Lot nad własnym ziemskim losem ( 7 )
Odwiedziny w Rakowie.
Pewnego dnia matka wywiozła mnie do Rakowa, do babci. Byłem bardzo szczęśliwy, zaprzyjaźniłem się ze starszymi kuzynami a nawet pomagałem w sieczkarni. Z okresu tego krótkiego pobytu zapamiętałem szczególne wydarzenie. Otóż w okolicznych lasach było bardzo dużo partyzantki AK. Niektórzy dla niepoznaki przebierali się w niemieckie mundury. I taka właśnie grupa na furmankach zdążała do Rakowa, do swoich krewnych. Nagle została otoczona przez radziecki oddział partyzancki. Myśląc, że to Niemcy, obezwładnili polskich chłopców i w okrutny sposób zamordowali. Tylko furmanowi udało się uciec i powiadomił mieszkańców Rakowa o tym zdarzeniu.
Wraz z innymi wyszedłem na chodnik i obserwowałem, jak na furmankach przewozi się okrutnie pomordowanych chłopców- dzieci Rakowa. Taki widok do dziś tkwi w moich oczach. Widzę wyraźnie, zrozpaczonych rodziców, siostry i braci tych polskich młodych patriotów, którym zgotowano taką śmierć….
Za młynem i tamą, rozdzielającą miasteczko, mieszkał i miał swoją krawiecką pracownię wujek Majewski. Zachodziłem do niego na pogawędki, Był podobnie jak inni mocno zasmucony tym wydarzeniem.
Szukałem tedy spokoju na poletku babci, zwłaszcza na polu makowym. Któregoś dnia tak się opchałem makówek, że babcia musiała mnie położyć do łóżka, na którym przespałem wiele, wiele godzin. Kiedy indziej pomagałem starszemu kuzynowi w sieczkarni. Na chwilę pozostawił mnie samego, a ja rozpędziłem wielkie koło, które zaczęło wciągać szeroki rękaw mojej bluzy. I gdyby nie natychmiastowa pomoc kuzyna, dziś zapewne byłbym pozbawiony jednej ręki. Ale do dzisiaj mam widoczną bliznę.
