Na medycznej ścieżce. Chirurgia, chirurgia….

  Gdy  pan docent był na urlopie, jego obowiązki przejął dr Półtorak. Jego pasją były operacje gastrologiczne. Dlatego właśnie w tym okresie  byli przyjmowani pacjenci z chorobą wrzodową żołądka i dwunastnicy, których nie udawało się wyleczyć metodami zachowawczymi. W tamtych czasach nie było tak różnorodnych form terapii jakie są teraz i wielu chorych musiało mieć resekcję narządów.

Inny lekarz z tego oddziału , dr Antczak zajmował się proktologią. Zabiegów tej specjalności widziałam niewiele, ale zapamiętałam jednego pacjenta, który miał wypadnięty odbyt a właściwie chyba nawet część odbytnicy. Widok był tak przerażający, że patrząc na tego chorego sami odczuwaliśmy ból w tej okolicy. Cierpienia chorego nie muszę opisywać  . Leczono go zachowawczo.

Wówczas nikt nie komentował takich problemów. Ale po latach, gdy dowiedziałam się- tak dopiero po latach- o seksie homoseksualistów, powiązałam ten przypadek z takimi zachowaniami, które nigdy nie mogą być obojętne dla organizmu .

W latach 70 ubiegłego wieku tematy seksu a cóż dopiero jego odmian były tematami tabu. A może ja byłam w jakimś stopniu zapóźniona w rozwoju.  Nie wiem.

Jednak myślę, że informacje na ten temat były ukrywane przed światem.

Na medycznej ścieżce. Staż na chirurgii.

Po internie zaliczałam staż na chirurgii.

Oddział ten mieścił się na samej górze budynku Szpitala Bielańskiego .

Szefem był doc. Wiechno, starszy, jak wówczas mi się wydawało pan, mężczyzna pięknej postury, elegancki i szarmancki wobec nas i pacjentów. Jednym słowem miał klasę. Przyjemnie było obserwować jego pracę. Zawsze dużo czasu poświęcał rozmowie z pacjentem i wyjaśnianiu swoich decyzji leczenia chirurgicznego oraz omawianiu sposobu leczenia. A na bloku operacyjnym imponował opanowaniem , pewnym i szybkim działaniem. Widziałam wiele operacji tarczycy, która musiała być usuwana z powodu guzów albo tylko  znacznego przerostu tarczycy. Zabiegi te  wielkiej precyzji, gdyż nieopodal tego gruczołu przebiegały duże naczynia tętnicze oraz nerwy krtaniowe. Każdy nieostrożny  ruch dłoni operatora groził ich uszkodzeniem i w konsekwencji poważnym, czasem śmiertelnym krwotokiem lub trwałym porażeniem strun głosowych.

Dlatego my, obserwujący takie zabiegi, wstrzymywaliśmy oddech w momentach krytycznych.

Wówczas sobie myślałam, jak odpowiedzialna jest praca chirurga.

On  nie ma prawa by mieć gorszy dzień wynikający z przemęczenia czy jakiejś niedyspozycji zdrowotnej.

I właściwie wówczas przestałam myśleć o wybraniu tej specjalności, która mnie tak bardzo fascynowała jeszcze  od czasów studenckich. ( o czym już wcześniej pisałam).

 

Na med. ścieżce. Praktyka po pierwszym roku studiów.

Po pierwszym roku studiów mieliśmy odbyć obowiązkowe miesięczne praktyki w szpitalu. Zostałam skierowana do Kliniki Chirurgii., którą prowadził słynny wtedy Pan Profesor  Drews.

Do tej pory nie mieliśmy zajęć w klinikach, więc z namaszczeniem przekraczaliśmy bramę , przez którą wchodziło się do innego świata. Na dużym terenie rozlokowane były pawilony o ciekawej monumentalnej, jak zresztą cały stary Poznań, architekturze. A za drzwiami Kliniki Chirurgii otwierało się nasze przyszłe  medyczne życie. 

Po krótkim powitaniu w zespole lekarzy, zesłano nas do dyżurki pielęgniarskiej i odtąd zarządzała nami  siostra oddziałowa. Mieliśmy wykonywać pracę salowych, ale  również zapewniano, że nauczymy się  wykonywania zastrzyków .

I najważniejsze, oficjalnie pozwolono nam w wolnych chwilach uzgodnionych z pielęgniarkami, zaglądać na blok operacyjny i przypatrywać się pracy zespołów chirurgicznych  .

Z wielkim zaciekawieniem staliśmy przed tablicą, gdzie przypinano kartkę z planem operacyjnym i wybierałyśmy co ciekawsze pozycje .

Obejrzeliśmy  mnóstwo zabiegów wykonywanych na otwartym brzuchu Tam wreszcie się przekonaliśmy jak przydatna może być wkuwana wiedza z anatomii. Byliśmy dumni i szczęśliwi.

 Kiedyś przywieziono niedoszłego samobójcę . W pijanym widzie, przeciął sobie nadgarstki, ale zaczynał od części grzbietowej, więc działał nieskutecznie. Jego dłonie zwisały smętnie utrzymując się jedynie na strzępkach stawów i kościach, które wyraźnie bielały w ranie. Widok był  przerażający. Wydawało się, że pacjent nie ma szans i utraci obie dłonie. Tkwiliśmy na bloku, obserwując działania lekarzy.  A tymczasem przez wiele godzin dwa zespoły chirurgów , jeden przy lewej a drugi przy prawej ręce pacjenta, rekonstruowały uszkodzone mięśnie, ścięgna, naczynia. Niebawem po operacji, chory już trzeźwy i przerażony tym co zrobił, podniósł rękę i  poruszył palcami. To dopiero była radość.  Cieszył się cały zespół operatorów . Udało się . Czy pacjent nie ponowił próby, nie wiem, ale tym razem dłonie miał uratowane  !

Podziwiałam kunszt i cierpliwość zawodową oraz  tolerancję lekarzy dla takich nieszczęśników. Przecież ten chory sam sobie zawinił, a nikt nie miał do niego pretensji . Może po wyzdrowieniu coś do niego dotarło, może nie…