Na medycznej ścieżce. Praca w oddziale neuroinfekcji,

W oddziale neuroinfekcji, w którym teraz pracowałam obowiązywał określony rytm pracy.

Po zapoznaniu się z nowymi chorymi, i detalicznym przeanalizowaniu stanu leżących dłużej rozpoczynały się zabiegi.

Tutaj nauczyłam się jak pobierać płyn mózgowo- rdzeniowy, płyn podtwardówkowy i wkłuwać się do komór bocznych. Te ostatnie nakłucia wykonywano u noworodków z ropnym zapaleniem opon, by podać tam odpowiednie leki. W przypadku takich dzieci bardzo szybko dochodziło do zablokowania komór i powstania ropogłowia z uszkodzeniem mózgu. I w celu zapobieżenia takiej sytuacji wykonywaliśmy nakłucia komór bocznych mózgu. Należało wprowadzić  bardzo długą  igłę przez ciemię w głąb główki, kierując koniec w kierunku nasady nosa. I po uzyskaniu płynu, pobierano go do badania i podawano do tej przestrzeni leki. Zabieg powtarzano po przeciwległej stronie noska dziecka. Był straszliwy, ale nie było wyjścia.

Oczywiście w tych zabiegach bardzo były pomocne pielęgniarki.

Zwłaszcza, gdy wykonywało się zabieg odmy śródczaszkowej.

W tej połowie lat 70 XX wieku nikt nie słyszał do USG, tomografii komputerowej ani rezonansie.           By uwidocznić komory boczne mózgu przy podejrzeniu wodogłowia należało wkłuć się do kanału kręgowego, pobrać dość dużo płynu mózgowo- rdzeniowego a na to miejsce podać powietrze. I potem niezbędna była specyficzna działalność siostry oddziałowej, która umiała najlepiej ze wszystkich, tak kołysać dziecko, by powietrze przedostało się do komór. W ten sposób w wykonanym następnie zdjęciu rtg czaszki uwidaczniały się komory, ich kształt czy jakieś ubytki mózgu.

Teraz takie zabiegi wydają się średniowieczem. Ale tak było i to pamiętam.

Zabiegi zajmowały sporo czasu, ale dawały mi sporo adrenaliny.

Wszystko było ciekawe i niezwykłe.

Najważniejsze było to, że przy intensywnym leczeniu z reguły widać było korzystne, nieomal błyskawiczne efekty.

Wielką radością było patrzeć jak ciężko, dramatycznie chore dzieci wracają do życia i zdrowia….

Na medycznej ścieżce. Dializoterapia

 

Nakłuta przetoka  tętniczo – żylna. Doprowadzanie i odprowadzenie krwi z urządzenia do dializy.

 

Lekarze od dawna obserwowali pacjentów ze schyłkową niewydolnością nerek. Przyczyny tego stanu mogły być różne, ale skutki metaboliczne były podobne.

Dochodziło do wielkiego nagromadzenia różnych substancji,  co powodowało ogólne zatrucie pacjenta. Próbowano zahamować proces zatruwania poprzez różne ograniczenia dietetyczne, podawanie leków wiążących toksyny. Jednak organizm pozbawiony funkcji nerek nie był w stanie długo funkcjonować. Medycyna była w takiej sytuacji bezradna.

Już bardzo dawno poznano budowę nerek i wiele mechanizmów za pomocą których ten narząd oczyszcza organizm. Najprostszy z nich to specjalne błony, oddzielające przepływającą krew od tego co się z niej przesączy tworząc tzw. mocz pierwotny. W tym moczu stężenie trucizn jest niższe niż we krwi co powoduje przechodzenie ich z krwi do moczu i następnie wydalenie z ustroju.

 

Ten mechanizm wydawał się bardzo prosty i już na początku XX wieku dojrzał pomysł, by skonstruować urządzenie do pozanerkowego oczyszczania organizmu i tym samym ratować życie pacjentów z przewlekłą niewydolnością nerek.

Największą trudnością było wynalezienie środka, który zapobiegałby krzepnięciu krwi w tym urządzeniu oraz wyszukanie odpowiedniej błony, która by odpowiednio tę krew filtrowała pozostawiając krwinki a usuwając jedynie toksyny.

Tuż przed II wojną światową wynaleziono heparynę. Hamowała ona krzepnięcie krwi, więc problem pierwszy wydawał się być rozwiązany. W czasie II wojny światowej w badaniach doświadczalnych użyto zwykłego celofanu. Spełniał on wszystkie oczekiwania i doskonale przepuszczał jedynie substancje nieprawidłowe.

Do zabiegu oczyszczania pozaustrojowego na żywym, chorym człowieku był przygotowany i odważnie go wykonał  William Kolff. I właśnie on po raz pierwszy w świecie, w czasie II wojny światowej w Amsterdamie przeprowadził skuteczną dializę.

Ze względów higienicznych, by zapobiegać zakażeniom z zewnątrz wydzielono specjalną salę i pracowali tam ludzie, którzy nie kontaktowali się z innymi pacjentami. Pacjent był ułożony na specjalnym łóżku osadzonym na wadze. Obok łóżka ustawiono urządzenie, które miało kształt walca, a w środku, za osłonami były nawinięte jak na szpulę celofanowe rurki. Było ich około 20 m. W tych rurkach przepływała krew pacjenta, tłoczona tam za pomocą specjalnej pompy. Szpula ta i rurki były zanurzone w specjalnie przygotowanym roztworze, który wysysał z przepływającej krwi substancje toksyczne. 

Ponieważ każdy zabieg wymaga nakłuwania tętnicy i żyły chorego, wymyślono tzw przetokę. W tym celu na jego ręce, pomiędzy dłonią a łokciem nacięto tętnicę, wszywając rurkę  z tworzywa sztucznego, a drugi jej koniec wszyto do naciętej żyły. Krew z tętnicy przepływa przez przetokę i wraca do żyły tworząc zamknięty obieg. Umożliwia to częste nakłuwanie, bez bólu pacjenta oraz oszczędza cenne naczynia chorego.

Po nakłuciu przetoki, krew pacjenta jest tłoczona do celofanowych przewodów urządzenia do dializy. Przebywa odległość ponad 20 m. By zachować w tym czasie prawidłowe krążenie krwi chorego, w czasie każdej dializy dodatkowo podaje się ok. 500 ml świeżej krwi innego człowieka. Zabieg trwa ok. 6-12 godzin. Jeśli jest wykonywany z powodu tzw ostrej niewydolności nerek, tzn nagłego zatrzymania jej pracy na skutek różnych przyczyn może wystarczyć tylko jeden lub kilka do odzyskania zdrowia. Jednak gdy nerki są zniszczone, zabiegi wymagają powtarzania kilka razy w tygodniu.

 

O tym wszystkim opowiadał nam prof. Rogulski, było to jego pasją.

Podziwialiśmy odwagę ludzi, którzy nie wahali się, by w taki ryzykowny, nie pozbawiony ciężkich powikłań sposób ratować życie swoich chorych.