Ale najważniejsza znajomość z czasów poznańskich, tak pięknie rozwojowa, że nawet mogę ją teraz nazywać przyjaźnią, to Osoba Małgosi Krajewskiej.
Nie była w naszej grupie studenckiej , ale miałyśmy zajęcia z anatomii w tym samym czasie .
Rozpoczynały się one ok. godziny 16, ale wszyscy przybywali znacznie wcześniej.
Siadaliśmy wówczas na schodach, rozkładaliśmy książki i w oparach dymu papierosowego pospiesznie zakuwaliśmy , usiłując w ostatniej chwili wbić sobie do głowy tajniki anatomii. Przepytywałyśmy siebie nawzajem, więc było gwarno, chaotycznie.
To był klimat niepowtarzalny, zdarzył się tylko jeden raz w życiu.
Wspominam te czasy z czułością.
I właśnie wtedy zauważyłam dużą, bardzo poważną dziewczynę o krótkich , poskręcanych tzw trwałą, włosach , które miały bliżej nieokreśloną barwę.
Krótko mówiąc, nie dostrzegałam w niej wielkiej urody, na pewno była przystojna, ale wyciszona i jakby wyhamowana.
Zresztą obie byłyśmy zajęte swoimi koleżankami. Małgosi zawsze towarzyszyła Ola , ciemnooka i ciemnowłosa niewielka, bardzo energiczna i zawsze ruchliwa. Były mieszkankami Poznania, znały się od dawna i widać było, że łączy je przyjaźń i jakby porozumienie ponad zwykłe więzi studenckie.
Ja wpatrywałam się z uwielbieniem w Monikę, usiłowałam ją naśladować, udając wielkie rozbawienie i wieczny luz. Zastanawiam się na tym , co napisałam. Nie, ja nie udawałam luzu, po prostu w tych okolicznościach i przy tych ludziach właśnie tak czułam.
Małgosia po latach określiła nas , szczególnie Monikę, jako nieco zdziwaczałe, szalone, a nawet zbliżone do wariatek dziewczyny .
W tych czasach , z Małgosią , chyba niewiele rozmawiałyśmy ze sobą, ale zadzierzgnęły się między nami silne , jak się okazało więzy , które pewnie wynikały z naszej bardzo specyficznej sytuacji, przypominającej warunki więzienne. Tworzyłyśmy wtedy zupełnie odrębną zamkniętą i skonsolidowaną społeczność, powiązaną silnym przeżywaniem bardzo trudnych pierwszych chwil medycznej edukacji.
Jak silne były nasze wzajemne relacje, mogłam to ocenić po bardzo wielu latach.
Otóż w 1981 roku rozpoczęłam pracę w CZD ( pewnie te czasy opiszę później ) . Któregoś dnia Ania Jungowa zabrała mnie do stołówki szpitalnej.
Gdy kupowałam obiad u pani, która siedziała na środku sali jadalnej, Ania pokazała mi z daleka kobietę zjawiskowej urody.
Powiedziała, że jest to dr Małgorzata Walasek, i że jest prawą ręką profesora genetyki, prowadzi poradnię genetyczną i jest świetnie rokującym młodym naukowcem.
Stałam i patrzyłam w kierunku Małgorzaty.
A ona już płynęła w naszym kierunku, wysoka, prosta, smukła z długimi jasnymi włosami, luźno upiętymi w ogon koński . W turkusowym mundurku, bo takie nosili w CZD lekarze wyróżniała się z tłumu i jaśniała tajemnym blaskiem.
Spotkałyśmy się obok stolika, gdzie pani wycinała kartki na kolejne obiady.
Ania usiłowała nas sobie przedstawić.
Ale nie było takiej potrzeby, bo w tej chwili nieomal wykrzyknęłam- Małgosia!
Ona powiedziała, że rozpoznała mnie z daleka i dlatego natychmiast przybiegła .
Oczywiście doskonale zapamiętała moje imię.
Teraz tylko uzupełniłyśmy informacje o sobie, podając aktualne , przejęte od naszych mężów nazwiska.
Ona w czasach studenckich nosiła nazwisko Krajewska, a ja Łukaszewicz. Teraz byłyśmy Walasek i Konopielko.
Mimo upływu czasu i zupełnie innej sytuacji niż poznańskie studia , przywitałyśmy się z wielką radością i sympatią. Wydawało się, że rozstałyśmy się przed kilkoma dniami.
Od tej pory spotykałyśmy się dość często .
Ponieważ obie mieszkałyśmy na Żoliborzu, w środkach komunikacji spędzałyśmy wiele godzin, gadając bez pamięci.
Poznałyśmy swoje problemy rodzinne , jakieś sekrety, udzielałyśmy sobie różnych porad. Zawsze podziwiałam jej mądrość , rozsądek i nieustanną chęć pomocy.
Gdy moja Paulina przygotowywała się do matury, jej córka zadeklarowała pomoc w nauce. Bo wtedy już była studentką lingwistyki stosowanej, zresztą ukończyła to samo w którym była moja Córka- Liceum im Stefanii Sempołowskiej. Dobrze więc znała tamtejsze zwyczaje i nauczycieli. Przez jakiś czas się spotykały i na pewno pomoc córki Małgosi była cenna. Małgosia też doradziła, by moja Paulina zdawała na maturze biologię, a nie jak planowała historię.
Dodatkowo, nomen omen, jej córka też nazywała się Paulina. Uważałam, że był to niebywały splot okoliczności…..
W działaniach medycznych Małgosia zawsze spieszyła z poradą , włączała się w różne moje i moich dzieci problemy, zawsze aktywna i zaangażowana.
Od dawna jest uznanym w świecie profesorem genetyki, Kierownikiem Zakładu Genetyki CZD, niezwykłą żoną i matką.
Ma uroczego męża , Jerzego, dziennikarza i spotkania z nimi są miłe, z przyjemnością obserwuję, jak wzajemnie siebie traktują , poważnie z czułością. A przecież są już małżeństwem z bardzo dużym stażem, pobrali się przecież tuż po ukończeniu studiów.
Życzę Im wielu dobrych lat i myślę o Nich z wielką sympatią i szacunkiem.
