Rozmyślania nad zielonymi ośćmi.

 

 

SAM_0906.JPG

Na moją prośbę, pan w barze pokazuje kręgosłup belony, Ładny, zielony jest. Ale ryby żal….

 

 

Po emocjach wyborczych, gorzkim smaku klęski urzędującego Prezydenta przychodzi do człeka lęk, co będzie z Polską i z nami? Za dobrze pamiętamy rządy PiSu by się nie bać.

Ale dlatego właśnie dziś chciałam uciec w przyrodę, w blogowe gadanie i temu podobne zajęcia. To jedyny ratunek….

      Poszłam ci ja do baru rybnego , jako że jeszcze w Jastarni „baluję”. A tam miła panienka z uśmiechem zaproponowała rybkę o nazwie belona. Od razu melodię usłyszałam Wojtka Bellona i jego Grupy Bukowina i smętny jego metalowy ławeczkowy  pomniczek w Busku Zdroju, gdzie mieszkał…Tak więc nazwa tej rybki bliska sercu się zdała i pełna muzyki. Właściwie nie powinnam jadać mięsa ani ryb w szczególności, gdyż zawsze z istotą żywą się kojarzy, ale ryba ponoć dla zdrowia powinna być konsumowana. Więc na chwilę zapominam o męce przedśmiertnej ryby, bo właśnie panienka z baru wnosi na talerzu zamówioną belonę. Tak, zamówiłam a właściwie zamówiliśmy. Jak mamy w zwyczaju prosimy też o drugi talerz i sztućce i dzielimy jedną porcję na pół, bo tak wielkiej, jaką podają nie da się zjeść. Jeszcze niedawno może bym się wstydziła, ale teraz nie. Pamiętam wrażenie sprzed bardzo wielu laty , gdy byliśmy w restauracji hiszpańskiej gdzieś na Muranowie i kelner –Hiszpan sam zapytał, czy zapakować nam to, czego nie byliśmy w stanie zjeść. Oczywiście zgodziliśmy się ochoczo i przez kolejne trzy dni mieliśmy gotowy obiad. I to wszystko z dwóch tylko restauracyjnych porcji. Teraz już wszędzie nie ma problemu, by poprosić o opakowanie jednorazowe i zabrać do domu to co zostało albo po prostu zamawiać jedną porcję na dwie osoby. Rozpisałam się nadmiernie, ale to we mnie siedziało jako swojego rodzaju ciekawostka historyczno-obyczajowa.

      Pora wrócić do opisu naszego obiadu i zamówienia melodyjnej belony. Przed zamówieniem zapytałam, czy ta ryba ma ości, pani przytaknęła, ale powiedziała, że można sobie poradzić. Coś tylko bąknęłam o tym, że okularów nie wzięłam, ale pani pewnie nie dosłyszała. Tylko dalej opowiadała z żarem, że ta ryba pojawia się w Zatoce Puckiej jeden raz w roku, w maju i że jest nad wyraz  smakowita.

Tak więc przełamując opory by jeść żywe jeszcze niedawno zwierzątko zabrałam się do dzielenia ryby. I wówczas zauważyłam rzecz niezwykłą. Ta ryba miała zielony kręgosłup, a przy dalszym przygotowywaniu kęsa odkrywałam też , że ma dużo cienkich jak gruba żyłka  ości, ale przezroczystych i cudnie zielonkawych. Okazało się, że były tak dobrze widoczne, że okulary w ogóle nie były potrzebne.

Po powrocie do domu zajrzałam zwyczajowo do netu i znalazłam to, co pokrótce sobie streszczę. Otóż belona, zwana też beloną pospolitą ( łac. Belone belone- czyż nie cudnie można to zaśpiewać?)  jest  rybą morską belonokształtną. Jak widać musi być on tak niezwykły, że nawet nazwa pochodzi od tej ryby. Jest bardzo szczupła , smukła , potrafi osiągać długość nawet do 100 cm. Trochę przypomina węgorza, ale posiada bardzo długaśne szczęki przypominające dziób , uzbrojone w  liczne drobne zęby. W młodości jej szczęka górna jest znacznie dłuższa od dolnej. Ma wielkie oczy i podobno jest bardzo brzydka, poza dwoma cechami. Po pierwsze odziana jest w piękną srebrną skórę z drobnymi łuskami i jej kręgosłup oraz ości mają zielonawoniebieskawą barwę. Barwnikiem tym jest biliwerdyna powstała w wyniku przemiany hemoglobiny. Człek też ją produkuje w sobie , ale nie wpadł na pomysł, by barwić sobie kosteczki czy chociażby paznokcie…

Belona mieszka we wschodnim oceanie Atlantyckim oraz Morzu Śródziemnym, Północnym Czarnym i Bałtyckim.

Belony są towarzyskie, pływają w stadach blisko powierzchni wody i potrafią wyskakiwać ponad wodę. Żywią się małymi rybami i skorupiakami.

U naszych wybrzeży pojawia się tylko jeden raz w roku, w maju, gdy woda w morzu po zimie nagrzewa się gdy temperatura osiąga 8-9 stopni , i wtedy wyczekujący jej wędkarze są w siódmym niebie…Później odpływa na głębokie wody morza ….

I teraz siedzę nad klawiaturą a trapi mnie jedna myśl. Ta biedna ryba przypływa do nas, na Zatokę Pucką  ufnie napędzana biologią. Tu, w tych dość ciepłych teraz wodach musi odbyć tarło. A ludzie urządzają na nią polowania. Pytałam o to w tym i w innych barach oraz mieszkańca i nie otrzymałam odpowiedzi. Nad obecnością tej ryby o tej porze roku na talerzach barów rybnych panuje zmowa milczenia. Ktoś tylko powiedział, że rybacy wybierają takie sztuki, które nie mają oznak dojrzałości płciowej, nie noszą w sobie ikry ani mlecza…ale jak to rozpoznawać? Nie wiem…

Chyba zostanę wreszcie wegetarianką…

Ale czy rośliny nie cierpią?

I na tym zamykam poranne rozmyślania, bo i tak odpowiedzi nie widzę.

Tymczasem  na poranną kawkę zapraszam….

 

Zostawmy  tę piękną belonę , niech wolnością się cieszy. Zdjęcie z Wikipedii.

Belone_belone1.jpg

 

 

 

 

 

Majowo nad Bałtykiem.

 

SAM_0590.JPG

 

 

SAM_0547.JPG

Jedyna łódź na plaży w Jastarni, odmalowana i jak widać używana…Rybak przygotowuje się do  pracy…

 

SAM_0575.JPG

 

 

SAM_0567.JPG

 

 

 

 

I dobiliśmy na Półwysep Helski, do Jastarni.

Uświadomiłam sobie, że nigdy nie byłam nad Bałtykiem w maju. Od Zatoki Puckiej wiało jak diabli, ale morze przywitało nas słonecznie, pogodnie i przyjaźnie. Piaseczek plażowy jak zwykle zachwycał miałką białością i przyjemnie skrzypiał pogwizdując  pod stopami.

To co uderzyło w oczy to wszędzie widoczne ślady zimowych sztormów, morze sięgało wtedy wydm, wypłukując piasek tak, że zostały ich poprzeczne  przekroje, jakby kto nożem obcinał. Plaża stała się nieco nieckowata. Miejscowi mówią, że co roku jest tak samo, i gdy nastąpi odpływ, to koparkami zbierają z wody zabrany wydmom piach, odtwarzając kształtną plażę i ratując wydmy przed dalszym niszczeniem. I tak trwa odwieczna walka człowieka z morzem i wiatrami . Dawno, dawno temu,  były tu wyspy, które morze w swej łaskawości połączyło pasemkiem lądu zwanym Półwyspem Helskim  ale  teraz chce zabrać to, co dało…

W  maju jest tu cudnie, bezludnie i szumnie jak zwykle.

Tylko mew nie widzę. Od razu coś mi nie pasowało w tym krajobrazie. Jakby większa cisza poza szumem wody, i puste niebo nad nią. Tak, nie ma teraz tutaj mew. Żadnej mewy nie wypatrzyłam, dzisiaj też sprawdziłam. Przeleciała tylko jedna i szybko zniknęła.

Jak zwykle sprawdziłam w necie i znalazłam informację , chyba przedtem mi nie bardzo znaną. Jakoś o tym zresztą nie myślałam. Bałtyk latem czy jesienią zawsze kojarzył się z mewami i wydawało się, że to stali mieszkańcy. A okazuje się , że nie.

Te sympatyczne ptaki lęgną się u nas, ale na zimę odlatują do zachodniej Europy wracają pod koniec zimy, zaraz po stopieniu lodów. , a do nas by się ogrzać , przybywają mewy ze wschodu- z północy Rosji, krajów nadbałtyckich i Skandynawii.

Gdy nadchodzi marzec, panowie mewy wybierają na wodach śródlądowych miejsca na lęgowisko. Panie przybywają tam dopiero w kwietniu i wtedy rozpoczyna się miłosne szaleństwo. Nigdy nie widziałam, ale widok musi być przedni. Jak opisują obserwatorzy tych ptaków, pary stają naprzeciwko siebie rozwija do połowy skrzydła , rozpościera ogony, każde kładzie sobie dziób na piersi po czym nagle wyrzuca go w górę, kiwając przy tym głową. Zakochana para powtarza te ruchy, symulując wzajemne ataki. Gdy już oprzytomnieją – nie wiem jak długo to trwa, zgodnie budują gniazdo na terenie samca ale w miejscu wybranym przez panią.

Gniazdo może być tylko dołkiem w ziemi piaszczystego brzegu ale też może być budowane  na kępach  roślin wodnych pływających na jeziorze. Niezależnie od lokalizacji,  gniazdo jest wymoszczone liśćmi i łodygami okolicznych roślin. Mewy są towarzyskie, żyją w koloniach liczących od kilkudziesięciu do kilku tysięcy par. Osobniki starsze, mają gniazda najbardziej centralnie w całej kolonii, co jest miejscem najbezpieczniejszym, młodziaki, które przybywają później, lokują się na obrzeżach kolonii.

Mewy mają potomstwo tylko raz w roku. Przez ok. 3 tygodnie obydwoje rodzice wysiadują jaja. W połowie maja, we wszystkich rodzinach równoczasowo z oliwkowozielonych jaj wykluwają się młode . W każdym gnieździe jest tylko dwoje lub troje dzieci. To też ręka natury , bo w gromadzie jest im łatwiej bronić się przed drapieżnikami, szczególnie aktywnymi w czasie wysiadywania jaj i wychowywania młodych. Mewie dzieci rosną dorastają w bliskim sąsiedztwie  gniazda. Są rudobrązowe z czarnymi plamami na bokach i grzbiecie.  Gdy osiągają wiek 5 tygodni, są już zdolne do latania. Jednak dopiero we wrześniu dojrzewają całkowicie, co manifestuje się m.in. zmianą piór na szyi, głowie i tułowiu. I wtedy nagle jak z” brzydkiego kaczątka” wyłania się ten piękny biały ptak, kołujący na nadmorskim niebie lub kołyszący się na fali. Od razu wraca moje dzieciństwo, kiedy to zakochana w tych ptakach marzyłam o broszce z mewą, której nigdy nie dostałam. O, jakie miałyśmy w tych latach 50 ubiegłego wieku marzenia…Małe i jakże prymitywne.

Wracam do moich mew.

Gdy tylko młode są zdolne opuścić gniazdo, co może mieć miejsce już w lipcu, rozpoczynają się odloty….

Jeszcze jedna ciekawa informacja. Otóż badacze dzięki zakładanym obrączkom tym ptakom mogli określić ich długość życia.  Najstarszym żyjącym osobnikiem była mewa licząca sobie 32 lata.

 

I już koniec skrótowej opowieści o ulubionych ptakach, kojarzących się z wakacjami, urlopami, wolnością. Bo pora biec przez kawałek Jastarni, przekroczyć tory kolejowe wiodące z Gdyni na Hel, też dla mnie magiczne i po 20 minutach leśnego szybkiego marszu zobaczyć morze….ciekawe co tam dzisiaj słychać i widać?