Byłam dzieckiem starszych rodziców i nie znałam moich dziadków, poza Babcią Stasią .
Po wojnie Babcia Stasia znalazła się w Trzciance Lubuskiej i tam zmarła. Bywaliśmy w tym miasteczku sporadycznie, odwiedzając Ją i dwie Jej Córki – siostry Taty .
Lubiłam jeździć do Trzcianki. Najpierw były jakieś przygotowania. Potem opuszczaliśmy Gorzów. Podróż nie była długa, trwała około trzech godzin. Nie mieliśmy dużych bagaży, a ja zwykle mogłam już włożyć swoje ulubione sandałki, bo nasze wyprawy do Trzcianki były wiosenne i letnie.
Babcię zapamiętałam jako zasuszoną drobniutką osobę. Zawsze czekałam, kiedy nastąpi moment, kiedy Babcia oznajmi, że czas już nakarmić kury. I wtedy ja dostępowałam zaszczytu by Jej towarzyszyć. Z namaszczeniem brałam w obie dłonie sito z ziarnami pszenicy. Uwielbiałam tę czynność. Do tej pory czuję w dłoniach suche ciepło tego ziarna, rozkosz przesypywania go pomiędzy palcami i wyrzucania go pod tłoczące się kury. Zajęcie to było cudne i niezapomniane.
Babcia poza tym polegiwała w łóżku, bo stopniowo słabła.
Zawsze miała przy sobie papierosy, które kurzyła co 2 godziny, bo nie mogła już wypalać całego papierosa do końca.
Pod poduszką trzymała swoje skarby. Zawsze czekałam na niesamowity , zawsze ten sam prezent. Była to zerwana kartka z małego ściennego kalendarza. Czekałam cierpliwie, aż Babcia ją wydobędzie i poda mi z tajemniczą miną szarą, szorstką kartkę . Ta kartka nawet czasami nie zawierała nikłego rysunku, ale była dla mnie jak talizman.
