
W Japonii jest ruch lewostronny.

Wsiadamy do metra. Po prawej człowiek w białych rękawiczkach
Wytaszczyliśmy się z samolotu, rękawem powędrowaliśmy do lotniskowego pawilonu więc ominęło nas pierwsze niuchanie powietrza by zauważyć jak pachnie Japonia. Jednak pomimo utrudnienia, wolę gdy wychodzi się z samolotu bezpośrednio na płytę lotniska . Jest wtedy możliwość zaczerpnięcia pierwszego oddechu krajem do którego się przybyło i potem ten zapach zostaje w pamięci.
Poszliśmy więc grzecznie owym rękawem, przez jakiś czas oczekiwaliśmy na bagaż, jeszcze odbyła się sprawna odprawa paszportowa i znaleźliśmy się w holu. Nieustannie pilnował nas profesor Stefan, choć wyraźnie zmęczony lotem i chyba drinkami był czujny i opiekuńczy.
Oznajmił, że żona już czeka, widocznie zadzwoniła, nie musiał jej wypatrywać, bo sama do nas podbiegła.
Osłupiałyśmy, bo była ładna, kształtna i wydawała się młodziutką dziewczyną co stanowiło kontrast z jej mężem. Oczywiście Japonki tak mają, że nie sposób zgadnąć w jakim są wieku. Pięknie się starzeją, nie ma co.
Profesor nie był zbyt urodziwy, chociaż zyskiwał w rozmowie a ona po prostu cudna japońska laleczka. Przywitała się z nim ciepło a z nami też miło choć z pewnym dystansem.
Wyszliśmy na zewnątrz i czekaliśmy na samochód. Po chwili podjechała duża miejsko- terenowa Honda w niej miniaturowy prostoczarnowłosy kierowca z grzywką, który uśmiechając się zaprosił do środka. Początkowo nie bardzo wiedziałyśmy kim jest ów kierowca, ale szybko poznałyśmy, że to żona Stefana. Wszak dla nas byli i nadal są wszyscy Japończycy niezależnie od płci i wieku jednakowi.
Wgramoliłyśmy się do samochodu, a ona pewnie prowadziła ten ogromny jak na jej posturę pojazd, zręcznie lawirując wśród mnóstwa samochodów.
Oczywiście ruch lewostronny powodował w naszych głowach pewien zamęt, jak zwykle bywa, gdy człek się znajdzie w kraju o takim systemie ruchu komunikacyjnego. Najgorsze jest uczucie na rondach, bo chce się złapać kierowcę za rękę i zatrzymać, by nie wjeżdżał w naszym mniemaniu pod prąd…
Jak zapowiedział profesor, wysiadłyśmy na końcowej stacji metra, piękna Japonka została w samochodzie, a Stefan pognał do kas. Po chwili wrócił z biletami, oznajmiając, że są całodniowe na całą komunikację w Nagoyi. Oczywiście o zwrocie pieniędzy nie chciał słuchać. Powiedział na której stacji mamy wysiąść, by znaleźć się w naszym hotelu, usadowionym nieomal nad wyjściem z metra. Przepraszał, że nas do hotelu nie dowiozą, bo metrem łatwiej i ponowił zaproszenie do swojego domu. Podziękowałyśmy, jednak bez pewności, czy starczy czasu sił i entuzjazmu do takiej wizyty.
Stefan odprowadził nas na peron metra. Wkrótce nadjechało. Czekało kilkanaście osób , ale ruchem dyrygował pan elegancko ubrany w jakiś uniform i co zadziwiające – miał śnieżno białe rękawiczki. Joanna Bator we wspomnianej na wstępie książce, która stała się powodem tego, że wróciłam wspomnieniami do Japonii, opisuje sceny widziane w metrze i innych środkach transportu. W porze tzw. szczytu komunikacyjnego wielkie tłumy ludzi wpycha podobny pan w białych rękawiczkach i zda się, że ani jedna osoba już się nie zmieści, ale okazuje się, że za jego sprawą wsiada dwa razy więcej ludzi niż pozorna pojemność wagonu.
My miałyśmy szczęście, albo nieszczęście J bo nie było tłoku i nie byłyśmy upychane do wnętrza. Obie jesteśmy słusznej postury i mamy dużą masę ciała, więc nie wiem jak by to się skończyło. Jednak nie było nam dane się przekonać. Może szkoda?
Na peronie został nasz profesor. Metro ruszyło, widziałyśmy jak nasz nowy znajomy nieruchomo tkwi na peronie macha nam na pożegnanie pozornie radośnie, z ciepłem , czułością ale i smutną tęsknotą w dużych oczach. Aż zniknął nam z widoku.
Ten obrazek Polaka jakby zagubionego w dalekiej Japonii pozostał w pamięci na zawsze…
