Na Nowy Rok będzie ” strzępiasto” :)

 

IMG_20170621_142611.jpg

Nasza droga, ciemny las wokół ale jasne niebo- takie skojarzenie z życiem….

a tak w ogóle to przyroda a szczególnie  las jest lekiem na całe zło tego świata… przynajmniej dla mnie…zapraszam….

 

 

Jeszcze nie „Stukamy w kalendarz” !

Kochani! Jak zwykle będzie „ strzępiasto”- bo tak określam moje pisanie pełne wątków pobocznych- ale na pewno darujecie mi- to nie ja, a moje palce wystukują to wszystko na klawiaturze a impulsy płyną z głowy i serca !!!!

To fajne powiedzenie  zawarte w tytule , pogodne, chyba zapomniane przypomina się dziś, kiedy Stary a jakże niedawno jeszcze Młody Rok odchodzi w siną dal, a bieży kolejny….2018….a my jeszcze odwracamy kartki kalendarza i nie „ stukamy w swój kalendarz”…chciałabym jednak stworzyć parafrazę tego określenia, na bardziej radosne…Kochani dopóki żyjemy siła jest w nas….a potem…., kiedy „ stukniemy w ziemski kalendarz… No cóż potem, zapraszam na Kasjopeję gdzie zamierzam się ulokować i gościć Was tam, moi Mili….piękny to gwiazdozbiór wyraźnie widoczny na niebie- choć gdy powiedziałam o tym Profciowi, który u nas gościł w pierwszy i drugi Dzień Świąt- od razu zareagował- ależ tam jest wielka temperatura!- ot, prawdziwy fizyk i naukowiec!!!- odparłam- w tym stanie ducha nawet wielkie temperatury nam nie zaszkodzą…..

 

I tu miało być o kalendarzu juliańskim, gregoriańskim etc. A nagle wdarł się …Stanisław Lem….bo gdy poszukałam w necie info nt. tego powiedzenie : Stuknąć w kalendarz- w jakimś tam portalu pojawił się Lem, i cytat z jego Cyberiady ( którą właśnie pożyczyłam z biblioteki, ale leży odłogiem, bo zajmuję się czymś innym – też pisaniem ale na tematy jak z odległej galaktyki)…..

Otóż Lem w tejże Cyberiadzie napisał : Stuknęła mi sześćdziesiątka, siódmy krzyżyk się zbliżał i nadzieje sławy doczesnej nikły. S. Lem, Cyberiada.

Od razu „złapałam haczyk „ i postanowiłam pogrzebać w Jego życiorysie i sprawdzić czy faktycznie był to już jego zmierzch życia ( jak mnie znacie, by znaleźć w sobie siłę wiary w „ świetlaną przyszłość” moich lat 80 , które zaczęły się 28 września 2017 roku…..

Stanisław Lem ur.1921 we Lwowie , zm. w 2006 w Krakowie. Żył więc 85 lat !!! Słuszny to wiek, choć mógłby dociągnąć przynajmniej do 100 ! Ale tak się nie stało i dobry Bóg zabrał go do siebie by śledził gwiazdy z odwrotnej strony. Ciekawe o czym tam teraz pisze J

Nie był to człowiek jedynie zapatrzony w kosmos i fantazje, ale też rozważał  jak się mogą porozumiewać istoty inteligentne i próbował określić miejsce człowieka we Wszechświecie. To nie wszystkie Jego zainteresowania,  jakby się zdawało, ale też żywo interesowało  go to co przyziemne- ziemski  człowiek – snuł więc  refleksje naukowo- filozoficzne na temat współczesnego społeczeństwa,  krytykował różne systemy polityczne, na żadnym nie zostawiając przysłowiowej „ suchej nitki”,  filozofował.

Jego książki w dość odległym okresie należały do najczęściej czytywanych w świecie nieanglojęzycznym . Przetłumaczono je na ponad 40 języków , osiągając łączny nakład ponad 30 milionów egzemplarzy co lokuje go na czele wszystkich innych pisarzy polskich.  Krytycy porównują jego wpływ na literaturę światową do wpływu np. Wellsa czy Stapledona.

Jego nazwiskiem nazwano planetoidę oraz pierwszego polskiego satelitę naukowego.

       Faktycznie po ukończeniu owych 60 lat pisał mniej powieści beletrystycznych , ale był stale aktywny, co można prześledzić w jego biografii zawartej w Wikipedii. Ważne jest to, że nie usiadł w fotelu i rozmyślał o przeszłości….dla mnie fajne….każdy wiek ma swoje prawa, zajęcia…

Ale nieco śmieszne jest to, co znalazłam w Wikipedii, że był znawcą i wielbicielem oraz aktywnym degustatorem chałwy i marcepanu. Pomimo stwierdzonej cukrzycy, konsumował te słodycze bez umiaru, ponadto pijał likiery a także gin o którym to trunku wyrażał się z sympatią korespondując z Mrożkiem, palił także papierosy, ale wyłącznie mentolowe.  

Wielbił poezję Leśmiana, fragmenty Trylogii Sienkiewicza, lubił muzykę poważną szczególnie Beethovena oraz jazz ( duety Luisa Armstronga z Ellą Fitzgerald) ale też piosenki z Kabaretu Starszych Panów i niektóre Beatelsów. Lubił filmy rozrywkowe szczególnie King Konga, serie z Jamesem Bondem, Gwiezdne Wojny…filmy Luisa Bunuela….

Był poliglotą- znał łacinę, niemiecki, francuski, angielski, ukraiński i rosyjski.

Kochał narty i Zakopane. W tym mieście zatrzymywał się w Astorii, gdzie powstało jego wiele książek. Był też pasjonatem motoryzacji- lubił ostrą jazdę, wyprzedzanie i ściganie się spod świateł, a do garażu wjeżdżał z impetem . Sam naprawiał swoje samochody.

Był człowiekiem pogodnym, dowcipnym i czarującym – co zaskakiwało wielu, którzy do tej pory, zanim spotkali się z nim osobiście, a znali tylko jego twórczość- zaskakiwało.  Często żartował z otaczającej rzeczywistości , był szalenie gościnny i zabawiał rozmową a czasem nawet szaloną dyskusją. Bywało, że wpadał w irytację, szczególnie w sytuacjach z urzędnikami….

Dlaczego piszę o Lemie ? ot, tak sobie…po prostu fajnie jest poznawać nie tylko pisarza, ale człowieka….optymistyczne dla mnie….radość życia !!!

I tego Wam, Kochani życzę !!!

Nie tylko na Nowy Rok- nie tylko Zdrowia, Szczęścia , Pieniędzy może, ale Radości Życia, z tego, że żyjemy i jest to piękne….bo Życie jest Piękne, prawda?

 

 

IMG_20170623_173932.jpg

 Nawet gdy jest bardzo ponuro- zawsze gdzieś światełko, jasność przynajmniej…..

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel. ( 10 )

Pan Profesor Witold Ramotowski-nasz Przyjaciel

pora na kontynuację opowieści….

Pan Profesor w swojej ulubionej piwnicznej kuchni- jak lubiliśmy tam przebywać- wszystko zmontował tam sam- boazerię ułożył na ścianie, stół własnej produkcji, płytki na podłodze ułożył. A siedzi , bywało, że my też tam siadywaliśmy na materacu, czy jak to zwać- muszę spytać Profa- który był na Jego jachcie czyli słynnym Trepie- oczywiście też całkowicie wykonanym przez Pana Profa…..zdj własne Z.K.

Po długiej przerwie wracam do tematów ciepłych, radosnych- do wspomnień naszych bujnych czasów spędzanych z Panem Profesorem, figlarnie zwanym przez Mirka Profciem, lub Profem…

Bywało, że Pan Profesor, figlarnie nazywany przez nas Profciem, wieczorową porą spędzaną w Jego domku przed telewizorem albo przy muzyce ( o czym już pisałam ) przynosił nam  pyszne pachnące zapiekanki z warzywami z własnego, z czułością uprawianego ogródka.

Z wielkim zaparciem pielęgnował  grządki , kopiąc, pieląc chwasty i podlewając starannie. Zaprojektował i wykonał system do podlewania ogródka- nie tylko grządek ale też wielu krzewów borówki amerykańskiej, owoców której nie jedliśmy, gdyż  lubiła  Jego Żona. Czasami Mirek w czasie obowiązkowego zwiedzania ogródka , bo Profesor lubił go pokazywać, skubnął jedną jagódkę , zda się niepostrzeżenie,  ale zwykle Profcio czujnie to dostrzegał- i bez słowa   tak patrzył na Mirka, że szybko zabierałam Męża proponując inne zajęcia. …

Przed zmontowaniem systemu do podlewania ogródka wodą z Bugu, ponoć zdrowszą niż ta, czerpana z ujęcia, długo rozważał możliwości a potem zakupił odpowiednią pompę, którą umieścił w wodzie starorzecza Bugu, czyli w tzw. cofce. Znajomy profesjonalny hydraulik wątpił, czy owa pompa da radę przetransportować wodę nie tylko na odległość kilkudziesięciu metrów, ale także kilka metrów w górę, bo działka leżała powyżej lustra wody. Jednak Profcio w swym politechnicznym umyśle wyliczył , upewnił się rozważając teoretycznie ( cóż za Umysł!!!) że pompa da radę i bez chwili wahania podjął działania.

Najpierw długo kopał wąski głęboki rów na trasie przyszłego przebiegu rury, by nikt z wędrujących brzegiem jej nie uszkodził . Trasa wiodła z ogródka , pod ogrodzeniem, poprzez kolczaste tarniny , potem zboczem wzgórza i wreszcie przez wielkie krzewy wierzby rosnące nad wodą. Przebijanie się przez te krzewy to dopiero była gehenna- kolce tarniny to pestka. Tu musiał, już w błocie, karczować wiele korzeni wierzbowych. Wykuwał je siekierą z zapałem i cierpliwością godną Takiego Mistrza!. Oczywiście zaglądaliśmy tam często w trakcie prowadzonych prac, zwłaszcza przy pokonywaniu ostatniego odcinka, sprawdzając, czy wszystko w porządku. By ujrzeć Profesora należało wdzierać się pomiędzy wierzbowe krzaki, elastyczne konary waliły po głowie, nagle wyrzucały nas w powietrze, gdy stanęliśmy na gałąź, a ta odbijała w górę razem z naszą stopą- więc jak wynika z opisu , nie było to łatwe.

Gdy wreszcie do Niego docieraliśmy, z ulgą stwierdzaliśmy, że jest ok. Profesor, umorusany w kaloszach pełnych wody, dalej działał z zapałem i precyzją. Gdy budowa rowu, czyli tej ważnej życiodajnej drogi została ukończona , długi wąż gumowy spoczął na jej dnie, przykryty fragmentami starej dachówki, jej falistą częścią i przysypany ziemią  oraz zamaskowany kępami trawy– tak by nikt nie widział i nie uszkodził- nawet przypadkowo-   przyszła pora na uruchamianie całej instalacji. Aha, zapomniałam wspomnieć o niezbędnych dla działania pompy pracach elektrycznych. Tak więc przedtem Profcio kopiąc też głęboki wąski rowek po skosie całej, niemałej działki, w ściśle zarośniętej darni ( wyczyn !) doprowadził przewód elektryczny do specjalnego słupka nieopodal ogrodzenia, gdzie były ulokowane  gniazdka elektryczne , ładnie zakryte przed deszczem klapkami.  Też był tam fajny włącznik i wyłącznik prądu . Oj, jak lubiliśmy potem- przejęci misją specjalną-  włączać tam prąd i patrzeć, jak woda sika na spragnione roślinki z sitka prysznicowego (chyba) zamontowanego na wysokim paliku–

Gdy całość została wykonana, pozostało jeszcze założenie pompy na koniec instalacji. I znowu Profcio brnął przez wierzbowy gąszcz, gubiąc kalosze- my obserwowaliśmy z daleka, gotowi pomóc w razie czego- ale jak ? Byliśmy obserwatorami, niemymi świadkami całej akcji- bo z wrażenia nikt nic nie mówił, ba, nawet wstrzymywał dech nasłuchując czy coś nagle nie zapluszcze co mogłoby być sygnałem, że Profcio wpadł do głębokiej zaraz od brzegu wody starorzecza. Nic takiego się nie stało. Profcio w pewnym momencie krzyknął, żebyśmy włączyli prąd – więc pognaliśmy a może tylko nasza wnuczka Weronika pognała w górę doliny aż na działkę i wkrótce pompa ruszyła !

Sprawdzaliśmy jak obficie perliście, lśniąc kropelkami w słońcu, tryska na grządki woda-  pachnąca zieloną rzeką, żabami, zaroślami moczącymi się w Bugu- życiodajna ciepła w porównaniu z wodą z naszego miniwodociągu i czuliśmy jak ogródek oddycha z rozkoszą.

Profcio triumfalnie wyłonił się z nadrzecznych krzewów, umorusany szczęśliwy wkrótce stanął obok nas mówiąc z radością – jaka zdrowa jest ta woda dla moich roślin, jak zachłannie ją piją- mówił z radością i nam się ona udzieliła……Nawet zjawili się inni działkowicze, w tym znajomy hydraulik- który tylko kręcił głową- jak to możliwe- że pompa zadziałała wbrew jego logice…Potem ruszyliśmy do Azylu, by uczcić to Wiekopomne Wydarzenie lampką wina, dzieci otrzymały jaką kolorową wodę ….oj, piękny to czas wspólny nadbużański letni wonny świetlisty pamięcią – czas zatrzymany w kadrze naszej pamięci…..

prof9 (2).JPG

widok z ogródka Profa na Bug= wąska wstążeczka w dali, cofkę- bliższy plan i wreszcie bujne krzewy – opisana tarnina jakoś na tym zdjęciu ukryta chyba w bzie – ale jest na pewno, gęsta, bujna, bardzo kolczasta z pięknymi czarnymi jagodami…