I znaleźliśmy się we Lwowie…..
Lwów…Lwów.
Od razu wydał się ciepły i bliski. Pewnie to sprawka dobrych duchów, które mieszkają w starych polskich kamienicach a tłumnie spotykają się na Cmentarzu Łyczakowskim.
A może tutaj ziemia wydziela dobre fluidy.
To obecnie jest duże miasto, ma 850 tys. mieszkańców, czerwone tramwaje i trolejbusy. Ludzie i samochody na ulicach są tacy jak my. Gdzieś pędzą, potem siedzą na ławkach w parkach, albo bawią swoje dzieci na huśtawkach ogródków jordanowskich. Młode pary w ślubnych strojach krążą po Rynku i zaczarowanych uliczkach . Spotykamy ich też w Operze. Wszędzie towarzyszą im tłumy rodzinne, gapiów i fotografów.
Jezdnie pokryte kostką bazaltową, jeszcze pamiętającą czasy galicyjskie. W niektórych miejscach się zapadają , ale i tak wytrzymały bardzo długie lata w niezłej kondycji.
Autobus podskakuje, Mirek narzeka. Ale mnie się podoba to podskakiwanie, jedziemy wolno , dostojnie i hałaśliwie.
Oglądamy uliczki wąskie, biegnące dół lub wspinające się w górę, okolone rzędami wysokich secesyjnych kamienic. Nie czytamy ich nazw , ukraiński Polak, przewodnik podaje nam stare Polskie nazwy. Tak się z nami umówił. Że jest to podróż w przeszłość , w czas, który bezpowrotnie minął.
Miasto rozłożone jest na siedmiu wzgórzach i tonie w zieleni poprzecinanej wieżami i kopułami świątyń różnych wyznań.
