Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 13 ). Moja praca higienisty, neurologa i biegłego sądowego – krótkie rozważania.

Jerzy T. Marcinkowski, chyba lata 80 ubiegłego wieku…

Przed laty rozpoczęliśmy pisanie pamiętników, które z różnych powodów do tej pory nie ujrzały światła dziennego. Ponieważ teksty już były, zaprosiłam do blogu Kolegów ze wspólnych lat spędzonych na studiach na ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu (1965 – 1971). Przyjęli zaproszenie i dzięki temu Pamiętniki w raczej ich fragmenty są  dostępne w sieci i mogą poczytać choćby potomkowie…..a jak się okazuje, również zgłaszają się dawni pacjenci, dobrze wspominając swojego doktora. To jest bardzo miłe….

A oto ciąg dalszy kart z Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego, profesora medycyny z którym odnalazłam to, co nas połączyło przy wspólnym stole w Anatomicum- młodość :),  pasję pisania, umiłowanie życia,  przyrody, ciekawość Świata i wieczne nim zadziwienie..

W rozmowach z koleżankami i kolegami często jestem postrzegany jako ten, co zna się tylko na higienie. W tym jednym słowie HIGIENA, mieści się obszar bardzo rozległy i dotyka nie tylko wszystkich specjalności medycznych, ale bywa, że jednoczy inne dyscypliny nauki w ich aspekcie dbałości o zdrowie nie tylko fizyczne, ale i psychiczne, jak np. architekturę, inżynierię głównie sanitarną, czy biologię z jej działami botaniki, zoologii, mikrobiologii, genetykę, ale także psychologię, czy socjologię a nawet prawo, politologię i ekonomię.

Od okresu po ukończeniu studiów w 1971 r. działam w tym szerokim obszarze teoretycznym, bo do takich zaliczany jest Zakład Higieny, i jednocześnie klinicznym jako neurolog oraz jako biegły sądowy w dziedzinie neurologii (od 1983 r.), co zmusza mnie do poznawania meandrów prawa, kontaktów z prawnikami, co nie zawsze bywa przyjemne (na sali sądowej) – o czym już pisałem, ale też stanowi ogląd tragedii życiowych innych ludzi i niesie ze sobą różne pytania – w jakim stopniu moja opinia wpłynie na czyjeś życie.

I myślę, że potrafiłbym przekonać wielu, iż taka praca na kilku polach naukowych i praktycznych, na kilku odmiennych obszarach działania, przynosi satysfakcję, nie mówiąc o nieustannym poszerzaniu horyzontów i częstym  zadziwieniu nad stale odkrywającymi się nowymi tajemnicami ludzkiego życia i zdrowia.

Chociaż są i tacy – i to dominuje we współczesnej nauce – którzy zajmują się bardzo wąskimi, ściśle określonymi tematami. Ma to oczywiście spore plusy, gdyż temat ten jest długo i dogłębnie drążony oraz daje możliwość wnikania do jądra tajemnicy z nim związanej. Ponadto taki rodzaj pracy związany jest z cechami osobowości, które determinują takie czy inne wybory życiowe.  Jako przykład mogę tutaj podać Panią docent z jednego z instytutów – w której komisji habilitacyjnej uczestniczyłem – która w swej pracy naukowej zawęziła się tylko i wyłącznie do badania spermy pod kątem postrzegania w niej zmian będących wynikiem narażenia na szkodliwe czynniki środowiskowe. Wniosek z jej badań był taki, że sperma mężczyzn z Polski jest coraz gorszej jakości, co w sytuacji niżu demograficznego ma narastające znaczenie. Można by tu przytoczyć słowa znanej piosenki Danuty Rinn „Gdzie ci mężczyźni?”

Moje doświadczenia z pracy w Zakładzie Higieny zawsze były i są nadal bardzo pozytywne. To miło jest przemawiać do studentów w duchu medycyny profilaktycznej, podawać przykłady, że każda złotówka zainwestowana w medycynę profilaktyczną przynosi wielokrotnie większe zyski aniżeli zainwestowana w medycynę naprawczą (kliniczną). I to jest prawda znana od dziesięcioleci, ale wciąż niedostrzegana przez decydentów – tych, którzy kierują ministerstwem zdrowia, jak i tych, którzy układają programy nauczania na wydziałach lekarskich. Przykładem niech będzie fakt, że gdy rozpoczynałem dydaktykę z higieny w 1971 r., to mieliśmy wówczas zajęcia trwające aż 3 tyg. na IV roku dla studentów medycyny, które potem stopniowo były „obcinane”. Spadaliśmy też niżej i niżej w sensie roku studiów i obecnie nauczamy na I roku w wymiarze zaledwie 15 godzin, tj. kilkakrotnie mniejszym aniżeli w przeszłości. Ten przykład dobitnie ilustruje rozbieżność pomiędzy tym, co mówi się o ważności profilaktyki a tym, co jest w rzeczywistości. Proszę przyjrzeć się, czym zajmuje się głównie Ministerstwo Zdrowia. Już z samej nazwy wynika, że powinno się ono zajmować stanem zdrowia Polaków, a tymczasem główne problemy, jakimi to Ministerstwo Zdrowia się zajmuje, to choroby. Może to w zbytnim uproszczeniu opisałem, ale generalnie tak się sytuacja przedstawia. Ważną kwestią są postawy ludzkie względem własnego zdrowia. Dobrze jest, jak ludzie sami działają na rzecz poprawy własnego stanu zdrowia i zdrowia swoich bliskich poprzez np. aktywność fizyczną, rekreacyjne uprawianie sportów, najlepiej na łonie przyrody, z całą rodziną. Dobrze, że pojawiła się moda na Nordic Walking, czy jednoczenie seniorów w Uniwersytetach Trzeciego wieku, których działalność obejmuje różnorodne formy zajęć i  w Polsce działaj bardzo prężnie. Ale od lat mamy wielkie problemy z zachowaniami antyzdrowotnymi, jak chociażby palenie tytoniu, uzależnienie od alkoholu, narkotyków i ostatnio wielki problem związany z tzw. dopalaczami. Dotyczy to zwykle młodych ludzi, którzy mają przed sobą jeszcze całe życie. Istotnym, narastającym problemem są ruchy antyszczepionkowe. Ich działalność  może doprowadzić do wybuchu epidemii różnych chorób zakaźnych,  już obecnych w bliskim nawet sąsiedztwie i powoli wkraczających do Polski, a często znanych jedynie starym lekarzom. Negatywna siła działania tych ruchów, zwłaszcza w Internecie, jest ogromna. Można obserwować „zalew” przekonywujących filmików, wielokrotnie drastycznych  rycin oraz danych w tabelkach, którym można by uwierzyć, gdyby nie znajomość jak są te dane układane i jak się nimi manipuluje.  Nie będę dłużej o tym pisał, bo temat jest niezwykle obszerny i należy do wiodących w epidemiologii naszych czasów. Wspominam o tym dlatego, że tą tematyką się zajmowałem i zajmuję nadal.  Praca na rzecz poprawy stanu zdrowia populacji, jak już wspominałem, jest często niedoceniana, gigantyczna,  żmudna, wymaga cierpliwości, rozwagi. Musi być kontynuowana przez młode pokolenia, które staramy się wychować, abyśmy w jak najlepszej kondycji jako naród przetrwali przez zawiłości historyczne.

c.d.n.

Jerzy T. Marcinkowski z siostrą Ewą i Andrzejem Colonna-Walewskimi. Jak opowiada Jurek- siostra , oczywiście lekarka, najstarsza z trójki rodzeństwa, to nie tylko pełna uroku osobistego, piękna, ciepła kobieta, ale także  mądra . Obraz ten należy uzupełnić o znaną na całym podwórku  historię   z lat dziecięcych Jurka, powtarzaną pewnie przez kolejne pokolenia , jak to obroniła swych młodszych braci przez bandą chuliganów, rzucając się na nich z pazurami  , czym wprowadziła bandziorów w osłupienie 🙂

P. dr Ewa wdraża   w czyn zalecenia higienistów, często ich zawstydzając- nie tylko przyjaźni się z roślinami w swoim bardzo wypielęgnowanym i obdarowywanym czułością ogrodzie, przemierza kilometry po polach i lasach z ukochanym psem, ale także maluje bardzo ciekawe, oryginalne obrazy….nic dodać, nic ująć ….

Jerzy T. Marcinkowski na jednym z sympozjów  poświęconych higienie…temat musi być ważny, sądząc po dynamicznej powadze współrozmówczyni oraz uśmiechu Jurka, który jednak słucha z uwagą, jak zwykle….

Te książki znalazłam w necie- może niezbyt dokładnie szukałam, ale wielka ich mnogość , jaką Jurek redagował zarzuciłaby pewnie cały mój blog 🙂

Na marginesie oglądanego filmu ” Papusza”.

 

Minione Święta i obserwacje nieba odsunęły trochę temat obejrzanego niedawno filmu pt.„ Pausza”. Ale dla zamknięcia  moich rozmyślań o Cyganach , filmie i gorzowskich czasach muszę wrzucić jeszcze kilka słów.

      W poprzednim omówieniu tego filmu, nie chciałam wpisywać tych treści, by nie zanudzać w tym dniu a także nie rozmyć podstawowego tematu, który miał być w końcu minirecenzją filmu. Może nieudolną, ale własną.

    Na wstępie jedno moje wspomnienie, uruchomione przy okazji.

Gdy przed kilku laty znaleźliśmy się w Nałęczowie, zobaczyłam afisz informujący, że w miejscowym kinie będzie wyświetlany film „ Nikifor” reżyserii tego samego małżeństwa, które „ Papuszę” zrealizowało- pp. Krauzów. Pomimo, że moja wiedza filmowa jest niewielka, nie śledzę i nie oglądam na bieżąco aktualnie realizowanych filmów, ten chciałam obejrzeć. Poszliśmy więc do kina.

I tutaj pełne zaskoczenie. Kino stareńkie, z estradą i czerwoną kurtyną, pachnące kurzem i tym nieuchwytnym trudnym do zdefiniowania zapachem kina po prostu, kina z mojego dzieciństwa.

I seans się rozpoczął i wchłonął swoją bezdyskusyjną urodą, piękną narracją. Opowiadanie o tym malarzu prymitywiście płynęło pięknie, harmonijnie, bez zawirowań, niespokojnych powrotów.

Płynęło jak czas, jak chmury na niebie, jak ludzkie życie .

Pewnie to  zasługa niezapomnianej roli Krystyny Feldman a może jednak lepszej realizacji .

     I teraz, gdy znalazłam się w Ciechocinku, film „Papusza” też  sam przyszedł do mnie. Ciechocinek  znajduje się w pobliżu Inowrocławia, gdzie zmarła i jest pochowana Papusza.

Już na wstępie kino nie miało tej magnetycznej mocy jak to stareńkie w Nałęczowie.

   Nie taję, że w czasie oglądania „ Papuszy” przeszkadzał mi filtr , który nosiłam w sobie. Tym filtrem, który wyostrzał spojrzenie krytyczne było wspomnienie z dzieciństwa – konfrontacja tamtych Cyganów i filmu. Nikifora nigdy nie widziałam w realu, a  Cyganów widziałam i ich radość i smutę i Papuszę pamiętam…..

   Film został zrobiony na podstawie książki Angeliki Kuźniak. Stale się zbieram, by zakupić tę pozycję i poczytać i posmakować. Jak na razie jest to w sferze moich planów.  Bardzo ciekawie pisze na temat autorki i Papuszy przy okazji Krystyna Kamińska. Warto zajrzeć do tego, co tym linkiem się otwiera.

  

http://www.echogorzowa.pl/news/31/czytaj-ze-mna/2013-08-22/papusza-jak-dziki-zajac-5128.html

 

   I na koniec  jeszcze jedno.

W tym filmie nie znalazłam mojego miasta rodzinnego- Gorzowa. A przecież to tutaj Papusza spędziła 30 prawie ostatnich lat swojego życia …..

Twórcy filmu podają w wywiadach zmieszczonych w necie, że Gorzów jest położony nieomal przy samej granicy niemiecko-polskiej, więc dzieli go zbyt duża odległość od Warszawy. Umieszczenie tutaj choć części akcji byłoby zbyt kosztowne.  

Dlatego był realizowany tam, gdzie Papusza nigdy nie była, nikt jej tam nie znał i wcale nie blisko od stolicy, bo w Olsztyńskiem i Nowosądeckiem ( gdzie nota bene „ kręcono” Nikifora).  

     Nie wiem, czy jest to jedyna prawdziwa przyczyna nieobecności  Gorzowa w filmie.

I snuję  swoje spekulacje na ten temat.

Tutaj mieszkają pobratymcy Papuszy, jej rodzina i jeszcze żyje wielu ludzi, którzy ją pamiętają. To tutaj wróżyła mieszkańcom, spotykała się z niechęcią i wrogością swojego ludu za to, że wyszła ze swojego środowiska, była nagradzana przez władze a nawet jak twierdzą, zdradziła tajemnice cygańskie.

I może twórcom filmu to właśnie przeszkadzało.

Atmosfera Gorzowa jest zbyt nasycona emocjami do których należy poza dumą, że tutaj tworzyło się Terno i Papusza swoje poezje mówiła , niechęć a czasami nawet wrogość. Coś takiego gęstego i lepkiego  wisi w tutejszym powietrzu , wiem o tym od gorzowskich znajomych z którymi utrzymuję kontakt.

Może wreszcie w Gorzowie nie zaakceptowano by urody odtwórczyni głównej roli, pani Jowity Budnik, bo tak naprawdę nie przypomina Cyganki a tym bardziej Papuszy.

    Tak więc Krauzowie wybrali miejsca gdzie  wyczuwali chłodny dystans do tego tematu i łatwiej było pobudzić entuzjazm wśród uczestniczących w realizacji Cyganów.  

Jednak staram się znaleźć jakąś przyczynę zewnętrzną, być może bardziej obiektywną.

I wymyślam, że  w Gorzowie twórcy filmu, może nie znaleźliby takich starych wnętrz, jakie pokazano w filmie. Gorzów jest wprawdzie miastem poniemieckim ale stosunkowo młodym, więc i kamienice raczej duże, chłodne. Może gorzowianie ze mną się nie zgodzą i wskażą miejsca odpowiadające klimatem . Chociaż pisząc te słowa się zawahałam, bo jednak przypomniałam sobie jeden  stary dom na skraju ul. Kosynierów Gdyńskich . Przy tej ulicy mieszkała Papusza, ale nie w tym domu. Jest niewielki i mroczny. Do mieszkań wchodzi się przez bramę a dalej krętymi wąskimi ciemnymi schodami . Tam kiedyś mieszkali moi krewni.  Czyli można było filmować Papuszę w Gorzowie.

Tak więc ta  moja próba obiektywnego wytłumaczenia nieobecności Gorzowa w tym filmie odpada.

     Przyznam, że sama się wpędziłam w meandry tych rozmyślań, bo mam za dużo własnych emocji związanych z Cyganami i Papuszą i niestety za dużo pamiętam co niewątpliwie przeszkadzało w odbiorze filmu jak i przy obecnych rozważaniach.

Poddaję się, moja próba chłodnej oceny legła w gruzach…

      By poprawić sobie nastrój zaglądam do folderu, gdzie przechowuję zdjęcia które wykonałam w 2009 roku, czasie gorzowskiego festiwalu kultury cygańskiej pt. Romane Dyvesa. Zapraszam do tego świata który już jest artystyczną fikcją….a także znajduję gorzowskie ślady Papuszy, wyklętej poetki cygańskiej ….i wracam do Gorzowa, mojego Gorzowa….

 

 

aleĹź spĂłdnice.JPG

 

 

ładne.JPG

 

 

w_tancu(2).JPG

 

 

PapuszaTablica.JPG

 

 

P6120569.JPG

 

 

Papuszapomnik.JPG

 

 

Info z netu, zdjęcia własne już kiedyś zamieszczone w portalu MM Gorzów i blogu Jana