Pieskie życie i zwierzęce serca.

 

SAM_8951.JPG

Zawsze razem. Leza z synkiem. Czas przed jej operacją .

 

 

Dzisiaj na chwilę przerwałam wędrowanie po Japonii, bo zadziwił nas mały Polo. I teraz rozmyślam nad domowymi pupilami i ich zachowaniem w trudnym dla kogoś czasie.  

    Nigdy nie mieliśmy w domu zwierząt, poza jednodniowej obecności w gorzowskim domu kota. Jak to było, już kiedyś opowiadałam. I pewnie żal, że nigdy nie doświadczyłam zwierzęcej przyjaźni. Za to teraz z uwagą neofity i rozrzewnieniem śledzę  różne zachowania zwierząt świadczące o ich wielkich sercach. Miło, że w końcu tego doświadczam, jak widać nigdy nie jest za późno na naukę.

    Najpierw wciska mi się w głowę powiedzenie: pieskie życie. Nie wiem skąd się wzięło.

Pewnie dotyczy tych biednych, porzuconych, błąkających się po okolicy i czekających na tego, który zabierze, przygarnie i pokocha.

Ale te, które mają szczęście by przebywać u boku dobrych ludzi są wierne, oddane i dają z siebie ogrom ciepła, przyjaźni. Nie sposób nie kochać swoich zwierzątek.

     Pomnę spotkanie z umierającą kobietą, której kotek w czasie naszej wizyty uciekł na górne szafki kuchenne. I tam krążył nad swoją panią z zadziwiającą delikatnością omijając wazony i inne szklane przedmioty tam ustawione. Opowiadała, że gdy nasilały się dolegliwości, kot układał się na niej dokładnie w miejscu które było najbardziej bolesne. I wtedy czuła się znacznie lepiej. Może tak działało ciepło jego ciała, może jakieś prądy a może tylko zwykła bliskość, której ta kobieta łaknęła jak nigdy w życiu….

      A teraz o pieskach. Było to przed laty, kiedy to Fortaleza, zwana skrótowo Lezą , miniaturowy biały sznaucerek miała może pół roku. Dzieci zostawiły ją u nas na czas wyjazdu na narty. Przywieźli jej posłanie, na którym od razu się ułożyła do snu. Jednak w nocy zauważyłam, że się przemieściła. Cierpiący po radioterapii gospodarz, często wstawał do łazienki i musiał omijać śpiącego przy jego łóżku pieska. Piesek zrywał się i czekał na powrót pana. Dlaczego tak zrobił. Nie wiem. Ale nie wybrał swojego posłania, ani też, jak potem zawsze bywało, nie spał obok mojego tapczanu. Jest tylko jedna odpowiedź. Leza współczuła i chciała pomóc …

     Wspominam ten czas dzisiaj, gdy właśnie wczoraj Ewa zadzwoniła i opowiedziała jeszcze jedną historię. Otóż Leza pół roku temu urodziła synka- jedyne jej późne dziecko. Jest starą, bo 9 letnią matką. I z uwagi na niebezpieczeństwo kolejnego macierzyństwa oraz grożącego ropomacicza, właśnie wczoraj miała operację. Baliśmy się, że żywiołowy jej synek- Polo będzie ją jak zwykle zaczepiał, atakował zachęcając do zabawy. Jest bardzo młodym pieskiem, właśnie skończył pół roku. Ale stało się coś dziwnego.

Gdy  Leza wróciła od lekarze i zawinięta w koc leżała na kanapie, źle się czuła, miała dreszcze i pewnie bóle , tłumione lekami które otrzymała. Jej synek wbiegł z podwórka i bacznie obserwowany przez moje dzieci czy nie zaatakuje swoim zwyczajem, wszystkich zadziwił.

Podszedł powoli bardzo powoli do legowiska Lezy, nie wskakiwał na matkę, wspiął się jedynie na krawędź kanapy  i zaczął delikatnie lizać jej nos. Potem gdzieś pobiegł , czegoś szukał a po chwili przyszedł ze swoją ulubioną piłeczką i bardzo spokojnie położył ją obok pyska matki. Było to tym bardziej zadziwiające, bo do tej pory nikomu nigdy nie oddawał tej piłeczki.

Jestem do dziś zdumiona i jakieś ciepło w sercu zagościło…..

 

Psie macierzyństwo…

Dzisiaj jak zwykle przywitała mnie Leza, czyli Fortaleza od miasta w Brazylii, gdzie wieść o białym piesku przyszła i ochota, by takiego zaprosić do swojego domu.

Mały, gdy usłyszał, że ktoś wszedł, gwałtownie umknął.

Zapytałam więc Lezę, gdzie twój synek. Od razu zrobiła w tył zwrot i pognała do pokoju. Po chwili wyszli obydwoje zza fotela…Maluszek właśnie ukończył 5 tygodni, ma już 5 zębów ostrych jak szpileczki, ale na szczęście nie są to jedynki, więc mama łaskawie pozwala mu na ssanie swojego cycka, bo pewnie nie gryzie zbyt silnie…Leza wskoczyła na kanapę, by zażyć chwili spokoju, a Porto Pollo  przysiadł przed kanapą i zrobił uroczyście siusiu. W tym temacie już wydoroślał, nie  siusia na miękkie wspólne legowisko ale bardzo chętnie na podłogę. Ponoć należy mu położyć gazetę i wtedy zrozumie, że tylko tam wolno. Potem gazetę trzeba stopniowo przesuwać w stronę drzwi wejściowych by potem już wypuszczać w wiadomym celu na podwórko. Zobaczymy jak będzie przebiegała edukacja. Na razie jest rozkoszny taki jaki jest.

Ogródek już poznał, bo wczoraj był tam po raz pierwszy, najpierw bał się trawy, która go łaskotała w brzuszek, ale potem radośnie ganiał za piłeczką.

Gdy jego mama się wylegiwała  kanapie, Porto przytruchtał do mnie i gdy znalazł miękką skarpetkę na mojej nodze zaczął ją  podgryzać.

Po chwili mama zeszła łaskawie na podłogę a wtedy maluch pognał w jej kierunku i przyssał się do piersi…fajnie tak obserwować jak rośnie i rozwija się mały piesek….i czułość ogarnia, widząc, jak dość wiekowa, bo 9 letnia matka po raz pierwszy poznała smak macierzyństwa i zdaje egzamin na szóstkę!

 

 

SAM_8680.JPG

 

 

 

SAM_8717.JPG

 

 

SAM_8735.JPG

 

 

SAM_8788.JPG

 

 

SAM_8791.JPG

 

 

SAM_8797.JPG

Z Ewą….

 

SAM_8802.JPG

 

 

SAM_8819.JPG

 

 

SAM_8825.JPG

Potem Leza powędrowała na legowisko, był mały mógł spokojnie konsumować, a sama pozowała do zdjęcia….

 

SAM_8827.JPG

 

 

 

Gdy Leza pobiegła by mnie pożegnać, mały się gramolił za nią- dzielnie sobie daje radę…

 

 

 

SAM_8870.JPG

 

Mała domowa radocha…

 

SAM_7246.JPG

 

 

 

 

Dzisiaj o 3 nad ranem przybył do naszego a właściwie domu naszych dzieci nowy psi obywatel.

Całkiem niedawno okazało się, że  ulubiony rodzinny  piesek, a raczej suczka o imieniu Fortaleza, zwana popularnie Lezą ( od nazwy brazylijskiego miasta Fortaleza, gdzie miały miejsce ważne wydarzenia rodzinne, które pewnie kiedyś już opisałam) , właśnie po raz pierwszy zostanie mamą. 

Tatusiem najprawdopodobniej  jest wieloletni wielbiciel Lezy, przystojny i miły mieszkaniec Jastarni, dumnie reprezentujący kilka ras ( chociaż z przewagą genów rudawobeżowego jamnika) o imieniu Tofik.

Leza wczoraj  jeszcze nas  odwiedziła z okazji 14 urodzin Michała, była radosna, jak zwykle skłonna do zabawy, a dzisiaj już jest poważną mamą swojego jedynaka.

Tak więc Michał otrzymał od niej prezent urodzinowy, jak mówi najpiękniejszy. Maleńki pieseczek jest uroczy, rześki i już podbił nasze serca….

Czyż nie mam racji?

 

Na zdjęciach pieskowych jest Jula, muszę jeszcze sfotografować  Michała, bo się może obrazić. Więc na razie go przepraszam, że tak wyszło….

 

A zapomniałam dodać, że maluch nazywa się Polo …

 

 

SAM_7267.JPG

 

 

SAM_7281.JPG

 

 

SAM_7283.JPG

 

 

SAM_7289.JPG

 

 

SAM_7284.JPG

Nasza przyjciółka Leza.

 

7.JPG

 

 

 

 

 Urodziła się na warszawskiej Pradze, więc trudno wymagać by była damą. Jest małym, żywiołowym , trochę szczekliwym i radosnym pieskiem.

Jest małym pieskiem z nieprawdopodobnie wielkim sercem.

Zjawiła się w domu moich dzieci, bo 11 letnia wtedy Jula i 6 letni Michał od dawna pragnęli mieć takiego przyjaciela. Przed 7 laty, ich ojciec, który poleciał na kajtowe szaleństwo do Ameryki Południowej, bo tam najpiękniej wiało, w brazylijskim domu Polaków, których podobno mieszka tam całkiem sporo, napotkał małego białego pieska . Był zachwycony gdy dowiedział się, że jest on urodzony przy ul. Szaserów w Warszawie i ma tam siostrę. Telefonicznie przekazał do Polski tę wiadomość i druga babcia Juli wybrała się tam natychmiast. Poczem pojawiła się w Michałowicach z małym pieskiem w koszyku. Dzieciaki bardzo się ucieszyły i nawet na chwilę zapomniały, że ich ojciec jest daleko i z powodu pokajtowego urazu wróci później. Wszystko dobrze się skończyło i wkrótce wszyscy cieszyli się Lezą.

Właściwie otrzymała na imię Fortaleza od nazwy tej brazylijskiej miejscowości, gdzie mieszkał jej brat, ale skracając to imię ostatecznie została Lezą.

Młodziutka jeszcze była, gdy jej „rodzinka  „ wyjechała na wakacje i Leza przybyła do nas. Już nas znała, więc chyba nie przeżywała rozstania z dziećmi i beztrosko sobie biegała po naszym domu i ogródku.

Ale nie był to dla nas dobry czas, bo gościła tutaj choroba. Nie zapomnę takiej nocy, gdy zauważyłam Lezę na dywaniku przed łóżkiem cierpiącego. Odeszła ze swego ulubionego poprzednio posłania i wiernie czuwała. Była spokojna jak nigdy i poważna. To było niezwykłe, gdyż kolejnej nocy zachowywała się tak samo. Gdy ostre objawy choroby minęły, Leza wróciła na swoje miejsce sypialne.

Nigdy nie miałam psa, więc nie wiedziałam, że takie zwierzątko może tak wyczuwać i rozumieć sytuację, opiekować się jak najlepszy przyjaciel. Wówczas to Leza zupełnie zawojowała moje serce i nigdy nie zapomnę tamtych dni….

Po pewnym czasie Leza wróciła do domu , ale dzieciaki ponownie gdzieś wyjechały i tym razem w ich domu została z nią druga babcia. Któregoś dnia otrzymałam od niej telefon, głosem bardzo przejętym i rozedrganym  opowiedziała, że Leza uciekła. Sewa obiegła całą miejscowość, ale nigdzie pieska nie znalazła. Też się bardzo tym przejęłam, odpowiedziałam, żeby wróciła do domu , odpoczęła i czekała na ew powrót Lezy. Szybko się ubrałam i pognałam  w Michałowice. Przemierzyłam wiele kilometrów, pytałam przechodniów, wołałam, ale gdy nie udało mi się spotkać Lezy, smutna wracałam do domu dzieci. I gdy byłam już blisko domu, nagle zauważyłam trzy małe pieski, które kroczyły wzdłuż parkanu. Na czele  szła pokornie, lękliwie, umorusana jak nieboskie stworzenie wyraźnie zmęczona nieomal słaniająca się na nogach Leza, a za nią triumfalnie podążały dwa czarne, niewiele od niej większe  kundelki. Już nie wołałam, zatrzymałam się gdyż widziałam, że owa grupa skręca w stronę wejścia do ogrodu. Zdążyłam wyjąć aparat i zrobić zdjęcia. … Zadzwoniłam do babci naszych wnuków, by otworzyła drzwi wejściowe. Była szczęśliwa widząc  ukochanego pieska. Towarzysze Lezy nawet nie pchali się do wejścia za nią, dyskretnie pozostali na zewnątrz jakby czuwając czy ich koleżanka nie otrzyma solidnego lania za swój czyn.

Ale nie byłyśmy w stanie na nią krzyczeć, widząc jak jest mokra, zmęczona i przerażona, wzięłam koc i zakryłam do biedne udręczone ciałko. Leżała spokojnie na fotelu i powoli dochodziła do siebie. Oczywiście również zrobiłam jej zdjęcia, które zamieszczam poniżej. Jednak czas leczy rany i wkrótce już była wesoła, ale czy zapomniała? Tego nie wiem….

Podobny wyczyn wydarzył się w czasie gdy wszyscy pojechali nad morze. Tam Leza również uległa naturze i uciekła. Córka biegała po całej Jastarni, w końcu wsiadła do samochodu i szukała jej w sąsiedniej Juracie. Pytała ludzi, a nawet zatrzymała patrol policyjny, zgłaszając zgubę. Panowie tak się przejęli, że wyruszyli dalej w teren, obiecując pomoc. I owi dzielni policjanci stanęli na wysokości zadania, bo niedługo potem zadzwonili, że Leza jest u nich, na posterunku. Tak więc córka cała szczęśliwa odebrała pieska z komisariatu…panowie cieszyli się podobnie jak wszyscy i w dodatku dostali piwo oraz czekoladki więc radość ich była pełna…

I gdy tak patrzę na zdjęcia z  Lezą wesoło baraszkującą z piłką i Michałem, która zda się nie pamięta o swoich traumatycznych chyba przeżyciach, także o  swoich lękach przed zbliżającą się burzą, której jeszcze nie widać na błękicie nieba, z czułością myślę o tym małym piesku , piesku o wielkim sercu…

teraz  jest już dorosłą psią kobietą, bo ma już prawie 8 lat, ale nadal jest naszą radosną młodzieńczą przyjaciółką….

 

 

 

2,leza,17.02.2011.JPG

 

 

1,1.JPG

 

Wyczuwa nadchodzącą burzę gdy jeszcze niebo błękitne…

 

 

2,1.JPG

 

 

2,0.JPG

 

Po ucieczce z domu…

 

 

6.JPG

 

 

5.JPG

 

 

7.JPG