Losy moich Rodziców. Różaniec obozowy.

Różaniec obozowy

 

Jednak w tym miejscu piekielnym ludzie szukali Boga. Modlili się, spowiadali u uwięzionych księży i otrzymywali komunię ze skrawka czerstwego obozowego chleba składającego się głównie z trocin.

Tato miał zdolności manualne. Gdyby odebrał stosowne wykształcenie, byłyby artystą.. Bo On miał duszę artysty.

Zbierał na terenie maleńkie kawałeczki kabla, które gdzieś porzucili elektrycy. Wyciągał z nich włosowate miedziane druciki i z nich splatał delikatne trójwymiarowe krzyżyki ,  druciki przyjmowały posłusznie w palcach Taty kształty paciorków i ociupeńkie ogniwa, które łączyły te elementy w całość, zwaną różańcem. Był tak drobny i misterny, że mieścił się w zamkniętej dłoni. Nikt nie mógł widzieć, gdy nieszczęśnik, właściciel takiego różańca przesuwał jego niby paciorki i wzdychał do Boga.

Niemcy nigdy tego nie odkryli, bo znaleźliby sposób, by ukrócić takie działania Taty. Po prostu zostałby skopany do nieprzytomności, albo poszczuto by na niego wielkie psy, specjalnie szkolone tak, by potrafiły zabijać.

Nie dziwię się, że Tato do końca swojego długiego życia na widok wielkich skądinąd teraz przyjaznych psów- wilków siniał na twarzy i nieruchomiał. Szczekanie psów rozlegające się nieraz w naszym żoliborskim bloku powodowały u niego napady lęku. No, cóż , zwykła nerwica poobozowa. Zespół opisany przez psychiatrów.

Widziałam w moim domu taki różaniec, Tato przywiózł jeden, ostatni. Poprzednie, a było ich niemało ofiarował współwięźniom, pewnie czasem za to dostał kawałek chleba- nie wiem jak to było.

W obozie chleb był świętością. Każdy okruszek w naszym domu, tak był traktowany. Nikt nigdy nie wyrzucał chleba. Tak było i ja to mam w sobie. Podziw, szacunek i zachwyt nad chlebem.

„ Chleba naszego powszedniego…..”

Na medycznej ścieżce. Pajac.

Anula opowiadała o swoim ukochanym koniu.

W Podkowie Leśnej mieszkał z nimi, i był traktowany jak lord.

Nazywał się  Pajac, miał swoją ocieplaną stajnię i był wyprowadzany wtedy, gdy panie miały ochotę na przejażdżkę. Konno jeździła jej mama, ona i jej córki.

Kiedyś przed zimą Anula obwieściła, że musi zdobyć dla niego siano. Następnego dnia wyznała, że udało się i nawet wynajęła konia, by je przywiózł.

Wyraziłam zdziwienie, dlaczego  Pajac sam sobie nie przywiózł jedzonka na zimę, wszak był koniem. Wystarczyło tylko wypożyczyć wóz.

To pytanie ją bardzo wzburzyło, na serio odpowiedziała, że  przecież jej koń nie  jest stworzony jako koń pociągowy a w dodatku  nie wypada by ciągnął wóz. Byłoby to zadanie ponad jego godność…

 Kiedyś dostaliśmy telefon, że Anula nie przyjdzie do pracy, bo spaliła się stajnia Pajaca. Byłyśmy wstrząśnięte. Znając jej trudną sytuację materialną, zebrałyśmy pieniążki, i udałam się do niej do Podkowy Leśnej. Wówczas korzystałam z malucha mojego Taty, więc bez trudu dobiłam do Podkowy i rozpytując ludzi trafiłam do jej domu. Ta rodzinka była znana wszystkim mieszkańcom.

Ogród był piękny, stare drzewa , kwitnące krzewy a wśród nich uroczy dom. Dwuspadowy, z narożnikowym wejściem ukrytym pod kolumienką.

Dzwoniłam długo, bo na terenie grasowały wielkie psy. Wreszcie wyłoniła się Anula. Pewnie dzwonek nie działał, jeno psiska ją zawiadomiły.

Wiedziałam, że ma kilka psów, przygarniała różne biedne i porzucone. Ale tego co zastałam w domu, się nie spodziewałam.

Znalazłam się w innym świecie, jak ze starego filmu. Wnętrze było jak w dworku z ubiegłego wieku. Wśród wyliniałych zdobnych niegdyś kanap i starych ciekawych mebli rezydowały różnej maści psy, niektóre leniwie się przechodziły pomiędzy moimi nogami. To było królestwo Anuli.

Zostawiłam pieniądze i szybko odjechałam. Ona już organizowała odbudowę stajni, więc wiedziałam, że nic tu po mnie.