Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 18 ). Dramatyczne losy siostry , szwagra , ich maleńkich dzieci i reszty rodziny.


  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Szwagier i siostra

    Partyzanckie  oddziały ( sowieckie- przyp. Z.K..) były najczęściej małe – po trzy osoby.

W nocy przebywali w lasach, a na dzień wychodzili do wiosek, w których zdobywali pożywienie i często wiadomości o ruchach wojsk niemieckich.

Często rozmawiali z chłopami tych wsi. Werbowali młodych do wstąpienia w ich szeregi i nieraz zmuszali młodych chłopców do pójścia z nimi razem. Niewielu było ochotników- ale byli.

Mój szwagier, z zawodu krawiec, nawiązał z nimi kontakt bliższy. Szwagier i rodzice moi mieszkali w mojej rodzinnej  wsi- Kołpiei otoczonej wokół lasami i położonej o pięć kilometrów od miasteczka Smorgonie- gdzie była stacja kolejowa prowadząca z Wilna do Moskwy.

Szwagier często przychodził do mnie i pytał mnie o zachowanie się wojsk na drogach. Zrozumiałem, że on te wiadomości przekazuje swoim partyzantom- towarzyszom.

Pewnego dnia przyszła moja siostra w odwiedziny. Rozmawiałem z nią o tych ich conocnych gościach.

Przy tej okazji przekazała mi kartkę od partyzantów- którą przeczytałem i podarłem.

Z oburzeniem powiedziałem jej, żeby do nas więcej nie przychodziła. Bo u nas moc szpiegów i mogą donieść o tym Niemcom, a oni nas rozstrzelają.

Po tygodniu Niemcy wieś naszą rodzinną spalili. Podczas pożaru, każdy z wioski uciekał gdzie mógł.

    Do naszego mieszkania wpadł wspomniany szwagier  i krzyknął: Janku ratuj.

Głos echa jeszcze nie umilknął, kiedy wskoczył do mieszkania żołnierz w niemieckim mundurze i głośno zakrzyczał: „ Kto tu przed chwilą wszedł”, patrząc na nas dwóch stojących przed nim.

 Szwagier ubrany w całości, a ja w półkoszulku z temblakiem na ręku i spodniach.

Szybko żołnierz się zorientował i chwycił nowoprzybyłego za ramię i wyprowadził na podwórko.

Za nim- żołnierzem wszedł jeszcze jeden gestapowiec z kobietą- tłumaczką i patrząc na mnie zapytał po niemiecku, czy ja tam nie figuruję na liście współpracujących z partyzantami. Tłumaczka stanowczo stwierdziła, że nie.

Szwagra poprowadzili do gestapo.

W tejże chwili wjeżdża na nasze podwórko wozem  moja siostra z niemowlęciem  przy piersi i  drugim też małym  dzieckiem.

Podbiegają do niej gestapowcy i gdy ona już wyszła z wozu – pytają ją o dokumenty i aresztowują ją.

Zostawiają  nam dzieci ze słowami : „ Bierzcie te dzieci bandyckie”.

Siostrę sadzają na wóz , którym przyjechała i z dwoma gestapowcami odjeżdżają na gestapo.

Chcąc wyratować siostrę i szwagra udałem się po poradę do znajomego mi tłumacza kolegi Woltmana. Ten zaprosił komendanta miasta do naszego mieszkania.

Tu, częstując go, błagaliśmy, by wstawił się w sprawie aresztowanych w gestapo. Nazajutrz dał nam znać kolega Woltman, że komendant miasta był w gestapo i tam mu odpowiedzieli, że na nich są donosy na piśmie, że kara ich nie ominie.

Tegoż samego dnia ciocia Wiera poniosła aresztowanym jedzenie.

 Gestapo przyjęło posiłek i powiedziało, żeby przyniosła dziecko na nakarmienie piersią matki, bo strasznie ją bolą sutki przepełnione mlekiem.

Ciocia przyniosła trzytygodniową dziewczynkę. Pozwolono ją nakarmić. W tym czasie matka, szepnęła ze łzami w oczach: „ Błagam, opiekujcie się dziećmi , bo nas już nie puszczą żywych” .

Rzecz zrozumiała, że oboje szwagier i siostra przyznali się do kontaktów – współpracy z radzieckimi partyzantami. Nie wytrzymali kaźni, jaką stosowało niemieckie gestapo- przyznali się.

Co robiono z takimi, którzy się przyznawali do wrogiej działalności przeciwko Niemcom? Najczęściej wywozili do lasu po dwóch- trzech i kazali skazanym kopać dół. A gdy ten już był gotowy, stawiali ofiary twarzą do wykopanej jamy i z tyłu strzelali w głowę. Jamę zasypywali, równając ją z powierzchnią ziemi.

Tak też rozprawili się gestapowcy ze szwagrem Bazylim i siostrą Anną.

   Sowiecka armia po rozgromieniu Niemców pod Stalingradem- Wołgogradem- szybko szła na Zachód, chociaż faszystowska armia ustępując zniszczyła wszystkie drogi i mosty.

W miesiącu sierpniu 1944 już była na ziemiach Białorusi.

Tam, gdzie zjawili się bolszewicy , zaraz rozpoczęły się aresztowania- czystka niebłogonadziożnych- tj niepewnych obywateli.

       Ja nie spodziewałem się, że i mnie do nich zaliczą.

Ale zaliczyli i aresztowali w końcu sierpnia 1944 roku w miasteczku Smorgonie, gdzie mieszkałem.

Mieszkając w tym miasteczku, nie współpracowałem z Niemcami, gdy oni ten teren okupowali.

Nie miałem też kontaktów z partyzantami bolszewickimi, którzy mnie namawiali do współpracy z nimi, przysyłając kartki przez siostrę Ankę, bym się z nimi spotkał. Jak wspomniałem siostra moja mieszkała w rodzinnej mojej wsi Kołpiei, znajdującej się za rzeką Wilią, o 5 km od Smorgoń.

      W tych okolicach, koło Kołpiei było dużo lasów i tam właśnie przebywali sowieccy partyzanci grupami. W nocy przychodzili do gospodarzy i zaopatrywali się w żywność. W dzień, czasami też przychodzili i zaciągali siłą w swoje szeregi młodych zdatnych do służby wojskowej.

Dlaczego nie nawiązałem kontaktu z partyzantami sowieckimi ?

Dwie były przyczyny. Po pierwsze, byłem mocno zaangażowany w remont młyna po zamordowanych teściach, a po drugie- to , że bałem się gestapa niemieckiego, które rozstrzeliwało bez pardonu podejrzanych i jego rodzinę.

 Szkoda mi było żony i synka Mirka i drugiego synka – jeszcze maleńkiego Pawełka.

Jak przedtem pisałem – gdy Niemcy się dowiedzieli, że w wiosce Kołpiei często przebywają partyzanci, urządzili blokadę tej wsi i spalili ją doszczętnie.

Był to dzień Zielonych Świąt, 1943 roku.

Spalił się i mój rodzinny dom, który przecież i ja pomagałem budować, zaraz po skończeniu pierwszej wojny światowej.

Ludność tej wsi, gdy zobaczyła, że przybyło wojsko niemieckie i zaczęło podpalać domy, uciekała do pobliskich lasów, albo sąsiednich wsi.

Szwagier wraz ze swoją rodziną, także uciekli ze strachu do nas, do Smorgoń. Gdy tylko szwagier Bazyli przekroczył próg naszego domu, za nimi wpadło dwóch Niemców i go aresztowało. Siostrę  Annę, aresztowano na podwórku, a dzieci oddano nam.

Tymi Niemcami, którzy zabrali siostrę i szwagra byli własowcy, odziani w mundury niemieckie.

Następnego dnia ciocia Wiera zaniosła do więzienia małą córeczkę siostry Anny do nakarmienia piersią.

Ciocia Wiera widziała ją zbitą, zmaltretowaną . Prosiła wtedy cichym głosem, by wszyscy krewni zaopiekowali się dziećmi, gdyż oni już nigdy do nich nie wrócą- zostaną zabici. Już o tym pisałem wcześniej.

Od tłumacza niemieckiego dowiedziałem się , że na nich pisali donosy, a głównie gospodarz wsi, któremu partyzanci rozbili piec w mieszkaniu za to, że gdzieś wysłał swoich synów, których oni chcieli zabrać w swoje szeregi. 

Ten gospodarz, którego prześladowali partyzanci, uciekł do Smorgoń i tam zamieszkał z zemstą w sercu. Gdy szwagier uciekał z podpalonej wioski, ten natychmiast dał znać gestapo , że jedzie- ucieka z rodziną.

I że są to ludzie, którzy współpracowali z partyzantami. Oddział żandarmerii natychmiast otoczył nasz dom i tu złapali szwagra i siostrę  z dziećmi.

   Dzieci, które Niemcy nam rzucili, były z początku u nas, a później zabrała je babcia z dziadkiem do siebie i wychowali je w małej chałupinie, którą dziadek pobudował na zgliszczach spalonego dużego domu.

W wychowywaniu tych sierot pomagała i ciocia Marysia, która razem zamieszkała z rodzicami w tej nieszczęsnej wsi Kołpiei.

Ciocia Marysia nie objęła  żadnego stanowiska w kołchozie, chociaż ją namawiali, by została księgową.

Została zwykłą kołchoźnicą, bo nienawidziła ( i nienawidzi do dzisiejszego dnia) władzy radzieckiej. Miała wykształcenie szkoły zawodowej i mogła pełnić obowiązki, które jej proponowali, ale ona za nic na świecie nie chciała współpracować z pijanicami i złodziejami.

Tak więc wolne chwile poświęcała tym biednym dzieciom i już dość starym swoim= naszym rodzicom.

Gdy zmarł ojciec, ona z matką wychowywała chłopczyka, który już uczęszczał do szkoły i pomagała doglądać dziewczynki- Heli. Uczyła ją chodzić, mówić, a gdy Helence minęło siedem latek, oddała ją do szkoły i czuwała nad jej nauką i wychowaniem.

Gdy wróciłem z obozu sowieckiego- z łagru- sierotka miała już ponad dwanaście lat.

Braciszek jej odbywał służbę wojskową w armii sowieckiej.

Po śmierci babci ( mojej mamy), kiedy ja już byłem w Polsce, ciocia ją oddała do domu dziecka, gdzie skończyła szkołę podstawową i skierowano ją do Instytutu Pedagogicznego w Mińsku. Z pomyślnymi wynikami skończyła ten Instytut i obecnie pracuje w przedszkolu. Wyszła za mąż i ma już dwóch synów.

c.d.n.