Jak już napisałam wcześniej na VI roku studiów mieliśmy zajęcia w IV Klinice Chorób Wewnętrznych AM w Warszawie , którą kierował Prof. Z. Askanas uznawany za ojca współczesnej kardiologii.
W tym zespole panował nastrój luzacki, mimo, że sam profesor wydawał się nam dostojny i poważny. Po zakończeniu porannych obchodów, ustaleniu zleceń i opisaniu stanu pacjentów w ich historiach chorób, nadchodziła pora na niewielką przerwę kawową i wówczas to można było sobie pozwolić na pogaduszki.
Spośród wielu dowcipnych i gadatliwych lekarzy zapamiętałam dr. Kapuścińską. Pewnie nie należała do zespołu kardiologów, może była tam tylko na stażach- nie wiem, bo później została profesorem i szefem zakładu radiologii AM.
Opowiadała, że ona i kilka jej przyjaciół z tej kliniki w każdą sobotę wyjeżdżają nocnym pociągiem do Zakopanego na narty . Wracają w niedzielę również nocnym pociągiem, a z dworca mają nieomal rzut beretem do pracy. Tak więc w poniedziałek raniutko ze świeżymi siłami, startują do swoich pacjentów.
Nie byłam pewna, czy faktycznie po podróży sławną „ rzeźnią” czyli nocnym pociągiem z Warszawy do Zakopanego i odwrotnie można być wypoczętym, ale opowiadali o tym z taką werwą i radością, że w końcu uwierzyłam.
Jedna historyjka dr Kapuścińskiej pozostała w mojej pamięci. Otóż kiedyś na stoku poczuła nieprzepartą potrzebę fizjologiczną. Nie miała wyjścia, więc wypatrzyła kilka gęstych i niskich smreczków powyżej trasy narciarskiej i tam rozpoczęła żmudne rozpinanie i zdejmowanie kombinezonu. Nie wiem jak wyglądają one teraz , ale w owych czasach stanowiły jednolitą całość i wysiusianie się nawet w dogodnym miejscu wymagało zdjęcia całej góry co zajmowało sporo czasu. Nasza przemiła dr Kapuścińska dokonała tej sztuki niezwykle sprawnie, oczywiście nie zdejmowała przy tym nart, bo takiej potrzeby nie było , po czym nagle straciła grunt pod nogami. I z wielkim wrzaskiem zaczęła gwałtownie zjeżdżać w dół.
Oczywiście wszyscy się zatrzymali i myśleli, że trzeba przyjść z pomocą. Ale po chwili ryczeli ze śmiechu, pokładał się cały stok narciarzy. A dr gnała coraz szybciej w dół w przysiadzie usiłując nawlec na siebie rozwiewające się połacie kombinezonu . Na dole zaryła się w kopny śnieg i jedynie jej biała pupa wskazywała na miejsce ostatecznej klęski.
Ale wszyscy byli młodzi, mieli wielkie poczucie humoru i to wydarzenie było przez nich powtarzane wielokrotnie jako świetny przerywnik trudów i niepokojów codziennej pracy….

