W nieomal kołchozowych warunkach kwatery przy ul. Siewierskiej w Poznaniu, naprawdę czułam się znakomicie.
Jednak nękała mnie przewlekła przypadłość zdrowotna. Od ponad roku miałam uporczywy ogromniasty ropny katar. Wprawdzie nie towarzyszyły mu żadne inne objawy, jak np. stany gorączkowe( wprawdzie nie mierzyłam temperatury) ani nawet bóle głowy, ale dolegliwość była przykra. Niejednokrotnie podczas zajęć musiałam opróżniać nos, przerywając monotonny ton wykładu hałaśliwym trąbieniem. Do tej pory się dziwię, że wykładowca wykazywał niezwykłą tolerancję i nigdy nie otrzymałam polecenia opuszczenia sali wykładowej .
Kilkakrotnie odwiedzałam laryngologa w Gorzowie, otrzymywałam antybiotyki, najczęściej modne wówczas tetracykliny, wkrapiałam do nosa różne krople. Ale ta terapia nie odnosiła żadnego efektu.
Któregoś dnia uznałam, że jest to na pewno zapalenie zatok. Powędrowałam więc po raz kolejny do laryngologa, przedstawiłam swój punkt widzenia i grzecznie, ale zdecydowanie poprosiłam o wykonanie punkcji zatok.
Laryngolog wprawdzie się trochę opierał, twierdził, że wg niego zabieg nie jest potrzebny. Ale widząc moją zdeterminowaną minę widocznie poczuł się zagrożony, że nie opuszczę gabinetu. Przygotował długie druty, strzykawki. Siedziałam na fotelu dumna, że ustaliłam ostateczne rozpoznanie i spokojnie czekałam na manewry laryngologiczne. Wkrótce miałam te wielgaśne druty w nosie , nie zapamiętałam bólu i po chwili laryngolog pokazał mi nerkę, do której w moim mniemaniu zbierał treść opróżnianych zatok. Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałam, że nerka była pusta.
Lekarz obwieścił , że jak sugerował wcześniej, nie stwierdził zapalenia zatok.
Wyszłam z gabinetu z mieszanymi uczuciami.
Wprawdzie nie potwierdziła się moja diagnoza, ale zabieg się odbył, więc jeden etap diagnostyczno- terapeutyczny miałam za sobą….
