtezi wody

Idą przy blasku księżyca.

 

Ona mu z kosza daje maliny,

A on jej kwiatki do wianka;

Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,

Pewnie to jego kochanka.

 

Każdą noc prawie, o jednej porze,

Pod tym się widzą modrzewiem.

(…)

Woda się dotąd burzy i pieni,

Dotąd przy świetle księżyca

Snuje się para znikomych cieni;

Jest to z młodzieńcem dziewica.

 

Ona po srebrnym pląsa jeziorze,

On pod tym jęczy modrzewiem.

Kto jest młodzieniec?- strzelcem był w borze.

A kto dziewczyna?- ja nie wiem”

 

 

I nie martwmy się już , bo Świteź nam zabrali, nasza młodość przepłynęła , dawne miłości gdzieś w tym lub już innym świecie bujają . A my trwamy…

Jeśli tego myślenia nam mało, i nadal czujemy się stłamszeni rzeczywistością,  zahukani zgiełkiem, pełni lęku i nieśmiałości a także  opuszczeni, przytulmy się do modrzewiowego pnia, a odzyskamy radość spokój i wszystko czego pragniemy, się spełni….na pewno

A jeśli już nas nic nie obchodzi, tamto było, minęło, przeszłości nie lubimy wspominać, i wiemy że nic nas nie czeka, pragnienia dawno umarły, to tylko wyjdźmy razem przed dom, najlepiej wtedy , gdy wstaje dzień i popatrzmy na modrzewiowe kwiatki, jako i ja patrzę. I jest cudnie….

 

 

 

 SAM_7049.JPG

 

SAM_7016.JPG

 Pani i pan …..

Na medycznej ścieżce. Ropne zapalenie opon mózgowo- rdzeniowych- wyścig z czasem.

Ropne zapalenie opon mózgowo- rdzeniowych jest wynikiem uogólnionego zakażenia czyli posocznicy inaczej nazywaną  sepsą.  

Bakterie , które dostały się do krwioobiegu, krążą w naczyniach , tam się w szybkim tempie namnażają a następnie lokalizują  w obrębie przestrzeni płynowych mózgu i rdzenia kręgowego .

W ten sposób mogą też powstawać ropnie w narządach , np. nerce czy śledzionie .

Jeśli tymi bakteriami są meningokoki, ( neisseria meningitis) namnażają  się  we krwi pacjenta tak błyskawicznie  , że ich zagęszczenie we krwi powoduje tworzenie się zatorów w obrębie skóry i śluzówek. W obrębie pośladków dziecka, w okolicy kolan, łokci, na tułowiu albo w każdym innym miejscu pokazują się drobne krwistoczerwone regularne, uniesione ponad powierzchnię plamki. Czasami można obserwować jak się pojawiają i rośnie ich liczba. Bywa, że  zlewają się w większe skupiska, przybierając wygląd wielkich wylewów krwawych.

Po wdrożonym dobrze dobranym leczeniu zmiany te ustępują w takim samym szybkim tempie.

 Najgorszym , powikłaniem mogą być krwawe wylewy do nadnerczy, co zwykle bywa przyczyną zejścia śmiertelnego. . W przypadkach tzw. posocznicy piorunującej czyli zespołu Waterhause- Friderichsena prowadzącej do zejścia śmiertelnego , nadnercza uwidaczniane w czasie badania sekcyjnego przypominały woreczki wypełnione krwią z zupełnie zniszczoną tkanką gruczołową.

    W przypadku ropnego zapalenia opono mózgowo- rdzeniowych bardzo ważną rolę odgrywa czas wdrożenia odpowiedniego leczenia.

Dlatego w Izbie Przyjęć po błyskawicznym zebraniu informacji o wynikach badań laboratoryjnych należało zaordynować odpowiednią terapię.

Tak więc do obowiązków lekarza który tam pracował  należało wpisanie zaleceń do oddziału takich jak skład   płynów kroplówkowych , rozplanowanie dawek leków w tym odpowiednich antybiotyków i bezzwłocznie przekazać dziecko do oddziału.

Nie zapomnę przywiezionego nad ranem 6 letniego chłopca Marcina N. , z objawami narastającego zespołu wykrzepiania. Przebywał on u swojej babci, w Pułtusku, wysoko gorączkował i wymiotował. Czujna babcia odglądała jego skórę i zobaczyła pojawiające się krwiste  plamki.  Od razu załadowała dziecko do samochodu i trafiła do naszego szpitala. Nie wiem na pewno, ale mogę przypuszczać, że już kiedyś widziała takie schorzenie, a może miała jedynie wyostrzoną intuicję. Udało się go uratować, mimo że objawy gwałtownie narastały. Jakiś czas potem obserwowałam, gdy wielkie wylewy na kolanie i języku ulegały martwicy i w rezultacie wypadły nieżywe tkanki. Nie wiem, jak te zmiany wyglądały potem, może nawet wymagał przeszczepów . Ale uszedł z życiem ….

Na medycznej ścieżce. Porządkowanie i kodowanie leków.

W tym jednym bloku mojego rejonu , w swoich ciupkach mieszkankach, z reguły w kawalerkach leżały chore, stare  kobiety.

Opiekowały się nimi sąsiadki, a może czasami  jakaś rodzina.

Jednak kogoś z rodziny widywałam rzadko.

Miały wiele kart informacyjnych  z pobytów szpitalnych.

Znalazłam tam ciekawostkę, że przyczyną hospitalizacji było np. spożycie lanatozydu w nadmiernej ilości. Był to powszechnie stosowany lek nasercowy, tzw naparstnica i jego dawkowanie w pojedynczych kroplach musiało być precyzyjne. Najczęściej były to 3- 4 krople dziennie.

Zastanawiałam się nad przyczyną przedawkowania. Okazało się, że przyczyna była prosta. Paniom się myliły buteleczki z tym lekiem z tzw. popularnymi  kroplami nasercowymi,  których można było bez większej szkody spożyć znacznie więcej niż naparstnicy .

W czasie jednej z wizyt tzw. patronażowych, tj obowiązkowo odbywanych w tamtych czasach przez lekarza rejonowego , które miały na celu ocenę stanu zdrowia starszych wiekiem mieszkańców, zajrzałam do szafki nocnej jednej z pań, oczywiście za jej akceptacją. 

Szafka była po brzegi zapakowana mnóstwem kolorowych buteleczek, flakoników, pudełeczek z lekami.

Wszystko było wymieszane , panował tam  wielki bałagan i większość zawartości szafki z ogromną ulgą wysypywała  się po otwarciu drzwiczek.

Po tym odkryciu w ramach  kolejnych  wizyt u starych ludzi mieszkających w moim rejonie zajmowałam się także porządkowaniem leków.

Segregowałam, wyrzucałam leki  przeterminowane, których była większość .

Zabierałam z domu kolorowe długopisy i malowałam na opakowaniach odpowiednich leków trzy kolory.

Leki, które miały być używane rano oznaczałam   kolorem różowym, leki południowe – czerwonym a wieczorne- czarnym.

Od tej pory posługiwałam się tym prostym kodem.

Odnosiłam wrażenie, że bardzo wiele tych pań nie  umie czytać,  gdyż znajdowałam u nich rozliczne karteczki, na których różnorodni lekarze wpisywali zalecenia dawkowania leków. Niektóre były wypisane nawet dość wyraźnie.

A może moje przemiłe zresztą pacjentki  miały tylko źle dobrane okulary, nie wiem.