Zatrzymać ten cudny czas….

 2.jpg

Zdjęcia w albumie rodzinnym opisane ręką Ojca ( odszedł w 2002 roku). Na pierwszym aleja parkowa i fajny wózek dziecięcy, potem ja w kraciastej flanelowej koszuli, którą uwielbiałam…

 

 

Jeszcze kwitną  w naszym ogródku wiosenne azalie i rododendrony. Niewielkie to krzaki i chyba wyższe nie urosną, bo nie za bardzo dbamy o nasze rośliny a prawdę mówiąc nie dbamy w ogóle. Jedynie się cieszymy, gdy  pomimo wszystko kwiatowo się uśmiechają …

    A ja mam w oczach  tamten maj w moim życiu, maj z drugiej połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Właśnie dobijałam do 11 roku życia.

Moi rodzice byli starsi, schorowani , wyczerpani przeżyciami wojennymi więc usiłowali ratować resztkę zdrowia leczeniem sanatoryjnym. Wówczas na taki wyjazd nie czekało się długo , teraz są to średnio dwa lata. Gdy otrzymali skierowanie na pobyt majowy w Szczawnie Zdroju,  postanowili mnie ze sobą zabrać. Miałam wówczas niepełne 11 lat i nikogo z bliższej rodziny w Gorzowie, więc nie chcieli mnie zostawić bez nadzoru. Później już nie było problemu, sama siedziałam w domu, a nawet przejęta rolą w tym czasie urządzałam gruntowne sprzątanie.  

    Cieszyłam się tym wyjazdem,  bo już wtedy miałam żywe pasje podróżnicze. Jednak czułam niewielki niepokój , że opuszczę zajęcia szkolne bez wyraźnego powodu gdyż jak teraz oceniam miałam wówczas naturę dość pilnej uczennicy.  Teraz moje wnuki, a pewnie przedtem i dzieci ochoczo wykorzystują takie szanse.

Jednak Mama mnie uspokoiła, bo oficjalnie zwolniła mnie z zajęć i obiecała przerabiać ze mną zadane lekcje. Okazało się, że wcale nie było to takie złe, zajęcia zajmowały mi mniej czasu niż siedzenie w szkole i mogłam łazikować po ciekawych zakątkach uzdrowiska. Może nauczanie indywidualne w domu , coraz bardziej popularne jest jednak ciekawym rozwiązaniem…Nie marnuje się czasu na wysłuchiwanie jak inni dukają lub plotą bzdurki, skrzypią kredą po tablicy- czego nie cierpiałam. Ale też  nie uczestniczy się w szaleństwach na przerwie i po lekcjach.  Chyba tylko tego byłoby mi żal przy takim systemie edukacji…. 

    Tak więc rodzinnie wyjechaliśmy do Szczawna Zdroju, które było urocze ale zwyczajne, poza wielką Górą Parkową ( teraz zwaną Wzgórzem Gedymina) ukrytą za ozdobną bramą ogrodzenia . Byłam zachwycona rajem, który się tam otwierał.  

Wielka zielona ściana zapraszała do swojego wnętrza. Poza grzecznymi alejami, gdzie były ławki, dobrze zapamiętałam inne, wąskie otulone krzewami , którymi się wdrapywałam na górę by potem  zbiegać na łeb i na szyję w dół .

Jednak nie zawsze zbiegałam, często stawałam w zachwycie. Bo wielkie krzewy były obsypane dużymi kwiatami misternie zebranymi w pęki. Grały śnieżną bielą, różem, złotem, czerwienią i gdy wtulałam nos pomiędzy owo kwiecie by sprawdzić czy pachnie, czułam tylko wilgoć po nocnym ciepły deszczu i upojny majowy zapach zieleni.

To, że ja nigdy nie widziałam podobnych krzewów i kwiatów nie dziwota, ale rodzice też nie znali takich roślin. Na szczęście pod nimi a także pod innymi ciekawymi drzewami były umieszczone tabliczki z nazwami. Czytaliśmy więc rozkoszując się egzotycznymi dla nas nazwami i podziwialiśmy.

I w ten to oto sposób poznałam rododendrony i azalie. Były różne, azalie nieco pachnące, miały inne liście. Jedne z nich ponoć nie traciły ich przed zimą a inne gubiły.

Teraz wiem, że stanowią jeden rodzaj zwany różanecznikami ( Rododendron L.) i należą do wrzosowatych ( Ericaceae) . Rosną sobie dziko w Azji, w obu Amerykach ale też w Europie. …..

   Gdy wróciłam do domu, uniosłam ze sobą trwale zapamiętany tamten maj, tamte kwiaty i tamten pierwszy zachwyt …   

    A teraz widząc moje drobiny działkowe wracam do tamtych dni pierwszych, do góry zielenią obsypanej i tonącej w kwieciu ….i zapachy czuję i jestem tą  dziewczyną, której już dawno nie ma…..

 

 

A.JPG

 

 

I.JPG

 

 

K.JPG

 

 

E.JPG