Marzenka Kieniewicz była już w moim mniemaniu doświadczonym internistą z półrocznym stażem w przychodni i zawsze uczynnie służyła mi radą.
Przychodziłam ze swoim problemem, króciuteńko omawiałam stan pacjentki lub pacjenta i zadawałam kardynalne pytanie- jaki lek można jeszcze podać.
Z rozpoznaniem z reguły nie miałam trudności, ale poza podstawowymi lekami, niewiele wiedziałam o całym wachlarzu możliwości terapeutycznych .
Oczywiście natychmiast uzyskiwałam odpowiedź i nieomal biegiem wracałam do swojego mikrego gabinetu, tym bardziej, że słyszałam gniewne pomruki pacjentów oczekujących na korytarzu. Już idąc w stronę gabinetu koleżanki, przepraszałam, że tylko na chwilę. Ale pewnie nikt temu nie dawał wiary. Czegokolwiek bym nie powiedziała, to pewnie i tak myśleliby, że wybywam do koleżanki na ploty . Wychodząc i wracając wielokrotnie przepraszałam oczekujących . Nie jestem pewna, że ktoś to zaakceptował, ale potem , będąc już w gabinecie, z reguły każdy starał się być uprzejmy.
Bo były to czasy, kiedy ludzie czuli się onieśmieleni w kontakcie z lekarzem i właściwie nigdy nie wyrażali swojego niezadowolenia. Tamte czasy minęły bezpowrotnie…
