zdjęcie własne – może to ślady katorżników w syberyjskiej tajdze ….
Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 32 ) . W tajdze da się żyć od końca kwietnia do połowy czerwca – wtedy nie wyfruwa meszka.
Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .
Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-
Heleny z d. Wojciul
Praca przy składowaniu pni na sterty
Było to już w miesiącach jesiennych.
Chociaż na dworze nie jest jeszcze chłodno, ale za to pełno błota.
Buty zrobione – uszyte – ze szmat i podszyte gumą ze starych zużytych opon spadają z nóg.
A tu trzeba uwijać się przy popychaniu bosakami długich kloców na stertę.
Ciężka to praca, ale wyjścia drugiego nie ma.
Męczymy się i odpocząć – posiedzieć nie daje meszka , która napada i gryzie niemiłosiernie.
Chodzimy w siatkach od maszkary , ale to okręcenie szyi i rąk przeszkadza w pracy.
Ta maszkar – meszka zaczyna działać od 15 czerwca do 10 stopni mrozu.
Chowa się od mrozu pod mech i tam wiosną wysiaduje maleńką meszkę, która w tajdze jest największą plagą – większą od siarczystego 50- stopniowego mrozu.
Ona się nie boi ni ognia, ni dymu , ni upału , trzeba uciekać w krzaki , żeby zjeść obiad- rzadką kaszę.
Toteż często chodzimy bez siatek na twarzy, ale za to mamy wianki z tej siatki na głowie . Gdy chcemy odpocząć, musimy się położyć na trawie plecami .
Meszka krąży o pięć cm nad nosem i już nie gryzie. A gdy tylko przewróci się człowiek na bok, już go gryzie.
Jej jest tak dużo, jakby ktoś sypał piaskiem w twarz.
Nie gryzie ona, ta meszka, gdy człowiek pomaże się jakimś tłuszczem. Ale gdzie wziąć takie lekarstwo.
Wszyscy mieszkańcy tajgi chodzą w zielonych siatkach na głowie, ale my , więźniowie nie mamy takich , tylko takie: wszyty kawałek siatki w szmatę zakrywającą twarz. Głowa i szyja zakryte są tylko samą szmatą.
Ta mszyca- meszka nie daje spokoju zwierzętom domowym. Gdzie nie ma sierści, gryzie niesamowicie. Dlatego też krowy, kozy, pasą się tu tylko wtedy , gdy zmierzch nastąpi. Koniom, na których pracujemy w lesie , wozimy kloce, smarujemy goliznę dziegciem – tego tłuszczu meszka nie znosi.
Do mieszkania ona nie wlatuje, ale na szybach okna z zewnątrz pełno jej.
Kobiety tutejsze nie chodzą tu w spódniczkach, ale w spodniach zapiętych aż po kostki stóp.
W tej tajdze syberyjskiej można żyć tylko od końca kwietnia do 15 czerwca, kiedy ta przeklęta maszkara siedzi we mchu.
Wtedy tu unosi się aromat, słońce świeci jasno, nie jest gorąco, w powietrzu pełno żywicy i panuje cisza.
Tam warto pojechać na wczasy, tylko trzeba zabrać ze sobą dużo , dużo zachodniego pokarmu.
Tu w rzekach pełno ryb i to ryb bardzo smacznych .
Orzechów również nie brakuje.
Pełno drzew orzechowych , które my spiłowywaliśmy i jedliśmy ich smaczne owoce .
Zima w tajdze
Zima w tajdze surowa. Nieraz mróz dochodził do 60 stopni. Ale trzeba pamiętać, że on nie taki groźny, jak nasz – 30 stopniowy.
On tu jest bez wiatru.
Cisza panuje, gdy on jest tu „ panem”.
Tylko, gdy dochodzi do minus 50 stopni albo i więcej, to drzewa nie wytrzymują , pękają- wydając strzały armatnie , jakby to była prawdziwa wojna.
Gdy mróz dochodził do minus 55 stopni – nas idących do pracy zawracano do domu.
S z c z ę ś l i w y t o b y ł d z i e ń .
Gdyby nas nie wrócono , niejeden pomroziłby nogi i odmroził nos.
Na nogach mieliśmy wojłoki, a na głowie – uszatkę- czapkę, która zakrywała całą twarz i głowę, zostawiając tylko dostęp do ust i nozdrzy – otworków nosa.
Wszystko to było oblepione lodem.
Gdy ślinę z ust wypluwałem, widziałem że ona natychmiast zmieniała się w lód.
Przy mrozie minus 45 stopni pracowaliśmy w lesie. Tę temperaturę można było wytrzymać, ale trzeba było mieć lepsze wyżywienie – więcej tłuszczów. Tylko my nie mieliśmy …
W takich warunkach, jakie tu w krótkich słowach opisałem, przeżyłem sześć miesięcy – do następnej komisji lekarskiej , która szczęśliwym zbiegiem okoliczności uznała mię inwalidą i dała czwartą kategorię.
Zbieg okoliczności był taki , że pani lekarz , która mię badała miała takie nazwisko jak ja.
Najpierw zapytała mię , skąd pochodzę?. Odpowiedziałem , że z Mińska.
Rozmowa się skończyła.
Zapytała: „ Czem wy żałujetieś?” Powiedziałem: „ sercem”.
Dotknęła słuchawką do serca, spojrzała na mnie i powiedziała: „ Subkompensirowanyj porok serca- inwalid” .
Na tym skończyła się nasza rozmowa.
Teraz zastanawiam się, czy ona mi dała taką kategorię – inwalida, po znajomości, czy też dlatego, że biło u mnie serce bardzo mocno.
A biło, bo przebiegłem szybko jak mogłem – 200 metrów przed samym badaniem.
To oświadczenie lekarza, że jestem inwalidą, bardzo mnie przeraziło. Pomyślałem, że już koniec ze mną, do niczego się nie nadaję. Idąc do baraku z tej komisji, wciąż myślałem, że już do zdrowia normalnego nigdy nie wrócę.
Ale, gdy odpocząłem pół godzinki, poczułem, że czuję się zupełnie dobrze.
A więc strach minął.
c.d.n.
