Na medycznej ścieżce. Wielkie uszy – terapia.

I wracam do opisywania moich dziejów z medycyną związanych .

W poprzednich wpisach , które znajdują się w rozdziale zatytułowanym” Na medycznej ścieżce” było o wczesnym dzieciństwie i lalce z nacinanym i zszywanym brzuchem, chorobach rodziców , o spotkaniu  dr Piotr Kunowicza,  dr Kaczmarka , którzy stali się  dla mnie wzorcem postępowania prawdziwego lekarza.  Potem opisywałam pierwsze zetknięcie z blokiem operacyjnym, gdzie nieomal zemdlałam słysząc dźwięki piłowania kości. Potem  był  okres  studiów w AM w Poznaniu, najbardziej charakterystyczne zajęcia z nieszczęsnym ‘ dziurawym wojskiem” włącznie i pożegnanie tego miasta. Dla mnie najsilniejsze i swoistą dramaturgią nasycone są wspomnienia  ze szpitalnych praktyk…

Teraz już studiuję w Warszawie ale wracam myślami do swoich poznańskich kolegów.

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Wielkie uszy – terapia.

  Spośród dość bezbarwnych kolegów  odznaczał się  Leszek Milanowski. Był niewysoki, energiczny, ruchliwy i zawsze miał opanowaną wiedzę medyczną.  

Miał jednak wielki kompleks.

Był właścicielem dość dużych uszu, czego nawet początkowo nie dostrzegałam.

Ale Monika była od mnie dużo bardziej bystra i któregoś dnia opowiedziała mi o tych uszach i dziwnym zachowaniu Leszka. Potem i ja zwróciłam na to uwagę. Gdy tylko padało słowo uszy czy ucho, niezależnie od okoliczności i wcale nie związane z jego osobą, np. ktoś mówił ” bolały mnie dzisiaj uszy”- Leszek purpurowiał i chrząkał nerwowo.

Któregoś dnia Monika postanowiła wyleczyć go z kompleksów.

Zastosowała metodę, której nie znałam a nawet wydawała mi się co najmniej kontrowersyjna.

Otóż w momencie, gdy wchodziliśmy do naszej sali ćwiczeń, Monika wyraźnie i głośno, tak, aby wszyscy słyszeli, witała Leszka słowami :

O, cześć Leszek, jakie masz piękne duże uszy.

Byłam spłoszona, podobnie jak ten kolega. Chciałam się zapaść pod ziemię. Widziałam, że wszyscy nieruchomieli, cała sala nagle milczeniem się pokrywała i czułam jak narastało ciśnienie do granic bólu uszu…

Wyobrażam sobie jak on się wtedy czuł.

Ale Monika z uporem powtarzała tę formę powitanie, codziennie przez kilka kolejnych dni .

I wtedy wydarzył się cud.

Pewnego dnia jak zwykle zbieraliśmy się w sali sekcyjnej w Collegium Anatomicum i tam właśnie nastąpił wiekopomny moment naprawdę wart uwiecznienia przynajmniej skromną tablicą na murze uczelni. Otóż na niezmienne dictum  Moniki” witaj Leszku, jakie masz piękne uszy” nagle  pękł balon naszego niepokoju bo zupełnie niespodziewanie Leszek się rozpromienił !!! Nie zapłonął przy tym swoim krwistym rumieńcem, nie uciekał oczami w okolice sufitu gdzie spokojnie żeglowały muchy unosząc na łapkach formalinowe ślady skąd czerpane, nie muszę pisać.  Tym razem tak nie było. Leszek patrzył śmiało w oczy Moniki , i najnormalniej w świecie   wybuchnął śmiechem. Oczywiście po chwili ciszy i my zaczęliśmy się pokładać ze śmiechu. Dobrze, że jeszcze nie zaczęły się zajęcia, bo nasz śmiech w takim miejscu był co najmniej niestosowny. Ale cóż, byliśmy bardzo młodzi, a okazja do wspólnego śmiechu naprawdę niezwykła.

Czułam jak wszystkim spada wielki kamień z serca.

Od tego momentu już wszystko było dobrze.

Monika odniosła sukces.

Leszek poczuł, że go naprawdę lubimy  a rozmiar jego uszu nie ma żadnego znaczenie.

Moje uwielbienie dla Moniki sięgnęło sufitu…..

Na medycznej ścieżce. Pierwszy dzień na uczelni. Poznań i Monika.

 

I oto nadszedł 1.pażdziernika 1965 roku , kiedy już jako studentka Akademii Medycznej , znalazłam się w Poznaniu.

To miasto odwiedzałam dość często z Ojcem, bo miałam zły zgryz i leczono mnie u ortodonty  w AM , dr Ostrowskiego. Był miłym rudawym blondynem , i nigdy nie krzyczał, gdy kolejny raz meldowałam, że zgubiłam mój aparat nazębny . Zapamiętałam dobrze jego uśmiech. Na Dzięki niemu przekonałam się , że  ważny jest uśmiech lekarza.

Ale teraz to było inne spojrzenie na to miasto.  Dojrzałe nieśmiałą radością a w dodatku samotne. Mój gorzowski dom był daleko i nie mogłam liczyć na wsparcie Rodziców. Zostawiłam opiekuńcze ramię Taty i mentorskie wykłady Mamy. Byłam sama. Ale i wyzwolona. Wszak lubiłam zmiany i nowe wyzwania.

Miasto było ogromne i piękne.

Pierwsze spotkanie studentów pierwszego roku odbyło się na dziedzińcu Akademii Medycznej. Zauważyłam wśród tłumu młodzieży, liczne grupki ludzi, którzy się znali. Wyróżniali się zachowaniem, pewnością siebie i eleganckim stylem ubrań. Potem się dowiedziałam , że to poznaniacy , a wielu z nich to potomkowie sławnych profesorów np. córka Horsta, Steffenówna .

Byłam przejęta, ale spokojnie obserwowałam to, co się działo dookoła. Po chwili podeszła do mnie smukła śniada dziewczyna . Miała brązowe oczy i powieki ze zmarszczką nakątną . Przypominała dziewczyny wschodu . Ale była bardzo wysoka , co nie przystawało do niewielkich Japonek czy Chinek. Ze swoją tajemniczą egzotyczną urodą od razu wzbudziła moje zainteresowanie.   Zapytała , czy już jestem z kimś tutaj zaprzyjaźniona. Odpowiedziałam, że nie. Dowiedziałam się , że nazywa się Monika Brzezicka i mieszka w Poznaniu, ale nikogo tutaj nie zna. Poprzedniego roku nie dostała się na studia, pracowała jako salowa zarabiając punkty. Wtedy w ten sposób można było sobie podnieść wymaganą do przyjęcia średnią.

Od tej pory razem spędzałyśmy bardzo wiele godzin i dni  . Podziwiałam jej błyskotliwą inteligencję , wiedzę o życiu i zorientowanie w problemach studenckich.

Okazało się , że jej siostra była studentką 3 roku AM i  zawsze uspokajała  nas przed kolokwiami. Mówiła , że asystenci są normalnymi ludźmi , nie należy się ich bać , trzeba się  uczyć  , ale można mieć potknięcia.

Bywałam w jej poznańskim domu, poznałam jej  Mamę . Mama nosiła niewielkie okrągłe okulary z grubymi szkłami . Monika mówiła – moja mama w rowerkach . Miała wykształcenie filologiczne i chyba pracowała w uniwersyteckiej bibliotece. Była samą łagodnością i zarażała nas spokojem .

 Gdy przychodziłyśmy na kolokwium, pytałam Monikę , czy jej mama pozwoliła nam oblać . Odpowiadała , że tak,  mama pozwoliła . Wobec tego  wchodziłyśmy do sali egzaminacyjnej zupełnie wyluzowane  i zdawałyśmy bez trudu :).

Po drugim roku studiów  nasze drogi się rozeszły. Monika spędzała każdą chwilę z Michałem, ja przyjaźniłam się z Jerzym M.

Po latach próbowałam ją odnaleźć , ale nikt ze znajomych nie wiedział , gdzie rzucił ją los.