Losy moich Rodziców. Marsz śmierci- relacja uczestnika, mojego Taty

Marsz śmierci- relacja uczestnika, mojego Taty

W kwietniu 1945 roku, gdy Niemcy czuli już na plecach oddech Rosjan i aliantów, wpadli na szalony pomysł .

Bali się , że zostaną odkryte ich zbrodnicze działania w obozach i zarządzili wymarsz więźniów, zwany marszem śmierci. Pewnie też  stale mieli nadzieję, że ludzie ci będą potrzebni w niemieckim przemyśle zbrojeniowym jako tania siła robocza. Marsze te , przemieszczania z innych obozów koncentracyjnych odbywały się już w końcu 1944 roku. 

 

Gdy byłam w Sachsenhausen z dziećmi, na obrzeżach obozu odnaleźliśmy głaz, ustawiony tam po wojnie z napisem, że tutaj się rozpoczął ów  marsz śmierci.

Głaz nic nie mówi, zamyka w sobie tę niewielką treść.

Jest niemym symbolem.

Ale dla nas to było coś więcej. Od razu mieliśmy przed oczami jakby film utkany z kadrów, które na przekazywał Tato. Prawdziwy film, przerażający….

Oto opowieść Taty:

Pod koniec 1944 roku, w obozie panował dziwny nastrój, Niemcy mieli spłoszone niespokojne oczy. Niektórzy znikali i więcej już ich nie widziano.

Pomiędzy więźniami krążyły  informacje, które powodowały szybsze bicie osłabłych  serc. Bo oni , pomimo, że byli ludzkimi cieniami mieli żywe serca i umysły jasne, wyposzczone dietą trocinowo- brukwiową . U zmarłych nie znajdowano na sekcjach ani śladu blaszek miażdżycowych, ani w nerkach kamieni – taka to była wspaniała dieta. Lekarze więzienni się dziwili, a nawet to potem opisali.

Te informacje, które powodowały dreszcz emocji wśród więźniów,  to były przeciekające wieści z frontów, które jednoznacznie potwierdzały, że zbliża się koniec wojny. Po 6 długich latach mroku pojawiał się ślad nadziei. Wszyscy czekali, wyobrażali sobie to rychłe uwolnienie.

Ale  zachowania Niemców i wieści z innych obozów wskazywały, że jeszcze coś się wydarzy złego, że wszystkich czeka jakaś dramatyczna niespodzianka.

Tak, wszystkich czekała wielka niespodzianka. Na szczęście nie zdawali sobie w pełni sprawy z tego co będzie dalej.

Wiadomo było tylko, że z innych obozów już wyszły kolumny odziane w cienkie pasiaki, pędzone w niewiadome miejsce i w niewiadomym celu.

I w tym obozie więźniowie powoli sobie  uświadomili , że czeka ich przeniesienie w inne miejsce. Ale jak miało wyglądać to przeniesienie., nikt nie wiedział. Mówiono, że niektórych przewożono pociągami i prawdę mówiąc wszyscy trochę na to liczyli.

Był kwiecień 1945 roku. Przełom zimy i nieprzyjaznej wiosny. Ci, najbardziej przezorni , przewidujący różne możliwości, z wędrówką pieszą włącznie rozglądali się za czymś, czym mogliby ocieplić swoje grzbiety.

Tato i jego koledzy  wypatrzyli gdzieś stare opony. Z nich uszyli sobie podeszwy do starych drewniaków a wierzchy pokryli kolejną warstwą starych szmat, ukrywając pod nimi stare gazety,  znalezione w biurze projektowym. Resztę starych gazet lokowali pod pasiakiem, by ocieplić plecy. W ten sposób byli nieomal przygotowani do tego ostatniego etapu.

Jednak w duchu każdy liczył, że wkrótce nadejdzie wyzwolenie i ich los się zmieni.  

Ale wyzwolenie nie nadchodziło. Któregoś dnia zarządzono wymarsz.

Po raz ostatni zebrali się na placu apelowym. Potem ustawieni czwórkami rozpoczęli swój marsz, dla niektórych ostatni.

Ruszyli  powłócząc zbolałymi wychudzonymi nogami. Padał deszcz ze śniegiem a oni szli. Maszerowali drogami leśnymi, na postojach szukając wyłaniającej się maleńkiej pokrzywy, z której w starych puszkach gotowali zupę. Ci, którym zabrakło sił, zostawali po drodze, wkopywani buciorami Niemców do przydrożnego rowu.

Mijały dni i noce spędzane na trawie otulającej drogę marszu. Wydawało się, że nie będzie końca udręki. Już nikt nie wydawał z siebie głosu, nawet nie jęczał. Ludzie padali bez słowa i już się nie podnosili i trwał ten zda się surrealistyczny marsz…

Któregoś beznadziejnego dnia , nagle zapanował jakiś ruch i ożywienie.

Wszystkie kolumny zostały zatrzymane. Niemcy stali z niepewnymi minami.

 Więźniowie ujrzeli  szereg eleganckich motocykli i samochody z proporczykami Czerwonego Krzyża. Z jednego z nich wysiadł, jak się potem okazało hrabia Bernadotte. Był to Szwed, przedstawiciel tej organizacji, który przywiózł jedzenie dla więźniów. 

Osłupiali Niemcy zadawali mu pytanie, jak ich znalazł.

Odpowiedział płynnie po niemiecku, że nie miał problemów, bo  jechał śladem trupów przydrożnych. Tato słyszał to na własne uszy….

Ale niestety panowie ci wkrótce odjechali, bo pewnie takie były zasady ich działania.

Przed odjazdem, dopilnowali tylko, by Niemcy przekazali więźniom  puszki z konserwą mięsną, kawę i nieco chleba. Uczynili to niechętnie, z ociąganiem, pod przymusem spojrzeń ludzi z Czerwonego Krzyża.

Wszyscy byli skrajnie wygłodzeni, ale  niektórzy nie wytrzymali , rzucili się na to jedzenie i natychmiast wszystko skonsumowali. Może byli nieświadomi albo nie słuchali rad innych by jeść po odrobinie. Niestety ich wygłodzone żołądki, z zanikami powierzchni trawiennych tego nie wytrzymały. Jedzenie okazało się zabójcze.  Po niedługim czasie wili się z bólu.  Wielu z nich skończyło życie w straszliwych męczarniach.

Tato zawsze był ostrożny i umiarkowany w jedzeniu- o piciu nawet nie wspomnę.

Podzielił więc otrzymany kawał chleba na dzienne porcje, zapakował i tego się trzymał. Oczywiście po wojnie zapadł na chorobę żołądka, wymiotował po każdym posiłku, był bardzo osłabiony i lekarze opuścili ręce. Wówczas uwierzył w profesora Biernackiego, znanego w Poznaniu homeopaty i bardzo wolno, dawkując jego leki , wrócił do zdrowia. Trwało to wiele lat i wymagało sumiennego brania tych leków- pamiętam szafkę w kuchni a w niej to rzędy buteleczek, kroplomierzy i jakiś proszków.

Konieczna była też rygorystyczna dieta i tutaj moja Mama była głównym generałem leczenia. Nie zapomnę, jak codziennie gotowała świeże zupki, pulpeciki ze zdobywanej niełatwo cielęciny i ziemniaczki z masłem. Zero innych tłuszczów, smażenia itp. Ponadto, gdy z powodów zawodowych- a to wykolejenie pociągu, pękanie szyn, czy jakieś inne awarie – Tato nie przybywał na obiad w oznaczonej godzinie, Mama wszystko wylewała i gotowała nowe. Nic nie mogło być odgrzewane nie mówiąc o przechowywaniu do następnego dnia. Nie wytrzymałabym takiego reżimu- nie mam anielskiej cierpliwości i samozaparcia jakie miała Mama.

W rezultacie Tato pozbył się problemów zdrowotnych, ale do końca życia jadł skromnie, zawsze lekkostrawne potrawy , długo żuł i przestrzegał godzin posiłków.

Pewne zdarzenia nawet wydawały mi się humorystyczne. Otóż kiedyś zdobyłam smaczny żółty ser- a były to czasy, gdy jedzenie się zdobywało- przyniosłam Ojcu i zaproponowałam, by spróbował. On popatrzył na zegarek- i powiedział jeszcze nie ma 11, więc nie pora na serek. Taki był- wspominam to z rozrzewnieniem….