Do Rakowa wracałam z nadzieją.
Odebrałam Zenona, który chętnie przebywał u dziadków.
Zdałam Teściom relację z rozmowy z kuratorem, omijając epizod mojego załamania się. Najnormalniej w świecie wstydziłam się łez. Chciałam uchodzić za twardziela w spódnicy.
Nie wiem, czy rodzice Wacka byli zadowoleni, bo pewnie woleliby mieć całą rodzinę blisko siebie. Ale zdawali sobie sprawę z tego, że nasze życie na odległość na dłuższą metę nie ma szans.
Wróciłam do pracy i nadal nic się nie działo.
Jednak tuż przed wakacjami, otrzymałam prawie równoczasowo dwa listy z Wilna.
Był list od Wacka i z kuratorium.
W obu była zawarta informacja o pozytywnym załatwieniu naszej najważniejszej sprawy.
Otrzymałam zawiadomienie, że od września mogę podjąć pracę w Smorgoniach.
Jak bardzo biło mi serce z wrażenia i radości, nie muszę opisywać.
Wstąpiła we mnie otucha, że wszystko będzie dobrze, inaczej niż do tej pory.
Może szczęście się do nas uśmiechnie.
Te wakacje były dla mnie jedne z najpiękniejszych.
Odwiedziłam Wacka, razem pojechaliśmy do Smorgoń.
Wynajęliśmy tam mieszkanie dla mnie i Zenona.
Jednak Wacek miał nadal mieszkać w Wilnie, gdyż codzienne dojazdy nie byłyby możliwe. Jednak rodziła się nadzieja na wspólne rodzinne niedziele.
Miasteczko było sympatyczne.
