Na medycznej ścieżce. Szpitalne tarasy.

Szpitalne tarasy

 

W okresie letnim, kiedy było pięknie  na dworze, nasze niemowlaki leżakowały w  ciepłym cieniu na przyoddziałowym tarasie.

Szpital miał dwa piękne tarasy. Gdy na nie patrzyłam, byłam pełna szacunku dla wyobraźni architekta tego szpitala.

Jeden taras był ogromny, na ostatnim, trzecim piętrze , przy oddziale żółtaczkowym . Tam , pod wielką markizą  bawiły się nasze chore dzieci, oraz czasami urzędowaliśmy my, lekarze, wynosząc tam swoje biurka.

A na drugim piętrze , czyli przy oddziale biegunkowym taras był nieco mniejszy, bardziej kameralny, położony bokiem do ulicy Siennej i Śliskiej. To właśnie tam  wynoszono małe łóżeczka i na świeżym powietrzu dzieciaki zdrowiały szybciej.

Wprawdzie można było mieć podejrzenie, że to powietrze wcale nie było takie ożywcze, gdyż szpital znajdował się w samym centrum Warszawy.

Ale oba tarasy były ukryte w koronach wielkich drzew, które otaczały szpital.

Śpiewały ptaki, szumiały gałęzie i była to namiastka raju dla naszych chorych….i dla nas.

     Jak bardzo mi brakowało takich tarasów w CZD. Architekt tego obiektu, pomimo że gmach  CZD  został  kiedyś tzw. Misterem Warszawy, zaprojektował dzieło monumentalne, ogromne surowe nieprzyjazne. Gmaszydło to upstrzone jedynie rzędami i szeregami stosunkowo niewysokich nigdy nie otwieranych okien , górowało nad piękną mazowiecką leśną krainą , kłuło błękitne niebo , raziło w oczy i ogólnie odstraszało.

Chyba przybywające tutaj dzieci odbierały go podobnie i czuły się jeszcze bardziej przerażone.

A może wcale tego tak nie odbierały jak ja a ich rodzice od razu pokornie pochylali głowy widząc ten monument.

Na naszym , 9 piętrze, gdzie mieścił się nasz Oddział Nefrologii był maleńki balkonik, a właściwie loggia i czasami tam gromadzono chore dzieci.

Gdy patrzyłam na tą niewielką zamkniętą przestrzeń, wyłożoną zieloną plastikową trawą, bez drzew za oknem, gdzie jeno zaglądało niebo,  wracałam myślami do mojego starego szpitala….