Gorzowski sen o Busku Zdroju.

Jestem już w  Busku Zdroju i mnogość zajęć przerasta moje możliwości pisania . Mam nadzieję na ustabilizowanie tej sytuacji, chociaż obecność współlokatorki pokoju sanatoryjnego-  przemiłej gawędziary może stanowić niejaką przeszkodę. Na razie tekst, który zamieściłam w portalu MM- Gorzów pod nickiem Łuka w 2011 roku, po pobycie w tym czarownym miejscu…..

 Gorzowski sen o Busku Zdroju.

Miałam piękny sen. Byłam w Busku. Gdy się obudziłam , jak zwykle  wbił mi się w oczy ogromny napis na ścianie odległego  wieżowca – Nida Gips. Śnieżna Dolina Nidy niedaleko Buska . Przetarłam oczy  . Jestem w Gorzowie.  

 

Niedawno  byłam w Busku . Teraz  mam wspomnienia, zdjęcia,  foldery i wiadomości z Internetu.

 

Położenie.

Powiat buski  leży na Wyżynie Małopolskiej , na tzw.  Garbie Pińczowskim, sąsiadując z  innymi regionami tej Wyżyny – Niecką Solecką i Doliną Nidy.

Miasteczko znajduje się 50 km na południe od Kielc i w 80 km na północny wschód od Krakowa.

 

Budowa geologiczna.

Wiele milionów lat temu w  okresie mezozoiku i trzeciorzędzie powstawały na tych terenach fałdowania alpejskie. W miocenie znajdowało się tutaj płytkie, ciepłe morze. W wyniku szybkiego parowania , dopływu wód słodkich i niewielkich opadów dochodziło do strącania osadów. Wtedy powstawały gipsy .Na obrzeżach powiatu buskiego znajdują się też skały kredy..

Solanka morska morza  mioceńskiego została nasycona siarką z pokładów gipsowych . Siarka przy udziale węgla i wodoru oraz bakterii beztlenowych zmieniła wartościowość z VI i IV na II. Powstały siarczki i wielosiarczki. Z tych ostatnich przy pomocy odpowiedniego pH wody wydziela się siarkowodór, który z łatwością przenika do organizmu przez skórę i błony śluzowe. Leczy choroby układu krążenia, skóry, narządu ruchu i układu nerwowego.

Źródła takie znajdują się w wielu miejscowościach Europy ( m. in. Baden) i w Polsce.( m. in. Lądek Zdrój, Wieniec Zdrój, ale najbardziej nasycone są w Busku ).

 

Historia

Już w XI wieku zaobserwowano ,że z błotnistego terenu wypływają źródła o zapachu siarkowodoru. Teren ten nazywano bugskiem. Wówczas tam powstały pierwsze chaty pasterzy. 

W   XII wieku stanął pierwszy kościół p.w. św . Leonarda.

Wg zapisków Jana Długosza , właścicielem terenów był rycerz Deresław , który w 1180 roku sprowadził tam  zakon norbertanów.

Osada otrzymała prawa miejskie od krakowskiego księcia Leszka Czarnego. Ponieważ miasto leżało na szlakach handlowych na Ruś i do Krakowa, rozwijało się szybko.

Bywał tam król Władysław Jagiełło , a jego Jadwiga ponoć moczyła nogi w wodzie z tych źródeł .

Miasto zostało zniszczone w 1474 r. przez szlachtę udającą się na Węgry , potem złupione w 1542 roku , a w czasie najazdu szwedzkiego w 1655 zupełnie upadło .

Dopiero w  1776 roku  zainteresowano się niezwykłą wodą ze źródeł w Busku i powstały prace naukowe udowadniające ich lecznicze własności.

 Ważne dla Buska nazwiska to:  ksiądz Franciszek Belin Ossowski , hrabia Leopold Biust i dr Winterfeld, który w roku 1808 prowadził  badania nad składem wody .

W  1819 roku następuje kasata Klasztoru Norbertanek- Busko jako dobro zakonne przechodzi w ręce rządu Królestwa Polskiego, a ten w  wydzierżawia je generałowi Feliksowi Rzewuskiemu.  Generał zadbał o rozwój  miasta . Spoczywa przy kościółku św . Leonarda w Busku .

W 1828 roku następuje oficjalne otwarcie Uzdrowiska.  

W 1922 roku dr Szymon Starkiewicz założył sanatorium dla dzieci „ Górka”, które stało się sławne na cały kraj .

Spośród  kilku starych i ładnych obiektów , najpiękniejsze jest Sanatorium Marconiego (tzw. Łazienki Marconiego.). Marconi był włoskim architektem,   urodzonym w Rzymie w 1792 roku. Gdy miał 30 lat  został zaproszony do Królestwa Polskiego ,  przez generała Paca. Pozostając w naszym kraju przez wiele lat projektował liczne obiekty w Warszawie  m. in Hotel Europejski , więzienie na Pawiaku, Kościół Boromeusza na Powązkach a także ratusze w Radomiu i Łowiczu , pałac  w Dowsbudzie  i właśnie podziwiane Łazienki w Busku. Łazienki , wybudowane w 1836 roku są obecnie obiektem sanatoryjnym, pięknie utrzymanym z salą koncertową i dwoma kawiarniami.

 W Busku odbywają się liczne krajowe i międzynarodowe imprezy kulturalne tutaj. in.  Międzynarodowe Festiwale Muzyki im. Krystyny Jamroz, której rodzina była związana z miastem a także  Ogólnopolski Festiwal Piosenki  im. Wojtka Belona ( zmarłego w 33 roku życia twórcy Wolnej Grupy Bukowina ). Był mieszkańcem Buska i tutaj jest pochowany .

 

Moje wrażenia

–   Stwórca ofiarował Busku i okolicom piękne łagodne krajobrazy  , faliste wzgórza i rozległe widoki z ich grzbietów

–    Busko jest małą polską bardzo starą ale pełną urody perełką .

 Obie części miasteczka- zwykła i zdrojowa , są  wyodrębnione  ale  pozostają w wielkiej architektonicznej harmonii .

Miasteczko zostało posadzone  jakby okrakiem na Garbie Pińczowskim. 

Na grzbiecie garbu , niby siodło ulokował się  Rynek .

Od Rynku spływa  długa , szeroka i prosta 3 kilometrowa aleja , ocieniona  wielkimi drzewami, która przechodzi przez ozdobną bramę  parku zdrojowego i kończy się przed najpiękniejszym obiektem Buska, wspomnianym już  sanatorium – Łazienkami Marconiego .

– Busko położone jest na wys. 250 m. n. p. m i ma swój mikroklimat , co powoduje , że oddycha się tu lekko , normalizuje się ciśnienie tętnicze ,  poprawia się nastrój.

W niektórych miejscach czuje się delikatny zapach siarkowodoru , ale tutaj  jest on przyjemny , bo jakby leczniczy , odbierany jako  aromat .

Opuszczając to miejsce  człek lekki uzdrowiony i wypoczęty unosi pod powiekami piękne jakby wyciszone wtopione w krajobraz obiekty i od razu chce tu wracać.

–  I człek miewa jeszcze  sny , takie jak ja dziś, sny  o przyjaznym i dobrym Busku z nagłym obudzeniem w Gorzowie.

 

– I teraz uwaga na marginesie artykułu .  

Dźwigając” urodę „ reklamy umieszczonej na wieżowcu os. Staszica pt „ Nida Gipsy „, my Gorzowianie ,  powinniśmy wnioskować o sponsorowanie bezpłatnych pobytów w Busku 🙂

 

 

Na medycznej ścieżce. Internat z ginekologii i położnictwa.

Nastał grudzień, a moje drugie dziecko nie miało zamiaru się rodzić. Miałam już doświadczenie z Justyną, która urodziła się 2 tyg po terminie porodu. I  wtedy pomyślałam, że teraz będzie podobnie i powinnam wcześniej odbyć internat z ginekologii, który był zaplanowany na czas wiosenny. Wiedziałam, że w tym okresie , mając już dwoje małych dzieci moja tygodniowa nieobecność w domu będzie problemem. Udałam się więc do Kliniki przy ul. Karowej, gdzie otrzymałam przydział z prośbą o przyjęcie mnie właśnie teraz.  Udało się, wprawdzie przyjęli mnie z oporami, udowadniając, że z tak wielkim brzuchem nie uda mi się tych zajęć zakończyć. Zadowolona z możliwości zaliczenia internatu jeszcze przed porodem, spakowałam więc ciuchy na ten tydzień , pożegnałam rodzinkę i małą córeczkę i zapudliłam się w tej klinice.

Starałam się być na wszystkich zajęciach, mimo pewnych trudności z wciskaniem swojego brzucha we wszystkie drzwi. Ale czułam się dobrze, byłam przecież całkiem młodą kobiet a ten stan nie był przecież żadną chorobą.

Potem spotykałam na korytarzu Murzyna, który był tam asystentem i zawsze słyszałam od niego- Ty masz taki brzuch, że powinnaś rodzić, kładź się na oddział. Niewzruszenie odpowiadałam , że planuję urodzić w konkurencyjnej klinice przy ul. Starynkiewicza. Tam rodziłam Justynę a Klinika ta wśród pacjentek miała opinię lepszą niż ta, w której odbywałam internat. Słynęła ze stosowania metod przyspieszających tempo porodu oraz leków przeciwbólowych. Na Karowej preferowano porody naturalne, a kierujący Kliniką Prof. Roszkowski był niemiły i mimo niskiego wzrostu uzupełnianego wielkim białym stożkowatym czepcem na wzór ubioru lekarzy radzieckich, budził grozę. Gdy wpadał na porodówkę, przy pierworódce, która miała około 30 lat i powyżej nawet się nie zatrzymywał, zupełnie nie zważając na wijącą się nieszczęsną z bawolim wzrokiem pełnym nadziei utkwionym  w Profesora , przebiegał obok i  machał ręką, że jest za stara.

Zajęcia na położnictwie odbyłam starannie. Wzywano mnie do porodów równie często jak inne nie ciężarne koleżanki. Wprawdzie nie mieliśmy prawa aktywnie uczestniczyć w porodach. Byliśmy właściwie jedynie obserwatorami, ale akcja była dla nas tak niesamowita, że nawet koledzy nabierali powietrza i parli gdy miała to czynić rodząca. Widok był prześmieszny. Ale ja też tak reagowałam, usiłując wspierać nieszczęsną. Jedynie w gabinecie poradni ginekologicznej dopuszczano nas do badania pacjentek, co nie było dla nich miłe, ale cóż , nie miały wyjścia. Przecież przyszły do poradni przyklinicznej i studenci byli  nieodłącznym elementem w jej pejzażu.

Mimo przewidywań moich szefów, internat zaliczyłam zdając nawet końcowe kolokwium i opuściłam mury tej kliniki.

Tak się złożyło, że teraz moja synowa jest adiunktem w tej klinice a wszystkie nasze wnuki tam przychodziły na świat.

Piękna jest ta klinika,  mieści się w stylowym budynku ze zręcznie wkomponowaną nową częścią.  Magiczne jest do niej dojście. Z Krakowskiego Przedmieścia na wysokości Hotelu Bristol odbija ul. Karowa, która potem spada schodami po zboczu skarpy i doprowadza do tego szpitala.  U stóp tej skarpy rozkłada się śnieżny budynek a u jego stóp  pluszczcze szeroka Wisła i szumi Wisłostrada.