Terapia Wiechem. „ Lot nad Szmulkami” i moje takie tam.
Kartkuję niewielką książeczkę z felietonami Wiecha zatytułowaną ” A to ci polka”. Jeszcze jej nie oddałam do biblioteki, bo przepisuję sobie te teksty i za każdym razem gdy ją otwieram, uśmiecham się i odlatuję. Zapraszam Was, oderwijcie się jako i ja się odrywam od tego co nas oblepia, zadziwia i przeraża. Dziś , Kochani będzie o ” luku” z nieba na Warszawę. I zaraz potem takie tam moje gadanie wspominkowe.
Są lata 70 ubiegłego wieku, lata naszej dumnej chmurnej ale i lekkiej jak piórko przeszłości. Pan Wiech tak sobie gawędzi. Najpierw musi zwyczajowo napisać o tym co się wtedy działo, czyli o meczach piłkarskich. Może być to smakowite dla pasjonatów tego sportu, jak np. dla pana Pilcha, pewnie dla nas niekoniecznie Ale w drugiej części felietonu znajduję to, co dla mnie fajne. I już lecimy samolotem a pod nami Warszawa:

Takie cudne zdjęcie znalazłam w necie, w portalu TVN. Zatytułowano je: Warszawa na pierzynie..”. I nic to, że niewiele widać…oddaję głos Wiechowi, on nam opowie:
„ LOT NAD SZMULKAMI
Że żone mam niemożebną sportówkie, to wszyscy wiedzą, bo nieraz już o tem zaznaczałem. Totyż nikt sie nie zdziwi, jak nadmienie, że przez pare godzin nie wstawała od telewizora, podczas tych meczy z Bułgarią i Turkamy, gdzieśmy , jak wiadomo, jednych naleli dwa do knota, a drugich dwa do kółka. Pokazało sie, że dobre jesteśmy na błoto, co?
Troszkie nam było nieprzyjemnie wobec Bułgarów, że to demokracja demokracje w kostkie kopie i w mokre trawe przewraca, ale sport jest sport. Za to jeżeli się rozchodzi o Turków, to grzeliśmy ich z czystem sumieniem za Wołodyjoszczaka , za Baśkie i pana Zagłobe. Sobieski lepiej by się z niemi nie obleciał
No, ale w ciepłem pokoju przy telewizorze siedzieć, pyzy ze słoninką opychać i na mecz kapować, to każden potrafi. Ale samemu jakiś wyczyn sportowy zasunąć , to już rzecz druga. A Gienia zasunęła i mnie jeszcze z sobą zabrała.
Za tak zwanych bohaterów przestworzy żeśmy się zostali po sześćdziesiąt złotych z łebka. Nie na długo, na piętnaście minut, ale dla mnie wystarczyło na większą ilość cykorii. Jednem słowem, wzięliśmy udział w lotach nad Warszawą.
Ja na razie chciałem pryskać już z autobusu, któren wiózł nasz na Okęcie, ale Gienia wskazała mnie na dwóch chłopaczków, które razem z rodzicami jechali na ten lot, i mówi:
– Jak ci nie wstyd, dzisiaj małe dzieci samolotami podróżują.
– Mały dzieciak frajer jest, wszystko go zabawia, sprawozdania z niebezpieczeństwa sobie nie zdaje, bo gazet nie czyta. Ale my się dzieciakami trajlować nie potrzebujem, bo oboje wiemy, że jest sie czego bać. Jednakowoż stolice z tak zwanego lotu ptaka warto zobaczyć.
Najgorzej, że nie wiedziałem , jak sie pod względem żołądkowej diety zachować, bo jeden znajomy lotnik radził, żeby wsunąć przyzwoity obiad z trzech dań z komputem. A znowuż niejaki Gwizdek Alojzy, którego wujo za woźnego w Locie sie zatrudnia, powiedział, że nie ma nic gorszego , jak z pełnym bancem w taką nadpowietrzną podróż się wypuszczać. Znakiem tego, wybrałem sie na czczo, wziełem tylko z sobą przyzwoitą wałówkie, to znaczy pół kila suchej kiełbasy i pare ogórków.
Ale okazało sie to niepotrzebne, w europlanie o jedzeniu ani przez minutę sie nie myślało. Oczy żeśmy tylko wytrzeszczali, żeby się tej naszej Warszawie z wierzchu przypatrzyć. Faktycznie jest taka więcej przepiękna. Widoczek jak rzadko. Brudnego śniegu na trotuarach z góry prawie nie widać, to jest raz, taki Bazar Różyckiego, wygląda jak wiszące ogrody Semiramidy z 1001 nocy, to jest dwa.
W ogólności Szmulki najwięcej się nam spodobali. Gienia nawet raban podniosła i zaczęła krzyczeć do pilota:
– Panie motorniczy, zjedź pan troszkie niżej nad ulice Ząbkowskie, bo chce sie sąsiadce Mordzielakowej pokazać. Niech zżółknie z zazdrości.
Ale pilot się spieszył, bo jeszcze pół Warszawy miał nam pokazać. Obejrzeliśmy sobie wszystko detalicznie. Z większych starszych budynków spodobał sie nam Dworzec Główny utrzymany w tak zwanem stylu barakowym.
Za to całkiem nowocześnie i ze smykałką są wybudowane przystanki kolejowe Ochota i Powiśle. Dopieru z lotu ptaka widać, jak to jest primo woto zaprojektowane. Łamane dachy w podobieństwie faworków dają gwarancje dużego bezpieczeństwa. Wyglądają tak, że jakby w razie, broń Boże, wojny nadleciał tu nieprzyjacielski lotnik, z miejsca sobie pomyśli:
– To już było bombardowane- i poleci do cholery.
Nie zdążyliśmy sie jak sie należy wszystkiemu przyjrzeć, a europlan spuścił sie już na ziemie i trzeba było wysiadać. Gienia w krzyk i nie chce. Musieliśmy jeszcze jeden kurs oblecieć, ale Mordzielakowej znowuż w oknie nie było.
W najbliższą niedziele Gieniuchna zamiaruje odbyć nowy lot nad Szmulkami.
– Musiem ją koniec końcem przytracić- musi się rozchorować- mówi.
A ja się zgadzam, bo wycieczka jest tak pouczająca , że sie o cykorii zupełnie zapomina „

Zdj z netu. Widok z lotu ptaka na Bazar Różyckiego

Pyzy gorące pyzy, flaki…..zdjęcie z netu, ale z czasów późniejszych niż opisywane, bo choćby torba pasiasta , parasol i plastikowe pojemniczki. Za to ten typ paniusi oferującej przysmaki taki sam, odwieczny, ponadczasowy….
A teraz pora na ” moje takie tam” zapowiadane w tytule tego wpisu? A więc zaczynamy:
Kochani. Najpierw będzie przydługi wstęp. Już dobrze mnie znacie i wybaczycie.
Uwielbiam ucieczkę od złego nastroju, skisłej codzienności, obrzydliwościami kapiącej polityki, i w ogóle od tego co obmierzłe na tym świecie.
Uwielbiam także tę porę jeszcze ciemną o tej porze roku, kiedy dzień się zbliża a ziewająca noc idzie spać. I za chwilę ma wstać nowe z radością witane, bo na własnych nóżkach wstanie z łoża, co w wieku trolejbusowym ( tu Wiech się kłania) jest wyczynem i powodem do zachwytu.
Wówczas też odwiedzają mnie jakieś cienie z przeszłości, przed świtem bardziej intensywne, zmaterializowane, trójwymiarowe nawet , jednym słowem po prostu żywe. To są dobre cienie, złe zostawiam za progiem, więc te ostatnie zniechęcone odchodzą w niebyt.
Ponadto uwielbiam dygresje. Wciskają się na klawisze tupią blokując płynność tekstu. Ulegam, bo po co walczyć. Ważne, że główny wątek się snuje.
Moje zapowiedziane w tytule „takie tam „ będzie swoistym miksem o moim zakochaniu w Bazarze Różyckiego, pyzach itp.
Dzisiaj, jak zwykle przed świtem, miałam miłego gościa. Niespodziewanie odwiedził mnie sam pan Wiech. Zaskoczona i ucieszona przywitałam się grzecznie. Był szarmancki, wytworny jak ponoć zawsze i zwrócił się do mnie najpiękniejszą czystą polszczyzną. Ażem się wzdrygnęła. To jest ten pan, którego pisanie jest tak różne od jego mowy, którą właśnie usłyszałam, bo w tekstach używa bazarowych i starowarszawskoulicznych gwar. Dziw nad dziwy.
Nie mogłam się powstrzymać i zapytałam dlaczego tak pisał. Bo wiesz, dziecinko ( poczułam się młodziutka, zaopiekowana gdy tak mnie nazwał ), zakochałem się w warszawskich gwarach jeszcze w dzieciństwie. Tak mówił nasz dozorca z Poznańskiej- Wicuś Pijak. Potem był Kercelak, gdzie czułem się jak ryba w wodzie i wreszcie moje Szmulki, gdzie osiedliśmy z żoną jeszcze młodzi oczarowani sobą i zakochani. Tam, po prawej stronie Wisły, na Szmulkach , na tej starej Pradze, mieszkali ludzie, którzy byli solą tego miasta i ocaleli po wojnie, tylko tam ocaleli, gdy miasto umarło.
Czy pan wie, że ja jeszcze zanim pana poznałam, też zakochałam się w Pradze. Mieszkaliśmy na Żoliborzu. Ale tam takich klimatów nawet na obrzeżach dzielnicy , czyli pod Hutą Warszawa ani na Marymoncie nie było.
Pierwszy raz byłam na Pradze, po ślubie z M., potem długo nie. Gdy tak dziergam swoje wspomnienia, przychodzi mi na myśl, że warto w nich grzebać. Bo dotychczas wydawało mi się, że M. nie pokazywał mi Warszawy. Owszem, bywaliśmy w parkach, ogrodach na Starówce, w teatrach, kinach, ale teraz przypomniałam, że jednak był też Bazar Różyckiego! Widać coś w moim mężu drzemało, nie pytałam z kim odkrywał to miejsce. Bo i po co? Po co zastanawiać się nad przeszłością , wypytywać, odkrywać co było i jak było, bo potem może być tylko ból.
Więc w tym 1968 roku, cała naiwna, zauroczona, oszołomiona, młodziutka, ale już z obrączką na palcu poznałam Bazar Różyckiego.
Gdy byliśmy tam z M., wówczas po raz pierwszy ( wszystko wtedy było po raz pierwszy ) , zachwyciła mnie na tym Bazarze grubaśna baba z wielkim koszem, która wołała pyzy, gorące pyzy, flaki. Mam w oczach miejsca, gdzie przesiadywały te baby, bo były co najmniej trzy.
Zatrzymaliśmy się, poprosiliśmy o dwie porcje. M. już tam bywał, znał te smaki, nie miał oporów, więc i ja nie miałam. Może teraz mielibyśmy lęki że brudne , zatrute to jedzenie, czy choćby zakażone jakąś salmonellą lub inną cholerą. Wówczas z ufnością poprosiliśmy od dwie porcje.
Babina odkryła coś, co przykrywało kosz, może jakąś derkę, nie pomnę , pojawił się wielki gar z którego zdjęła pokrywę i wówczas się rozniósł zapach przedni.
W tymże garze ukrytym pod ową derką w koszu miała wyborną smakowitość. Podała nam dwie miseczki ceramiczne, a może słoiki ( bo tak piszą w necie, gdy teraz studiuję ten problem) bo jak wiecie, plastikowych jednorazowych pojemniczków jeszcze nie było i wówczas się zadziwiłam. Pyzy okazały się inne niż znałam do tej pory…
Ale po kolei. W moim gorzowskim domu rodzinnym nie było tradycji lepienia takich różnych smakołyków. Mama jedynie piekła na święta serniki( palce lizać) i soczyste makowce. Żadnych więc makaronów ( potem kilka razy robiłam sama jak przystało na ambitną mężatkę, ale nie uzyskały żadnej opinii, przeszły niezauważone), żadnych pierogów, klusek czy pyz.
Pyzy jadałam w Poznaniu, gdzie studiowałam przez pierwsze 3 upojne lata. Chodziłyśmy z Moniką do restauracji przy ulicy Matejki, która znajdowała się nieopodal Palmiarni. Westchnęłam, bo z Moniką straciłam kontakt po wyjeździe do Warszawy, a była wspaniała nietuzinkowa, z polotem i częściowo dzięki niej nią przetrwałami trudny rok pierwszy na AM. I stale hoduję w sobie żal, że nie mogę jej znaleźć spotkać i pogadać- gdzieś się rozpłynęła w wielkim świecie. .
Wczoraj zapytałam na FB, Tadeusza, syna kuzynów, który jest rodowitym poznaniakiem jak nazywała się ta restauracja. Odpisał, że chyba Zagłoba. Tak więc wchodziłyśmy z Moniką do tego podłużnego chyba, niewielkiego, dość mrocznego wnętrza ale buchającego ciepłem zwłaszcza w mroźne dni. Skostniałe z zimna, wygłodniałe jak wilki, z głową nabitą wiedzą, ale wolne jak te pticy, gnałyśmy z pobliskiego Anatomicum, przez park, gdzie Palmiarnia i wpadałyśmy do Zagłoby. Rozsiadałyśmy się wygodnie , zamawiałyśmy to koronne danie, niedrogie, bo nasze studenckie kieszenie były wiecznie dziurawe i chwilę czekałyśmy. Wkrótce pan kelner wnosił dwa parujące talerze z wielkimi bułami dwiema może trzema polanymi czerwonawym sosem z drobinami mięsa albo kiełbasy. Natychmiast zagłębiałyśmy w owych pyzach zęby, pokonując cieniutką lekko pergaminową skórkę , zgniatałyśmy w zębach miąższ pulchny, elastyczny, drożdżowy. Sos myśliwski miał smak wówczas niespotykany, a może spotykany, ale dla mnie nieznany, smak ostry kwaśnawy rześki , mniam mniam. Ależ to była uczta!
Tak więc na Bazarze Różyckiego zadziwiłam się, że warszawskie pyzy to zupełnie co innego. Były niewielkie, czarniawe z odcieniem błękitu, nie miały tej cieniutkiej gładkiej skórki jeno chropowatość po wierzchu. Gdy później zgłębiłam temat dowiedziałam się, że pyzy poznańskie są z mąki zwykłej , drożdżowe i gotowane na parze a warszawskie ziemniaczane. Ziemniaki uwielbiam od urodzenia, więc pałaszowałam z wielkim apetytem. Polane tłuszczykiem ze skwarkami i smażoną cebulką smakowały przednio….
Oderwałam się od wspomnień, od monitora i zadarłam głowę wypatrując gościa, któremu opowiadałam. Pan Wiech właśnie zmierzał w kierunku drzwi wejściowych. Zerwałam się, a nasza zielona herbata? Kiedy indziej, odpowiedział, chętnie skorzystam. Dzisiaj muszę iść dalej, bo obowiązki wzywają. A ty, dziecinko, tak ładnie się rozkręcasz, wspominasz, piszesz , może komuś dajesz chwilę oderwania od skrzeku codzienności, chwilę zapomnienia, uśmiech pogodę ducha i spokój.
Jest dobrze. Tak jest dobrze. Moja misja spełniona…..

Pyzy poznańskie…

Pyzy warszawskie.
zdj z netu
