Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 11). Idą sowieci ….


Stare zdjęcie z albumu moich Teściów – młyn w Cicinie skąd pochodziła moja teściowa. Wśród innych dóbr był własnością jej rodziców. Ojciec kilkukrotnie wyjeżdżał do Ameryki Północnej i Południowej gdzie ciężko pracując pomnażał majątek. Na swoją i rodziny zgubę – o czym będzie dalej ….

Pamiętnik Jana Konopielko ur. 12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

      1 września 1939 rok

  1 września 1939 r. to data wybuchu drugiej wojny światowej.

W wojnie z Niemcami udziału nie brałem, ale ciężko przeżywałem, jak Ojczyzna – Polska była deptana przez niemieckiego żołnierza. Wojna trwała około dwóch tygodni i skończyła się klęską Polaków.

Niemcy, po rozbiciu polskiej armii nie doszli do nas, tj do województwa Wileńskiego, w którym my mieszkaliśmy.

Te tereny wkrótce zajmowała armia radziecka, która posuwała się wolnym krokiem koło mojej szkoły w kierunku Wilna.

Ta wiadomość, że idą” Sowieci” spowodowała w tych stronach anarchię, w której zostali wypuszczeniu z więzień w Wilnie różnego rodzaju bandyci.

Nawet biedniejsi  chłopi  dotychczas spokojni zaczęli  napadać na zaprzyjaźnionych sąsiadów, ale bogatszych –  grabili i zabijali ich.

Takie wypadki miały miejsce nawet w naszej okolicy, w Cicinie, gdzie mieszkali rodzice mojej żony, i w tym właśnie czasie przebywał w gościnie mój czteroletni synek – Mirek.

Któregoś dnia  dowiedziałem się  o  grabieży w Cicinie – u moich teściów, natychmiast wsiadłem na rower i już odjechałem od szkoły pięćdziesiąt metrów,  gdy nagle spostrzegłem kolumnę wojsk radzieckich, poruszających się w moim kierunku.

Zatrzymałem się i czekałem, aż wojska mnie miną.

One nie minęły mię , bo także stanęły naprzeciwko mojej szkoły.  Podszedłem do grupy żołnierzy i pozdrowiłem ich w języku rosyjskim.

Nieśmiało, wahając się  odpowiedzieli mi dzień dobry ( po rosyjsku).

Widząc wśród nich oficera w stopniu lejtnanta – porucznika, zwróciłem się do niego z prośbą- i zacząłem mówić, że niedaleko stąd – o 4 km – grabią i zabijają biedniejsi chłopi zamożniejszych. Czy nie mógłby pan porucznik wysłać tam kilku żołnierzy, żeby ich uspokoić. Odpowiedź: Nie mogę. Za nami idą żołnierze administracyjni i oni zaprowadzą porządek.

      Za dwadzieścia minut byłem przy szkole w Cicinie, gdzie stała gromadka mężczyzn i patrzyła jak jedna furmanka zjeżdżała ze wzgórka.

Ludzie krzyknęli, że to jadą grabieżcy od Wojciula, od mojego teścia mieszkającego od szkoły o kilometr za wzgórzem.

Natychmiast rzuciłem rower i prosiłem ludzi, żeby mi pomogli dopędzić tych bandziorów i odebrać im to, co wieźli. W pięciu rzuciliśmy się na spotkanie ich. Gdy jadący spostrzegli nas biegnących w ich kierunku, zawrócili konia i zaczęli uciekać od nas. Zanim my dognaliśmy na wzgórze, już oni byli za posiadłością moich teściów, których dom stał o trzydzieści metrów od tej drogi.

Widząc, że nie dopędzimy uciekających grabieżców, bo jechali coraz szybciej z górki,  zaszliśmy do teściów, którzy niezmiernie się ucieszyli z naszego przybycia. Opowiedzieli, że bandyci zabrali chomąto, lejce skórzane, trochę mięsa, słoniny i patefon. Bielizny naszej nie było pod ręką, więc nie mogli chwycić.

Moich wspólników w obronie rodziców, teściowie uczęstowali i oni poszli do domu.

Ja na parę minut zatrzymałem się. Omówiłem z rodzicami sprawę wymłócenia zboża na chleb.

Obiecałem im przysłać pomoc ze swojej rodzinnej wsi, znajdującej się o 10 km od nich. Wreszcie pożegnałem się, zabrałem tam przebywającego synka – Mirka i piechotą z nim poszedłem do szkoły, gdzie zostawiłem swój rower.

Szedł on z pełnymi oczami łez. Tak mu było przyjemnie u babci i dziadka, mógł łapać w stawie ryby ze swoimi rówieśnikiem, synkiem rodziców – Pawełkiem. Od szkoły jechaliśmy do domu rowerem. Niezmiernie ucieszyła się matka – moja Helutka , gdy go zobaczyła  już w domu, na podwórku szkolnym.

My mieszkaliśmy w budynku szkolnym specjalnie pobudowanym dla kierownika szkoły.

Po krótkim odpoczynku , ja udałem się na rowerze do swojej rodzinnej wsi Kołpiei, znajdującej się o 6 km od mojej szkoły, za rzeką Wilią. Tam udało mi się namówić brata i krewniaka na wyjazd do Cicina do Wojciula na jeden dzień- sobotę – tj. na jutrzejszy dzień na młóckę.

Brat Michaś, założył własnego konia do wozu, na który ja postawiłem swój rower, bo już nim jechać było za ciemno, przyszedł też krewniak i pojechaliśmy.

U rodziców byliśmy za dwie godziny. Na podwórku spotkały nas ujadające psy. W mieszkaniu nikogo nie było. Wszyscy spali w stodole, bo bali się powrotu grabieżców . Na odgłos szczekania psów wyszedł gospodarz- mój teść  i zaprosił  gości do mieszkania na kolację.

Ja spożyłem tylko szklankę mleka, i odjechałem do domu, chociaż było już zupełnie ciemno. Jakoś dojechałem szczęśliwie.

Domownicy: żona i synek spotkali mię z wielką radością.

       Nazajutrz po śniadaniu pojechałem rowerem do Oszmiany, powiatowego miasta, gdzie znajdował się inspektorat szkolny – już sowiecki . Byłem wezwany do tego urzędu przez władzę radziecką –  inspektora szkolnego. Gdy byłem u drzwi, zapukałem i usłyszałem- proszę- otworzyłem drzwi i zobaczyłem stojącą przede mną kobietą. Domyśliłem się, kto to jest. Więc pozdrowiłem ją mówiąc- dzień dobry. Przedstawiłem się. A ona usłyszawszy moje nazwisko, powiedziała: Wy Ukrainiec?. Ja odpowiedziałem: Nie, ja jestem Polakiem. Powiedziała mi, że mam otworzyć szkołę i nauczać dzieci w języku białoruskim. Wyszedłem za drzwi i tu spotkałem  kolegów- nauczycieli. Powiadomili mnie, że w domu Związku Nauczycielskiego wypłacają nam pobory w imieniu Polski. Zgłosiłem się do Związku i otrzymałem 450 zł –pobory za dwa miesiące.

Jeszcze w tym czasie można było kupić w sklepie wszystko. Więc szybko pojechałem do sklepu. Nakupowałem dużo łakoci, spirytusu litr, materiał na ubranie. To wszystko dobrze spakowałem na bagażnik i pomknąłem do domu.

            Już ciemniało, gdy byłem u siebie.

Żona niespokojna opowiedziała mi, że przed paru minutami przechodzili tu, koło szkoły , trzej mężczyźni i pytali o drogę do remizy. Pomyślałem, że pewnie jakieś osoby wracały z wojska do domu.

Nazajutrz okazało się, że to byli bandyci, którzy wymordowali, wyrżnęli całą rodzinę moich Teściów….

c.d.n.