Niezapomniana Krysia
W tym oddziale m.in polubiłam jedną z pielęgniarek – Panią Krysię Kopeć. Była wysoka, bardzo szczupła , łagodna i pomimo tego, że chorowała na trudne do opanowania nadciśnienie zawsze sumiennie pełniła swoje obowiązki.
W czasie jakiegoś wspólnego dyżuru jak zwykle po obchodzie gawędziło się z pielęgniarkami. To był właściwie rytuał. Na niektórych oddziałach w tamtych czasach namiętnie paliłyśmy okropne papierochy, piłyśmy siekierowate kawy czy herbaty i nocna pora sprzyjała różnym wyznaniom.
Z Krysią tak nie było, życie jej było tajemnicą, niczego o niej nie wiedziałam, ale odbierałam ją jako bardzo miłą, ciepłą dziewczynę.
Kiedyś opowiadałam o naszej nowej działce nad Bugiem. Rozmawiałyśmy o ogrodzie. I wtedy Krysia zaproponowała, że przyniesie mi kłącza konwalii, które hodowała w swoim ogrodzie. Oczywiście się ucieszyłam. Nic tak nie cieszy, jak podarki roślinne w dodatku własnej hodowli.
Jak rzekła, tak zrobiła. Następnego dnia zjawiła się w pracy z wielkim pudłem, które z trudem przytachała na drugie piętro, gdzie mieścił się oddział. Akurat była odpowiednia wczesnojesienna pora sadzenia. Specjalnie dla mnie wykopała je na swojej działce … Nieomal tego samego dnia wyjeżdżaliśmy nad Bug i natychmiast posadziłam ten dar w miejscu zacienionym przez sąsiedni dom. Od razu tutaj poczuły się dobrze, widać Krysia tak im poleciła. Wiosną cudnie rozkwitły, tworząc zadziwiający wonny śnieżnobiały dywan. Nadal te niewielkie skromne kwiatki cieszą nasze oko i rozsiewają swój nieprawdopodobny aromat.
Od tego czasu minęło ponad 30 lat, a konwalie pachną jaki kiedyś i przypominają mi Panią Krysię.
Nie wiem jak się czuje i czy w ogóle jeszcze żyje, ale niezależnie gdzie aktualnie przebywa , pozdrawiam ją czule i wspominam…..
