I w październiku 1968 roku rozpoczęłam zajęcia w warszawskiej Akademii Medycznej. Tutaj wszystko było nowe i inne w porównaniu z Poznaniem. Byłam już kobietą zamężną, więc i zmieniło się moje postrzeganie świata.
Czułam na sobie ciężar odpowiedzialności za kuchnię i takie inne zajęcia. Jednym słowem postrzegałam świat z pozycji matrony. Oczywiście było to śmieszne i dziecinne, zwłaszcza gdy o tym myślę z perspektywy czasu.
Na szczęście Mirek zachował zwykłą swobodę, luz . On wyciągał mnie z domu do teatru, kina, spotkania koleżeńskie , podczas gdy ja byłam skłonna przesiadywać w domu, tzn naszej żoliborskiej kawalerce i pilnować domowego ogniska.
Lubiłam wieczorne łazęgi po mieście, które wyglądało wtedy zupełnie inaczej, odświętnie i piękniej i miało niepowtarzalny zapach. Tak, Warszawa dla mnie wtedy miała zapach – inny niż gdzie indziej, szczególny, przyjemny i tak ją zapamiętałam z tamtych czasów.
Czasami odnajduję zapach tego miasta z tamtych lat i wtedy na sercu jakoś cieplej….
