Młyn w Cicinie o którym mowa- zdjęcie z albumu Heleny i Jana Konopielko. Ponoć jeszcze teraz miejscowi mówią że jadą do młyna Wojciulów ( nazwisko panieńskie Heleny)
Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei,
zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .
Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej
żony-
Heleny z d. Wojciul
Remont młyna zamordowanych rodziców małżonki
O sześć kilometrów
od mojej szkoły w Sukniewiczach znajduje się posiadłość Wojciulów, moich
teściów, zamordowanych – jak już opisywałem poprzednio – przez bandytów.
Na tej posiadłości przedsiębiorczy i niezmiernie pracowity
teść pobudował młyn na rzeczułce swojej. Miał już z tego młyna niezłe dochody.
W czasie panowania Bolszewików, w młynie tym woda uszkodziła
zaporę wodną i młyn już stał – nie pracował.
Potrzebny był remont.
Wyszukałem specjalistę od młyna. I z nim pojechałem obejrzeć
jego stan i możliwość naprawy. W pierwszym rzędzie trzeba było zrobić tamę-
zaporę na szerokość prawie dwóch metrów. Na naprawienie zapory trzeba było 3-4 metrów drzewa, kloców o
długości 3,5 metra.
Pierwszy wóz takiego
drzewa przywiózł mój brat- Michał, mieszkający o 8 km od tego folwarku o
nazwie Cicino.
To była praca zbyt uciążliwa dla jednego dostarczyciela, a
ponadto za daleko było do wsi i niewygodnie było przeprawiać się przez rzekę
Wilię, która nie miała mostu.
Ludzie dobrej woli, znajomi, poradzili mi, bym się udał na
stację kolejową w Zalesiu o 4
km od Cicina, gdzie leżą sterty drzewa i tam rozpytał,
czy tych kloców nie mógłbym stamtąd wziąć na reparację mostu – zapory. Długo
nie zwlekając, udałem się do tej stacji, gdzie rzeczywiście leżały te kloce.
A więc skierowałem kroki do Komendy niemieckiej, bo już
Niemcy weszli, z prośbą o 5
m3 drzewa na remont mostu, przez który jeżdżą niemieckie
samochody. Niemiec dał zapiskę, że mogę korzystać z tego drzewa. W ciągu dwóch
dni nawiozłem tego drzewa tyle, ile mi było potrzeba.
Znalazłem też i
majstrów, którzy się podjęli załatać dziurę w zaporze. Z opłatą umówiłem się –
zbożem, albo mąką po puszczeniu młyna w chód.
Największymi trudnościami w tym remoncie było wyżywienie 4-
ch robotników przez tych 7 dni pracy. Nie mniejszym kłopotem było wciąganie
kafara- baby na kołowrotku w górę za pomocą linek- ręcznie. Ta praca tak mnie
wymęcza , że nigdy w życiu nie podejmę się podobnej pracy.
Oprócz wyżej
wspomnianej pracy przy łataniu zapory- tamy zjawiła się druga sprawa. Było nią
znalezienie naliwki do kamienia młyńskiego. Przeszperałem cały swój rejon bez
rezultatów.
Ktoś poradził mi, bym się udał do wsi znajdującej się za
Wilejką. Chyba około 30 km
od domu. Jazda przez 10 km
przez las za rzeką Wilią i tyleż km przez las za miastem wojewódzkim Wilejką,
nie wzbudziła we mnie strachu, chociaż wiedziałem, że w tych lasach przez które
będę jechał na rowerze, grasują sowieccy partyzanci.
Jadąc przez miasto Wilejkę wstąpiłem do kolegi ze szkolnej
ławy. Ten opowiedział mi, że w tych lasach, przez które będę jechał po
materiał- nalewkę, pełno jest partyzantów i mogą mnie wcielić do swoich
szeregów, bym pomagał bić Niemca.
No i tak przestroga kolegi nie powstrzymała mnie do dotarcia
do zamierzonego celu, znajdującego się o 12 km od Wilejki.
Więc jadę, mknę ścieżką dla pieszych. Za pół godziny jestem
we wsi, celu mojej drogi. Gospodarz, do którego przyjechałem, oświadczył mi, że
już nie ma tego urządzenia” naliwki” do kamienia młyńskiego. Smutno mi się
zrobiło, bo ponadto powiedział, że w tym rejonie u nikogo tego materiału nie
ma.
Zostało mi z niczym wracać do domu , a już i szarzeć zaczęło
na dworze.
Ale jechać wąską ścieżynką na rowerze przy takim świetle,
było prawie niemożliwe,
Więc znalazłem sobie nocleg u sołtysa, który napoił mnie
mlekiem i położył spać w przedpokoju. Tylko zasnąłem, aż to słyszę łomot do
drzwi i krzyk : „ Gospodarzu- otwieraj drzwi”- po rosyjsku. Gospodarz otworzył
drzwi w sieniach. A oni, partyzanci sowieccy prędko pytają : kto do was obcy
przyjechał? Gospodarz odpowiada, że jakiś pan przyjechał ze Smorgoń i szuka
naliwki do kamieni młyńskich. Na rozkaz ich otwiera drugie drzwi, a oni w tym
czasie krzyczą: „Ręce do góry”.
Szybko zrywam się z pościeli i stoję z rękami w górze.
Wchodzą jeden za drugim do przedpokoju z bronią gotową do
strzału. Pierwszy ma nagan a trzech za
nim postępujący – karabiny ręczne.
Podchodzi do mnie
bliżej brygadier tej grupy i mówi ostro:” Dokumenty wasze”. Wyciągam dowód
osobisty, wydany przez władze radzieckie. Stoi w dowodzie” dyrektor-
niepołnośredniej szkoły w Sukniewiczach, rejon Smorgoń”.
Drugi partyzant robi kontrolę w moich kieszeniach i teczce,
którą miałem ze sobą.
Trzeci towarzysz stoi z bronią na pogotowiu o krok od tych
dwóch i uważnie śledzi moje zachowanie. W końcu dają rozkaz, abym opuścił ręce.
Już zupełnie w innym tonie pyta mnie, dlaczego nie idę do
partyzantki.
Odpowiadam mu, że dlatego, iż Niemiec jeszcze jest silny, a
jak osłabnie, to będziemy go trzepać.
Wszyscy słyszą moje słowa.
Jeden z nich robi swojemu starszemu wyrzut, że on mówił, iż
Niemiec jest już słaby.
Ich dowódca pyta
jeszcze mnie, jakie ja znam języki.
Odpowiadam: polski, rosyjski, białoruski.
A litewski język czy znam.- mówię, że nie.
Gospodarz podał sowietom kolację , a po kolacji grupowy mówi
gospodarzowi: Was ten człowiek ( wskazując na mnie) może sprzedać Niemcom, za
to że wy przyjmujecie w swoim domu partyzantów sowieckich, i że macie z nimi
łączność.
Gospodarz nie stchórzył i odpowiada mu, że ten obywatel na
pewno nie zamelduje w komendzie niemieckiej, bo on nienawidzi Niemców- ja za to
ręczę. No to w takim razie miejcie żal do siebie, jeśli Wasz dom i Waszą
rodzinę spalą Niemcy. Pomyślałem, a nuż nie będzie mnie bronił ten uczciwy
człowiek- sołtys. I mnie wezmą ze sobą i gdzie w krzakach zastrzelą. Po tej
rozmowie grupowego z sołtysem wstają od stołu , dziękują mu za kolację i
odchodzą.
Jeden z nich zwrócił się do mnie, abym oddał mu zegarek, bo
jego jest zepsuty.
Ja mu tłumaczę, że i mnie jako nauczycielowi jest potrzebny
zegarek.
On jednak chwycił mój nowy zegarek i prędko pobiegł za
towarzyszami.
Ja ciężko westchnąłem ale ucieszyłem się, że tak pomyślnie
wszystko się skończyło. Jeszcze było za ciemno na dworze, żeby ruszyć do domu,
więc leżąc na swojej pościeli czułem nienormalne bicie serca.
Strach teraz nawet wzmógł się, bo gdy stałem z podniesionymi
rękoma, zamarło we mnie wszystko- czułem tylko, że nadszedł koniec mojego
życia. Gdy tylko trochę rozwidniło się , że można było ścieżką powoli jechać na
swoim rowerze, obudziłem gospodarza, którego serdecznie ucałowałem i
najserdeczniejsze mu złożyłem dzięki. Przecież on uratował mnie od zguby.
W 40 minut byłem już w Wilejce. Nie wstąpiłem już do kolegi,
ale czym prędzej mknąłem przez Wilejkę do domu.
Gdy byłem już za wspomnianym miastem, dopędziłem furmankę i
poznałem siedzącego w mundurze niemieckim- policjanta białoruskiego- dobrze mi
znanego.
Pozdrowiłem go- a on nie odpowiadając na moje pozdrowienie
chwyta za karabin i krzyczy:
„ Nie jedźcie blisko
mnie, bo zastrzelę”. Przycisnąłem mocniej na pedał i oddaliłem się od niego.
Pomyślałem, że zwariował, albo był mocno zalany.
Resztę drogi przez niebezpieczny partyzancki las przejechałem
aż do promu na rzece Willi, bez
zatrzymywania się i bez żadnych przeszkód, jednym słowem- szczęśliwie.
W domu powitali mnie radośnie żona i synek Mirek.
Po obiedzie i odpoczynku żona powiedziała mi, że mistrz od
młyna zdobył nalewkę na kamień i już pojechał do Cicina- do młyna, żeby nalewać
kamień. Dowiedziałem się również, że roboty stolarskie we młynie są już na
ukończeniu. To mnie bardzo ucieszyło.
Po kilku godzinach i
ja opowiedziałem małżonce o swoich przygodach za Wilejką z partyzantami, jak
byłem bliski śmierci, albo zabrania mnie do szeregów partyzanckich. Nie
aprobowała tego mojego wyjazdu , bo wszyscy dobrze wiedzieli , że są tam partyzanci sowieccy.
Na drugi dzień po lekcjach w szkole, pojechałem do młyna,
żeby przekonać się o zakończeniu prac remontowych przy młynie. Stwierdziłem, że
dziura w zaporze już załatana i woda przez otwarty wylot płynie prawidłowo.
Mistrz , który nalewał kamienie zameldował mi , że młyn można będzie puszczać w
ruch za 3 dni.
Nareszcie nadszedł dzień puszczenia wody przez zastawę na
koło młyńskie. Siła wody ruszyła koło i młyn odżył. Mąka zaczęła się sypać spod
kamieni młyńskich.
Nazajutrz już było pełno klientów ze zbożem do zmielenia.
Wydałem polecenie, żeby w pierwszej kolejności mielić gospodarzom , którzy
przychodzili do pracy gdy odbywał się remont. Parę dni we młynie pracował –
mełł zboże mistrz naprawy, a po nim szwagier jeszcze niepełnoletni – uczyli się
tej pracy. Prędko oni opanowali tę robotę i mistrza zwolniłem z tej pracy.
Solidnie zakropiliśmy ten remont, rozpłakałem się z nim i
odszedłem do swego domu w Smorgoniach.
Młyn pracuje, ale dochodu wielkiego nie daje.
Nie mogę się rozliczyć ze swoimi pracownikami.
Winą takiego stanu
rzeczy jest i to, że brat i szwagier piją, więc nie mogą na tydzień zebrać
worka mąki na pokrycie długu. Trzeba częściej kontrolować ich pracę i
likwidować przestoje młyna, no i mniej przepijać zarobionych kilogramów.
Już i Niemcy się dowiedzieli ,że młyn pracuje, więc domagają
się podatku. Na razie udało mi się usprawiedliwić swoje „ nie mogę płacić”, bo
muszę spłacać długi swoim robotnikom. Ale często i robotnicy przyjeżdżają
upominać się o zwrot długu.
Pewnego dnia spotkałem na targu w Smorgoniach sąsiada
mieszkającego 1,5 km
od młyna- Kamińskiego, gospodarza zamożnego i niegłupiego, który przyznał się
mi, że bandyci- chłopcy przychodzili do niego w nocy, chyba po to, żeby go
zabić.
Uciekł on przed nimi przez strych i pobiegł do swego brata,
mieszkającego o pół kilometra od niego. Powiedział przy tym, że jak
jeszcze raz go odwiedzą , on im sprawi
niespodziankę, ponieważ kupił sobie karabinek skrócony i ich tym uczęstuje.
Pytał, czy ja tam w Cicinie często nocuję. Odpowiedziałem,
że czasami, a w samej rzeczy to chyba jeszcze żadnego razu tam nie nocowałem.
Radził mi, żebym zaopatrzył się w jakąś broń, bo tam u nas
grasują jacyś partyzanci – a może to tylko „ obieraki”.
Prawdą było , że po lasach organizują się grupki partyzantów,
ale oni nie dokonują morderstw na tutejszej ludności. Tylko robią szkody
wrogom- Niemcom. Zrywają koleje żelazne, mosty na głównych drogach no i
zakładają dynamit na szlakach, którymi zaborcy dowożą na front amunicję.
Partyzanci, to żołnierze sowieccy, którzy nie zdążyli uciec
z tych terenów, które Niemcy zajęli w szybkim czasie.
Niemcy z początku
spędzili ich do miasta Mołodeczno za druty, gdzie nie było co jeść, a więc umierali
oni z głodu.
Po paru tygodniach
wojny, Niemcy pozwolili tutejszej ludności zabierać ich do pracy na roli. Jakiś
czas pracowali i to niektórzy nawet bardzo dobrze i uczciwie.
Po paru miesiącach , kiedy nawałę wrogów wstrzymali pod
Moskwą, Stalin wydał polecenie – prikaz – żeby nierolnicy radzieccy łączyli się
w grupy , brygady i rozpoczęli bić Niemca na tyłach jego armii.
Niemcy staczali walki z partyzantami, nieraz ciężkie.
Musieli na tyłach obstawić bory swoimi żołnierzami, żeby się chronić .
Obowiązkiem
partyzantów sowieckich było powiększać swoje szeregi przez włączanie młodzieży
, która mieszkała na terenach okupowanych przez Niemców. Tak też i czynili.
Ale grasowały też bandy” wolne”, które zajmowały się
grabieżą dóbr mieszkańców.
Partyzanci takie grupy niszczyli, bo one psuły im opinię.
By się obronić przed tymi bandami, chciałem zaopatrzyć się w
broń, ale to mi się nie udało.
Więc postanowiłem
jechać do młyna bez broni i tam przenocować, by móc zarobić mąki na spłacenie
długów. Brata i szwagra wysłałem do domu, a sam zająłem się mieleniem zboża.
Umiałem mleć, więc szło mi w pracy przez cały dzień bez przeszkód. Zarobiłem parę worków mąki i chyba worek
kaszy. Pracowałem tak długo, jak długo była woda w stawie.
Przyszedłem na noc do pokoju, w którym bandyci wymordowali
całą rodzinę małżonki. Przygotowując się do spania, pomyślałem o tamtym
napadzie i że coś podobnego może się stać i teraz.
Rozmawiałem przedtem z tymczasowym gospodarzem, który mieszkał z
rodziną obok w drugim pokoju, potwierdził, że grasuje tu dużo band i
radził , że jeśliby ktoś w nocy
zastukał, nie należy otwierać ni okien ni drzwi. Pozamykałem więc wszystkie
okna i drzwi. Wziąłem sobie od gospodarza siekierę i wróciłem do swego pokoju.
Siekierę postawiłem przy łóżku, uchyliłem jedynie trochę okno, żeby w razie
czego bezszelestnie wyskoczyć z pokoju. Położyłem się, ale od razu nie
zasnąłem.
Gdy tylko się zdrzemnąłem, dał się słyszeć głos stukania z
pokoju za ścianą i słowa:
„ Gospodarzu dajcie
chleba”. Szybko zerwałem się z pościeli, chwyciłem topór stojący przy łóżku i
cichutko wszedłem do pokoju, w którym stukano do okna.
Wyszedł do mnie i gospodarz , któremu cichutko powiedziałem,
żeby wziął pół chleba z naszego składzika.
Gospodarz tłumaczył bandytom, że tu nie ma właściwego
gospodarza, a syn zamordowanego pojechał do Smorgoń.
Ja w tym czasie stoję blisko ściany i widzę za oknem , że
przed drzwiami domu stoi człowiek z
karabinem, w czapce i w spodniach Galie. Obok okna stoją przytuleni do ściany dwaj mężczyźni, z
których jeden trzyma nagan, a drugi- nie widać dokładnie co . ( Noc była
widna). Odchodzę od okna do swojego łóżka, a gospodarz w tym czasie otwiera
okno – przez szparę rzuca chleb i natychmiast zamyka okiennicę na haczyk.
Ja z jedną nogą postawioną na krawędzi łóżka słyszę : „
wsiorawno, dawaj chaziaina
( gospodarza)” i gdy to słowo jeszcze wisiało w powietrzu,
ja już skoczyłem przez uchylone moje okno i pomknąłem co sił w kierunku
dojrzewającego sadu i pola, do którego było około stu metrów.
Gdy znalazłem się w życie, chyba o 15 metrów od brzegu pola
, zatrzymałem się klęcząc na jednym kolanie i nasłuchiwałem, czy bandyci za mną
nie gonią.
Okazało się, że nie. A głosy było słychać od drzwi we
młynie. Chcieli otworzyć drzwi we młynie, ale nie dali rady. Więc wracają na
dróżkę, która prowadzi do wsi Draki.
Dróżka prowadzi z początku w dół, akurat gdzie ja skryłem
się w życie. Serce mi zamiera, gdy słyszę kroki coraz bliżej i bliżej. Aż
nareszcie w dolince tej dróżki słyszę odgłos butów, oddalających się w prawo.
A więc poszli do bogatego gospodarza mieszkającego na górze,
około 1,5 km
ode mnie.
Staję na dwie nogi, żyto szumi tak cichutko, jakby chciało
mi powiedzieć, że mnie obroniło od tych złoczyńców- bandytów.
Wreszcie na dworze staje się widnieje, więc idę do swojego
łoża.
Na podwórku spotykam Iwana, który u nas pracuje. Mówię mu,
że wracam z ucieczki od bandytów. Zachodzę do swojego pokoju i tu opowiada mi
Natasza- dziewczyna ze Związku Radzieckiego, służąca, kucharka dla robotników:
że i ona uciekła z pokoju, gdy usłyszała, że ja wyskoczyłem. Bandyci chodzili
do młyna, ale i tam nic nie wskórali. Z powrotem szli koło domu i poszli do wsi
Drak.
Na podwórko wjechała
furmanka z bagażem do młyna. Zatrzymała się i gospodarz tego wozu wszedł do
nas, do pokoju, gdzie ja prowadziłem rozmowę z towarzyszką niedoli. Na pytanie
moje, co tam słychać w okolicy, opowiedział, że bandyci postrzelili P.
Kamińskiego. To mnie poruszyło, toż to ci sami byli u nas.
Prędko zmełłem mu zboże na mąkę i pomknąłem do tego rannego
p. Kamińskiego.
Tam na podwórku zobaczyłem już ciężarówkę, na której przyjechali jeden
Niemiec i policjant białoruski, znajomy mi doktor- Żydek i także dobry
przyjaciel- tłumacz- Woltman.
Po przywitaniu zobaczyłem trzech mężczyzn leżących z
rozłożonymi na bramie rękami.
Opowiedziałem, że i u mnie w nocy dziś byli bandyci. Przyglądam się im leżącym
i nie mogę nic powiedzieć, czy to ci sami, czy też nie. Charakteryzuję to co
widziałem : jeden stał przy drzwiach do
sieni, wysoki trzymający długi karabin w pogotowiu w spodniach Galie, drugi znajdował się tuż
pod oknem z naganem, a trzeci był tak przytulony do ściany, że jego nie było
widać.
To wszystko co opowiedziałem, zapisali do protokołu w
obecności Niemca.
Na podwórku słychać było jęk i stękanie. Wszedłem do wnętrza
domu chorego. Poznał mnie i powiedział, że mój teść zamordowany pożyczył od niego za życia osiemdziesiąt rubli w złocie
na budowę młyna. Przy tym przypomniał, że ci sami bandyci, którzy już napadli
na jego dom i wtedy on uciekł, przyszli we trzech do niego ponownie. Pożegnałem
go serdecznie i zwróciłem się do lekarz, który stał obok jego łóżka: „ czy on
wyżyje?”. Zaprzeczył głowę i cichutko powiedział, że „ nie”, ponieważ kula
trafiła go w płuco. Wyszedłem z pokoju z oczami pełnym łez.
Siadłem na rower i z bólem serca potoczyłem się do domu,
jeszcze w tym czasie do szkoły. Z nieopisaną radością spotkali mnie żona z
synkiem, którzy już byli powiadomieni, że Janek- Pan uciekł od bandytów.
Po kilku dniach
Niemcy objęli szkołę i my musieliśmy wyjechać do Smorgoń i tam zamieszkać.
Szkoła przestała być czynna, bo Niemcy osiedlili w tej szkole litewską milicję,
która miała bronić przyczółka dla partyzantów, którzy przedzierali się przez
rzekę Wilię i szli w głąb gęsto zasiedlonymi osiedlami i wioskami, wśród
których łatwiej było zdobyć żywność.
Parę miesięcy żyli tam litewscy milicjanci, a później
opuścili te swoje „ kryjówki”, które „ porobili przed partyzantami”.
Skoro dowiedzieli się partyzanci, że w tym domu- szkole
nikogo nie ma, spalili ją doszczętnie. Zostało tylko żałosne pogorzelisko.
Szkoły już w tym miejscu nie ma i dotychczas nie zbudowano
przez władze sowieckie ( dziesięć lat temu wstecz przejeżdżałem tędy).
Gdy już mieszkałem w Smorgoniach, też często jeździłem do
tego młyna, ale nocować już nie nocowałem. Szukałem legowiska w stogu siana na
dworze lub w stodole. Zadowolony jestem , że rozliczyłem się ze swoimi
dłużnikami.
Pisałem 1.II.1984 roku
c.d.n.