Na medycznej ścieżce. Nóż w żołądku.

Gdy spytałam go o dolegliwości,  powiedział, że właściwie żadnych nie ma, poza tym , że połknął w więzieniu nóż i nie wie co ma dalej zrobić.

Udałam, że informacja jest dla mnie jak chleb z masłem, zwyczajna, naturalna .

 Jednak w środku wszystko mi się zagotowało.

Pomyślałam, że sobie żartuje.

Pewnie usłyszał że jest jakaś młoda lekarka w przychodni i postanowił sprawdzić jak się zachowuję.

A w perspektywie opowiadać kolegom jak tę młodą zrobił w bambuko.

Ale wyparłam tę pierwszą myśl, bo pomysł w gruncie rzeczy nie miał większego sensu. Popatrzyłam na niego- był spokojny, poważny, ale wyluzowany tak,  jakby opowiadał o jakiejś obcej osobie i nieprawdopodobnej sytuacji.

Wyglądał normalnie, oczywiście nie licząc tych tatuaży.

Nie robił osoby zaburzonej psychicznie.

Tak czy inaczej należało go potraktować poważnie.

Tak zrobiłam, bo miałam taką zasadę.

Zapytałam spokojnie , naprawdę połknął pan nóż?

A jaki to był nóż?

Odpowiedział, że kuchenny.

Zbadałam człowieka jak przystało.

Brzuch był śniady, bez grama tłuszczu, miał wyraźnie zarysowane  ślicznie wymodelowane mięśnie, jak z atlasu anatomicznego. Poprosiłam, by je odpowiednio rozluźnił, co chętnie uczynił. Dokładnie i bardzo delikatnie zbadałam ten brzuch i nic nie budziło mojego niepokoju.

Zupełnie nie wierzyłam temu człekowi.

Ale dla porządku zleciłam zdjęcie przeglądowe jamy brzusznej w trybie pilnym.

Wrócił jeszcze tego samego dnia z kliszą w dłoni.

Opis nie był potrzebny.

Gdy popatrzyłam na to zdjęcie, osłupiałam.

Od tej pory już nic nie mogło mnie zadziwić.

To co zobaczyłam było jednoznaczne. Poniżej linii żeber skosem nieomal przez całą jamę brzuszną pokazał się najprawdziwszy nóż. Wyglądało to tak, jakby ktoś  specjalnie ten nóż położył na brzuchu pacjenta i zrobił zdjęcie rtg.

Jednak to było niemożliwe, zdjęcie było oryginalne, z zakładu rtg szpitala bielańskiego, wykonywał technik rtg  i wszelkie tego typu podejrzenia odpadały.

Tak więc faktycznie ten młodzieniec połknął nóż i spokojnie z nim przybył do przychodni.

A jeszcze przed skierowaniem na rtg zapytałam, kiedy połknął ten nóż. Odpowiedział, że ok. 2 tygodnie temu. I faktycznie, to co wydało się nieprawdopodobne okazało się najprawdziwszą prawdą.

Ostrze noża miało  już nadtrawione  jakby powygryzane brzegi.

Skierowałam go na Izbę Przyjęć Chirurgii na szczęście pobliskiego Szpitala Bielańskiego z zaznaczeniem kolorem czerwonym , że skierowanie jest na cito!

Dowiadywałam się potem, oczywiście przebył operację, powikłaną przetoką żołądkowo skórną.

A ja pozostałam bez odpowiedzi na pytania własne jak to możliwe, by normalny człowiek zdołał połknąć takie narzędzie kuchenne.

Nie wiem też w jakim celu to zrobił ?

Potem czytałam na takie tematy, ponoć takie zachowania więźniów są nieomal chlebem powszednim …..

 

Na medycznej ścieżce. Dyżury w pogotowiu ratunkowym.

W czasie tego stażu należało odbyć także kilkanaście dyżurów całodobowych w Pogotowiu Ratunkowym.

Nasz zespół należał do bardzo dynamicznych, nie z powodu młodej pani doktor, ale z powodu niemal rajdowego kierowcy , który kiedyś pracował na erce i miał szybkość we krwi. Często gnaliśmy  środkiem ulicy, nie zważając na tory tramwajowe, czasami przefruwaliśmy trawniki a ja z trudem hamowałam mdłości. Z impetem wjeżdżaliśmy w maleńkie podwórka starych domków na Młocinach . Początkowo się dziwiłam, że kierowca zwykle  wjeżdżał  tam tyłem. Ale wkrótce  się przekonałam, jak cenny był ten manewr. Dawał on możliwość szybkiego opuszczenia miejsca postoju.

 Otóż kiedyś wjechaliśmy jak zwykle tyłem po wąskiej drożynie podwórkowej otoczonej parkanami , wysiedliśmy z karetki i gdy już dochodziliśmy do wejścia domku, wybiegł do nas mężczyzna z siekierą, którą wymachiwał niby cepem. Nie było wyjścia, wskoczyliśmy do karetki, i z gwizdem, sprawnie  opuściliśmy to podwórko. Zatrzymaliśmy się dopiero za rogiem i wezwaliśmy policję, zwaną wówczas milicją. Po pewnym czasie przyjechali panowie i wkrótce zapanowała dziwna cisza. Okazało się, że tym człowiekiem z siekierą był nasz pacjent, który na widok ekipy pogotowia ożył w szybkim tempie. Ponieważ opuścił domek w pudle milicyjnym, wyjaśniliśmy to wszystko z jego stareńką matką i zgłosiliśmy w dyspozytorni naszego pogotowia to wydarzenie.

Oczywiście bez przerwy otrzymywaliśmy kolejne zgłoszenia, ponaglenia , ale takie wydarzenia , jakie opisałam czasami zaburzały płynną pracę.

Zawsze się bałam, że może ktoś inny w tym czasie umiera, a pomoc nie nadjeżdża. Zgłoszenia były dość enigmatyczne- zasłabnięcia, bóle brzucha, bóle klatki piersiowej. Może dyspozytorki nie były wykształcone w takim stopniu jak obecnie, ale informacje dostawałam skąpe i jeździliśmy wg kolejności zgłoszenia . Wszystkie te objawy mogły być spowodowane poważną chorobą ale także przyczyną błahą.

I wówczas dziękowałam Bogu, za to, że w naszym zespole jeździł doświadczony felczer. Potrafił rozpoznawać intuicyjnie chyba , które zgłoszenie wygląda dramatycznie i należy przeskoczyć kolejność, delikatnie podsuwał mi swoje sugestie diagnostyczne i nawet sugerował terapię. Chętnie korzystałam z jego pomocy, bo wnosił w moją wiedzę medyczną życiowe, praktyczne elementy. Był po prostu mądrym człowiekiem.

Gdy zanurzałam się w łańcuchowo ułożone podwórka, które łączyły kamienice starego Żoliborza towarzyszył mi i bezbłędnie prowadził i ochraniał.

Bronił mnie przed agresywnymi często  pijanymi pacjentami albo w przypadku pacjenta o dziwo trzeźwego- przed pijanymi członkami jego rodziny lub kumplami.

W ten sposób przetrwałam w całości ten okres, gdy dzięki dyżurom w pogotowiu, poznałam nie tylko kawał prawdziwego życia medycznego ale też zakamarki uliczek żoliborskich, podwórka łączące się tajemnymi przejściami i maleńkie chatki w ogródkach działkowych.