Oto ciąg dalszy zapisków prof. Jerzego T. Marcinkowskiego, mojego kolegi ze wspólnego stołu w Collegium Anatomicum poznańskiej ówczesnej Akademii Medycznej o którym napisałam we wstępie….
Ponieważ nie otrzymałam zdjęć rodzinnych, znalazłam w necie fotografię Taty autora pamiętnika, prof. Tadeusza Marcinkowskiego….takiego Go pamiętam…..powaga, mądrość i dobroć w oczach…..siła spokoju….jednocześnie jakby ojcowskie obejmowanie spojrzeniem….
Zapraszam do czytania…..tekst podaję w formie oryginalnej, bez żadnych poprawek redakcyjnych. Bo któż by śmiał poprawiać redaktora naczelnego kilku polskich czasopism ……. 🙂
Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego. Rodzice.
Pamiętniki lekarzy ukazywały się w piśmiennictwie polskim parokrotnie już począwszy od okresu międzywojennego. W 1967 roku wydawnictwo „Czytelnik” wydało „Pamiętniki lekarzy”, na które składały się prace autorów złożone na ogłoszony wcześniej konkurs, i które to prace po wspomnianym postępowaniu konkursowym zostały zakwalifikowane do druku. Były to głównie wspomnienia pokolenia lekarzy, które studiowało bądź już pracowało w okresie II wojny światowej. Był to bardzo trudny okres dla studentów medycyny bądź już lekarzy i piszę o tym dlatego, że wśród prac, które wygrały wspomniany konkurs, były między innymi pamiętniki mojego ojca, którego zapewne koleżanki i koledzy z mego roku studiów na Wydziale Lekarskim pamiętają, albowiem prowadził on wykłady z medycyny sądowej. W późniejszych latach, już po zakończeniu naszych studiów w 1971 roku, mój ojciec – Tadeusz Marcinkowski (ur. 16.10.1917 r. w Wilnie – zm. 08.11.2011 r. w Szczecinie) wygrał konkurs na Kierownika Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej ówczesnej Akademii Medycznej w Szczecinie, obecnie Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. I ponownie mieszkając i pracując tamże powrócił do myśli napisania pamiętników lekarskich, które następnie własnym sumptem wydał pt.: „Moja droga ku medycynie – dość wyboista”. Pokolenie moich rodziców miało bogate życiorysy, co związane było z tym, że przeżywali bardzo trudny okres II wojny światowej. W tym miejscu muszę się pochwalić, że mój ojciec miał niezwykle barwny i heroiczny życiorys, albowiem, gdy 1 września 1939 r. wybuchła II wojna światowa, zgłosił się na ochotnika do wojska i brał udział w bitwie nad Bzurą, gdzie był ranny w nogę 17 września 1939 r. Okoliczności zranienia były takie, że gdy opatrywał rannego żołnierza polskiego w jakiejś stodole – ojciec do wybuchu II wojny światowej ukończył 2 lata studiów na Wydziale Lekarskim ówczesnego Uniwersytetu Poznańskiego – doszło do wybuchu jakiegoś pocisku, chyba szrapnela i został ranny. Ponieważ odniesione obrażenia dyskwalifikowały ojca od dalszego udziału w działaniach wojennych, został on przetransportowany razem z innymi rannymi żołnierzami transportem wojskowym – były to wozy drabiniaste ciągnione przez konie. Trafił do nie istniejącego już obecnie Szpitala Ujazdowskiego w Warszawie. Tutaj warto przypomnieć, że tenże szpital zlokalizowany jest w okolicy Parku Łazienkowskiego w Warszawie – jest tam nawet tablica upamiętniająca istnienie tegoż szpitala. Budynek z czerwonej cegły, w którym mój ojciec leżał, istnieje do dzisiaj i mieści się w nim filia Głównej Biblioteki Lekarskiej. Ojciec we wrześniu 1939 r. był parokrotnie operowany, ale nie zdołano usunąć mu z nogi wszystkich metalowych odłamków po pocisku i 2 z nich pozostały w jego ciele aż do końca życia. Chciano mu wówczas dokonać amputacji kończyny dolnej z uwagi na zakażenie, do którego doszło, czemu ojciec się jednak stanowczo sprzeciwiał. Jak wspominał, przez dłuższy okres czasu był na granicy życia i śmierci, ale ostatecznie przeżył. Od czasów, kiedy ojciec został ranny w nogę, istniała u niego trwała wielka miłość do jodyny, której – w jego ocenie –zawdzięczał życie. Jak opowiadał bezpośredni po zranieniu prosił podoficera sanitarnego, aby wylał na jego ranna stopę całą butelkę jodyny – co tenże uczynił. Później wielokrotnie kurował się tą jodyną. Z upływem czasu stan zdrowia mego ojca poprawiał się i pojawiła się przed nim możliwość kontynuowania studiów lekarskich na Tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich. Tamże mój ojciec poznał studentkę medycyny, Marię Aleksandrę Rzewuską (ur. 24.02.1918 r. w Petersburgu – zm. 05.05.1975 r. w Poznaniu). To była później żona mojego ojca i moja matka. Ich wielka miłość zakończyła się ślubem, do którego doszło w 1944 r., jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Tu następuje ciekawy moment, a mianowicie, że ich ślub miał miejsce w kościele, w którym później po wielu latach działał i pracował bł. ks. Jerzy Popiełuszko ( Kościół pw. Św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu – przyp. Z.K.) . Rodzice brali udział w Powstaniu Warszawskim ale też z tamtego okresu pochodzi najgorsze wspomnienie mojej matki, które często za swego życia przypominała. Chodzi o kradzież, do której doszło w 1944 r. – włamanie do mieszkania. Miał później o tą kradzież wielki żal do mego ojca jego teść, Aleksander Rzewuski. Teść mianowicie zabronił pozostawiania otwartych okien w nocy. Mój ojciec jednak uchylił maleńkie okienko, tzw. lufcik i poprzez to małe okienko włożył łapę jakiś zbir, otworzył całe okno i banda złodziei opanowała mieszkanie, kradnąc z niego wszystko, co tylko się dało. Ten najtragiczniejszy moment dla mojej matki, to lufa pistoletu przykładana do jej głowy tak blisko, że widziała nagwintowanie tejże lufy. Bardzo bolesnym jest fakt, że ci, którzy okradli teściów mojego ojca i rodziców, to byli Polacy płynnie mówiący po polsku. Stąd jakże bolesny wniosek, że poza licznymi bohaterami z 1944 r. również grasowali polskie rzezimieszki.
Moi rodzice po II wojnie światowej kontynuowali studia lekarskie na Wydziale Lekarski ówczesnego Uniwersytetu Poznańskiego, które razem ukończyli. Ich nazwiska widnieją na pierwszej liście absolwentów powojennych Uniwersytetu Poznańskiego.
Te wszystkie okoliczności mój ojciec szczegółowo opisał w swoich pamiętnikach, a lekarzom wojskowym, którzy go wówczas operowali i leczyli w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie poświęcił kilka książek, które wydał własnym kosztem. Tak okazywał swoją wielką wdzięczność pacjenta do swoich lekarzy.
O moim ojcu pragnę jeszcze dodać opowieść o tym, jak pod koniec życia leżał w szpitalu w Szczecinie i został odwiedzony przez rodzinę, w tym moich synów Macieja i Michała. I moi synowie zadawali dziadkowi pytania w rodzaju: dziadku, jakie są twoje największe przeżycia , itp.? I można byłoby się spodziewać, że ich dziadek – profesor zwyczajny – będzie mówił o swoich największych dokonaniach zawodowych i naukowych. Jakiż było ich zaskoczenie, gdy zaczął opowiadać o roku 1945, kiedy to pracował w miejscowości Pakość na Kujawach jako lekarz w ówczesnych warunkach „od wszystkiego”. W tym opowiadaniu najwięcej uwagi poświęcił odbieraniu porodów. Nie był wzywany do zwykłych porodów, takich fizjologicznych, tylko do bardzo ciężkich przypadków położniczych, gdzie od jego umiejętności zależało, czy ta i tak już mocno wykrwawiona kobieta przeżyje czy też nie. Opowiadał, że nabył wielkiej wprawy położniczej w tamtym okresie i koncentrował się na tym, z jakiego sprzętu korzysta. Dużo miejsca w tym opowiadaniu było o konstrukcji latarki własnego pomysłu, którą montował sobie do głowy, żeby cokolwiek dostrzec podczas udzielania pomocy w przypadku porodów w porze nocnej. Nie było wtedy jeszcze światła w mieszkaniach, których tej pomocy udzielał, zwłaszcza na wsi. I tą opowieść dziadek moich Synów, zakończył słowami podkreślającymi, że wtedy najbardziej czuł, iż to tylko od niego zależało, czy pacjentka i noworodek przeżyją czy umrą. Przecież w tamtym okresie nie było jeszcze możliwości wezwania kogokolwiek innego na konsultacje, do pomocy czy odesłanie do szpitala….
W przedstawionym rysie moich Rodziców, nie było dziwne, że troje ich dzieci, w tym ja, wybrało studia medyczne….
Oto niektóre tytuły ( wszystkich się nie da, taka jest liczba publikacji) , które znalazłam w necie…. w książce podanej na końcu ( warto zwrócić uwagę na cały tytuł) chyba jeden lub dwa rozdziały napisał syn, Jerzy- jeszcze w czasie trwania studiów….w kilku badaniach brałam udział- nie zapomnę , gdy J. przynosił z laboratorium krew, i rzucaliśmy jej krople na bibułę ustawioną w pionie-oglądaliśmy jak wyglądają ślady -……





