Losy moich Rodziców. Przeszłość powoli odchodzi w niepamięć.

Przeszłość powoli odchodzi w niepamięć

 

 

Mijały powojenne lata. Różaniec gdzieś tam sobie leżał, w jakiejś najmniej dostępnej szufladzie.

 Powoli zapomniany.

Ja, niewielka wtedy dziewczynka zakradałam się do tej tajemnej szuflady i brałam do ręki obozowy różaniec Taty. Może ja go nawet niechcący rozdarłam, był tak wątły i misterny. Leżał więc rozdarty.

Były tam też listy Taty z obozu.

Powoli tamte czasy zacierały się w myśli Rodziców.

Nowe problemy, zawodowe, domowe przysłaniały wspomnienia.

Może Mama widziała, że się bawię różańcem, może nie.

Pewnie w ogóle nie przywiązywała wagi do przedmiotów pomna swojej histerii po zniszczeniu przez sowietów białych kruków i delikatnej porcelany , swoich ukochanych zbiorów. Pisałam o tym w rozdziale do Pamiętnika Janaseniora zatytułowanego zapiski synowej. Nie wiem, co czuła.

Po latach dowiedziałam się, że Tata w zapale niszczenia przedmiotów zbędnych- wyrzucił szczątki tego różańca i większość swoich listów pisanych do Mamy.

Ale  tutaj przesadziłam w poprzedniej ocenie.

Jednak Mama te listy traktowała jak relikwie dawnych czasów. Były dla Niej bardzo ważne. Jeszcze wtedy myślała o swojej wielkiej miłości i były oznaką, że jest kochana.  

Przywiozła je z Wileńszczyzny, przetrwały pożary i wszelkie zawieruchy.

I teraz było Jej przykro , może upatrywała w tym geście wyrzucania jakiś oznak odchodzenia Taty od niej, od syna, chęć oderwania się od tego, co go łączyło z nimi. Może myślała, że ta miłość jest tylko dalekim wspomnieniem.

Oczywiście do końca nie wiem,  co wtedy czuła.

Ale żaliła się, że już nie ma tych listów.

Tak jakby odebrano  fragment Jej duszy.

 Jednak, gdy przeglądam dokumenty Rodziców,  Tato całkiem rozsądnie pozostawił  te najważniejsze obozowe listy- pierwszy, napisany w 1941 roku. kolejny z 1942 roku i z 1943 roku.

Losy moich Rodziców. Różaniec obozowy.

Różaniec obozowy

 

Jednak w tym miejscu piekielnym ludzie szukali Boga. Modlili się, spowiadali u uwięzionych księży i otrzymywali komunię ze skrawka czerstwego obozowego chleba składającego się głównie z trocin.

Tato miał zdolności manualne. Gdyby odebrał stosowne wykształcenie, byłyby artystą.. Bo On miał duszę artysty.

Zbierał na terenie maleńkie kawałeczki kabla, które gdzieś porzucili elektrycy. Wyciągał z nich włosowate miedziane druciki i z nich splatał delikatne trójwymiarowe krzyżyki ,  druciki przyjmowały posłusznie w palcach Taty kształty paciorków i ociupeńkie ogniwa, które łączyły te elementy w całość, zwaną różańcem. Był tak drobny i misterny, że mieścił się w zamkniętej dłoni. Nikt nie mógł widzieć, gdy nieszczęśnik, właściciel takiego różańca przesuwał jego niby paciorki i wzdychał do Boga.

Niemcy nigdy tego nie odkryli, bo znaleźliby sposób, by ukrócić takie działania Taty. Po prostu zostałby skopany do nieprzytomności, albo poszczuto by na niego wielkie psy, specjalnie szkolone tak, by potrafiły zabijać.

Nie dziwię się, że Tato do końca swojego długiego życia na widok wielkich skądinąd teraz przyjaznych psów- wilków siniał na twarzy i nieruchomiał. Szczekanie psów rozlegające się nieraz w naszym żoliborskim bloku powodowały u niego napady lęku. No, cóż , zwykła nerwica poobozowa. Zespół opisany przez psychiatrów.

Widziałam w moim domu taki różaniec, Tato przywiózł jeden, ostatni. Poprzednie, a było ich niemało ofiarował współwięźniom, pewnie czasem za to dostał kawałek chleba- nie wiem jak to było.

W obozie chleb był świętością. Każdy okruszek w naszym domu, tak był traktowany. Nikt nigdy nie wyrzucał chleba. Tak było i ja to mam w sobie. Podziw, szacunek i zachwyt nad chlebem.

„ Chleba naszego powszedniego…..”