Któregoś dnia zachorowała koleżanka i mnie przydzielono wizyty w jej rejonie.
Nie znałam tych ludzi.
Blok był taki sam jak inne.
Gdy wysiadłam z windy ujrzałam widok przypominający pobojowisko.
Na korytarzu i na schodach walały się kubki, miski i inne dziwne przedmioty kuchenne.
Na ostatni schodku przed wejściem do mieszkania siedziała gromadka dzieci. Wyglądały jak biedne przerażone ptaszki. Panowała przeraźliwa cisza.
Zadzwoniłam do drzwi, już nie wiem kto otworzył.
W głębi mieszkania przez otwarte drzwi do niewielkiego pokoiku zauważyłam rozbabrane łóżko i leżącą pod piernatami ledwie widoczną postać miniaturowej kobiety .
Zapytałam czy to pani jest chora, do której było wezwanie.
Kobiecina przyciśnięta do ściany przez wielką kołdrę odezwała się słabym głosem, że tak, to ona.
Podeszłam.
Wyczułam fetor rzygowin, rozejrzałam się, nic nie było widać.
Zbliżyłam się do tapczanu.
Pani leżała nieruchomo , tylko patrzyła na mnie wielkimi oczami jak wystraszony ptak.
Zapytałam więc, czy jest w stanie przysunąć się bliżej krawędzi łoża, bym mogła ją zbadać.
Poruszyła się opieszale.
Więc podeszłam jeszcze bliżej i odsunęłam kołdrę.
W wówczas ujrzałam miejsce skąd roznosił się ów smród.
Zapytałam litościwie, czy to pani wymiotowała.
Odpowiedziała, nie, to nie ja, to mąż…..
Właśnie wyszedł …
Mimo upływu ponad 40 lat ten obrazek pozostał w mojej pamięci.
Pobojowisko na korytarzu, pod windą dzieci dziwnie nieruchome o wystraszonych oczach i kobieta w łóżku.
Bez uchwytnych objawów fizycznej choroby.
Ale z zapisanym na twarzy zespołem przegranego życia.
Alkoholizm męża i ojca.
Krajobraz po bitwie.
Jednoosobowej pewnie.
Kat i ofiary….
