Gorzowskie czasy. Historia z kotkiem.

P1202184.JPG

Eksponat gorzowskiego mninimuzeum w Michałowicach. Granitowa kostka z mojej ulicy Orląt Lwowskich.

 

 

dom na nowotki.JPG

Światełko nad wejściem do dawnego Oddziału Drogowego PKP przy ul. Orląt Lwowskich, gdzie w kotłowni spędzałam czas z kotami….

 

 

Niedawno pisałam o moim gorzowskim minimuzeum w Michałowicach.

Utworzone zostało z eksponatów zebranych z miejsc mi bliskich , taszczonych w plecaku a potem przywiezionych z mojego miasta przez gonię,  przyjaciółkę poznaną dzięki nieistniejącemu już w dawnym kształcie portalowi MM Gorzów. Wysyłałyśmy tam wszystkie tekściki, które przyszły nam do głowy, a te  po akceptacji redakcji ukazywały się w necie. Powodowało to intensywne dyskusje, wielokrotnie merytorycznie twórcze.

Fajnie, że to było, bo pozostały sympatie i wspólne wspomnienia. Jednocześnie żal tamtego , bo nowa formuła jest ogólnokrajową” urawniłowką”, papką raczej tylko.

Po tym przydługim wstępie, ale raczej koniecznym gdy ktoś zajrzy tu po raz pierwszy, albo zapomni, co czytał przedtem chcę przystąpić do kolejnej opowieści.

I tak codziennie oglądam gorzowskie pamiątki starannie opisane ręką Ofiarodawczyni.

      Naczelne miejsce zajmują granitowe kamienie z mojej dawnej ulicy Nowotki (obecnie Orląt Lwowskich) w Gorzowie Wielkopolskim.

Gdy miałam może 10 lat, opuściliśmy przepastne, dość mroczne mieszkanie przy ul Kos. Gdyńskich z dwoma parkami w sąsiedztwie, ze starym poniemieckim cmentarzem w jednym z nich, który był nam terenem zabaw i z błotnistym podwórkiem z cherlawym bzem nad wiecznie przepełnionym śmietnikiem , gdzie spędzałyśmy z Bajką urocze chwile…

    I nastał czas nowego mieszkania w oddziale drogowym PKP, gdzie Tato wspinając się na drabinę zawodową ostatecznie przysiadł na jej Gorzowskiem wierchuszce, na stanowisku Naczelnika.

Wtedy dostał mieszkanie służbowe, które mieściło się w owym Oddziale Drogowym PKP.

Duże było i jasne, z dwoma balkonami, wychodzącymi na pobliską rzeźnię, gdzie wiecznie płakały zwierzęta.

Dlatego unikałam tych miejsc, wolałam przesiadywanie w kotłowni, z panem palaczem i stadem kotów. Od tej pory moje życie towarzyskie opierało się na takich kontaktach a także bliskiej znajomości z portierami zza okienka na pierwszym piętrze. Był to pan Hołub, stareńki wtedy się wydawał, wąsaty , kościsty ale ciepły , który zawsze czytał książki oraz pani Hela Krzyżanowska, duża miła kobieta, z miękką wschodnią mową. Ubolewała, że jej brat zesłany na Syberię zakochał się w miejscowej kobiecie i tam został.

Też tak jak ja kochała koty.

    Kochałam te kociska mieszkające w naszej kotłowni. Któregoś dnia ubłagałam Mamę, by się zgodziła na obecność jednego z nich w naszym mieszkaniu. Był milusi, siedział przed kanapą, na której Mama często się kładła z książką. Patrzył na nią i pomiaukiwał. Pierwszego dnia tak właśnie było. Nawet rozbroił surową i raczej smutną na co dzień Mamę, która  opowiadała mi o jego zachowaniu z uśmiechem. Jednak następnego dnia, po powrocie ze szkoły Mama mnie zaprosiła do małego pokoiku  gdzie stało moje łóżeczko starannie nakrywane kapą i ozdobną wyszywaną nakładką na poduszkę. Od razu uderzył mnie  jakiś nieład. Nakrycie łóżka było jakoś dziwnie skotłowane. Gdy usiłowałam je rozprostować, znalazłam w środku wielką kupę. Kto to zrobił? myśli przegalopowały w mojej głowie i zafiksowały się na jedynym winnym, słodkim kociaczku. Zdruzgotana, zbrzydzona i wzburzona pobiegłam do kuchni, gdzie właśnie urzędowała Mama. Ze spokojem oznajmiła, że to przecież mój kotek był sprawcą tego nieszczęścia więc teraz powinnam sama to wyczyścić i  wyprać . Ryknęłam wielkim głosem, lejąc łzy jak  grochy. Mama  w końcu się złamała, uległa i sama posprzątała po naszym kocie.

Wtedy zdecydowałam bez wahania, że kotek wróci razem ze mną do podziemi.  I tak się stało.   Od tej pory tak jak przedtem mruczeliśmy sobie przy ciepłym piecu w ciemnościach piwnicznej kotłowni. Było miło, przemiło….

 

kot db awatar.jpg

 

Nad Bugiem.  Kotek przed altanką zaprzyjaźnionego z nami Profesora. Taki słodki jak mój, ten gorzowski…..

 

Rozmyślania po lekturze książki Orhana Pamuka „ Muzeum Niewinności”

Nie wiem, czy tę książką mogą zachwycić się młodzi, których świat pędzi nie zostawiając miejsca na refleksje.

Nie wiem, czy jest to książka dla młodych. Moja córka- Ewa nie przebrnęła przez ten tekst, nie przeczytała do końca. Ale może jest to związane z jej temperamentem a nie wiekiem, nie wiem.

Dla mnie Pamuk w swoim „Stambule” a teraz przeczytanej właśnie pozycji „ Muzeum niewinności” jest znakomity.  Uwielbiam jego sposób narracji. Powolny, refleksyjny, nasycony uczuciami i bardzo obrazowy.

Człowiek z bogatej Stambulskiej rodziny, Kemal, nagle zakochuje się w swojej pięknej  ubogiej krewnej. Jest ekspedientką w sklepie i dziewczyną o wielkiej urodzie ale zwykłej a nawet prostackiej osobowości. Zauroczenie, które dotyka tych młodych jest ogromne, wirujące seksem i wzajemnym zachwytem.

Jednak równocześnie  Kemal kontynuuje  rozpoczęty swój plan życiowy, zaręczając się z panną Sibel,  kobietą z jego środowiska, nowoczesną i wyluzowaną.

Młody człowiek nawet nie myśli o zmianie decyzji, przecież jeszcze jest czas, by się wycofać. Ale on poddaje się nurtowi wydarzeń, jest unoszony jak pudełko zapałek na fali ukochanego Bosforu.

Oczywiście konsekwencją takich zachowań jest zerwanie kontaktów z ukochaną a także po długich perturbacjach z narzeczoną.

Zostaje sam z dręczącymi go  myślami o swojej nagłej miłości.

Pielęgnuje wspomnienia jej ciała, spotkań i powoli zaczyna zbierać wszelkie przedmioty mające związek z dziewczyną.

Po latach ponownie się spotykają w innej rzeczywistości i żyją obok siebie. Spędzają wiele czasu w jej domu . Kemal syci się rodzinną atmosferą i cieszy, gdy może dotykać ramieniem ramienia ukochanej.

Powoli zbiory pamiątek po ukochanej rosną. Kemal przechowuje je starannie , liczy poszczególne elementy , a każdy  ma związek z jakąś przeżytą wspólnie sytuacją.

     Po nagłej zmianie w jego życiu, wędruje po świecie i zwiedza liczne muzea związane z ludźmi, którzy odeszli. Wymienia te najciekawsze i powoli realizuje plan stworzenia takiego muzeum w Stambule. Muzeum pamiątek po jego miłości. Nazywa je Muzeum Niewinności.

      Jak dobrze, myślę, że nie jest mu dane wspólne małżeńskie życie i obserwowanie jak starzeje się to najpiękniejsze dla niego ciało.

 

Książka ta jest klimatyczna. Ponieważ bohaterowie uwielbiają raki, anyżówkę i dużo jej piją , więc cała opowieść przypomina pijackie , trochę rozwlekłe ale niezwykle emocjonalne opowieści.

Miłość a może jedynie marzenie o niej, szybuje poza wszelkimi konwenansami i ustalonymi rygorami. Ta miłość żyje swoim życiem. Jest dla mnie piękna i niezwykła. Chociaż kosmicznie odległa od normalnego prostego życia.

I dlatego mnie, zwykłego zjadacza chleba ,  fascynuje, zachwyca .

No i na koniec o autorze, Orhanie Pamuku. Od urodzenia mieszka w Turcji, w Stambule. Kocha to miasto, kraj i ludzi. Jest tacy jak oni——W usta Kemala, swojego bohatera z którym się utożsamia wkłada znamienne słowa :

   ” Nie ma potrzeby , bym dalej opisywał marzenia, które rozkwitały w moim umyśle niczym wydzielające narkotyczne opary kwiaty, gdyż jak większość tureckich mężczyzn, żyjących w moim świecie …zamiast starać się dowiedzieć, co myśli kobieta , którą kochałem do szaleństwa, poznać jej marzenia ograniczałem się jedynie do snucia własnych marzeń na jej temat”…..

W tle powieści znajdujemy miejsca dla autora  piękne, naznaczone wydarzeniami życia codziennego.

W wyobraźni wędruję z tymi ludźmi, sycę się atmosferą miejsc i krajobrazu. Czy jest to możliwe w rzeczywistości. Zastanawiam się. Może tak i może kiedyś z tą książką w dłoni powędruję wysokim brzegiem nad wodami Bosforu.

Uwielbiam pisanie tego noblisty….