
Jacek w trakcie realizacji filmiku dyplomowego…
A oto kolejny minitekścik Jacka przysłany do mnie z Sydney w zeszłym roku….:
„Autor Jacek Łukaszewicz
Matura
Po przygodach austriackich byłem już za stary na szkołę średnią. Mama się zmartwiła.
– musisz zrobić maturę i nadrobić ten stracony rok.
– jaki stracony, ale dobra.
No i zrobiłem kurs dwuletni w jednym roku w koledżu na dzikim zachodzie Sydney w Liverpool.
Listopad 1983 roku był wyjątkową patelnią w Sydney. Jakieś lato stulecia, czy coś takiego.
“ Hej za dzień matura, za dzień cały…” dźwięczały mi Czerwone Gitary pod czaszką we śnie. Byłem przygotowany idealnie – ściągi maczkiem pisane na każdy temat, oraz wzory matematyczne, chemiczne i fizyczne.
Wstałem o 7 rano. „Słońce świeciło jasno” – już gdzieś to słyszałem. Mama przygotowała garnitur. Brązowy sztruks. Spojrzałem z niesmakiem.
– mamo, przecież patelnia na zewnątrz.
– maturę piszesz wewnątrz, będzie klimatyzacja, a poza tym to ważny egzamin w twoim życiu – wejście w wiek dojrzałości.
– mamo, w wiek dojrzałości to ja wszedłem w wieku piętnastu lat….
– nic nie gadaj, tylko ogol te swoje wąsy.
– jakie wąsy?
– no ten mech, który masz pod nosem.
– to nie mech, tylko wąsy.
– no właśnie, idź i się ogol, zaraz zrobię ci zdjęcie.
– ale nie mamy filmu w aparacie.
– twój Dziadek zawsze mówił, że trzeba mieć w zapasie kilka rolek, wiec kupiłam trzy dni temu i zrobię ci zdjęcie – no idź juz, bo szkoda czasu.
Mama zrobiła mi zdjęcie na balkonie w pełnym słońcu sadystycznym, bo nie mieliśmy lampy błyskowej. Po tej sesji byłem juz “ spocony jak ta kurwa” – cytat mojej koleżanki Dagmary z Zielonej Góry.
Wchodzę do baraku – żadnej klimatyzacji – wszyscy studenci na luzie w satyrach w krótkich majteczkach, podkoszulki itd. Patrzą na mnie jakoś dziwnie i kłaniają się na wszelki wypadek. Usiadłem przy swoim biureczku z jakimś numerem – żadnych nazwisk – i zacząłem ściągać maczek na normalną pisownię. Po przerwie wracamy na egzaminy i spod kartki z moim numerem wystaje jakaś notka: “ hi, i’m Jess – call me, I’m in the third raw behind you, i numer telefonu – stacjonarny, bo jeszcze wtedy nie byliśmy więźniami łagrów cyfrowych.
Po czterech dniach egzaminów zdjąłem sztruks i wyjąłem z kieszeni jakieś siedem notek od różnych dziewczyn egzaminatorskich. Mama patrzy na mnie.
– jak ci poszło, Jacuś?
– myślę że ojciec byłby ze mnie dumny – mam siedem numerów telefonów.
– pytam o egzaminy…
– pełny sukces….
Dzwonię do kumpli.
– robimy tą imprezę na plaży za tydzień?
– pewnie, tylko dup brak…
– spoko, ja załatwię….
Następnego dnia spotkałem się z pierwszą dziewczyną. Poszliśmy na kawę. Nuda i brak tematów.
– dlaczego zostawiłaś mi swój numer?
– bo taki przystojny jesteś w tym garniturze….
Po czy zamilkła i zanudziła mnie na śmierć swoim tępym spojrzeniem.
Przez tydzień spotkałem się z całą siódemką. Sympatyczne dziewczyny, tylko małomówne, a ja bardziej cenię intelekt nad wygląd – zresztą może wtedy było inaczej.
No i zorganizowałem plażową imprezę ku uciesze moich kumpli, którzy świetnie się bawili, a ja siedziałem gdzieś z boku i myślałem, że kumple świetnie się bawią z dziewczynami, które nie mają nic do powiedzenia i siedziałem gdzieś z boku popijając piwo, które postawili kumple za zorganizowanie dla nich towarów, czyli wypociłem te dziewczyny garniturem.
