Gdy nadszedł wieczór wigilijny, moja przyszła Mama z trudem usiłowała wyhamować wewnętrzne drżenie.
Oczywiście o właśnie rodzącym się zmroku przyszedł po nią Wacław.
I wówczas już opanowana, spokojna, podążyła z nim do rodzinnego domu Łukaszewiczów. Powitali ją serdecznie , od razu przełamując pierwsze lody. Za chwilę siedziała przy rodzinnym stole, a obok niej rozsiadła się cała rodzinka. A była liczna pogodna i przyjazna. Czuła się tam swobodnie, nikt specjalnie nią się nie zajmował, więc wkrótce i ona rozpoczęła się uśmiechać.
Spod rzęs obserwował ją Wacław i nadal się nią zachwycał.
Obok niej przydzielono miejsce ojcu Wacława, Tomaszowi. Był dyskretny, delikatny i spokojnie zadawał jakieś niekrępujące pytania.
Właściwie na temat jej rodziny nie padło żadne pytanie. Może oczekiwali, że sama opowie. Ona jednak na ten temat milczała i tylko chętnie opowiadała o szkole, o swoich zajęciach z młodzieżą i miłych kontaktach z nauczycielami.
Oczywiście najważniejsza była ceremonia wigilijna.
A więc wspólna modlitwa nad stołem z tradycyjnymi potrawami. Potem łamanie się opłatkiem , składanie sobie życzeń. Potem było wspólne śpiewanie kolęd. Piękne głosy niosły się daleko, a słowa znajomych jej kolęd sprowadziły na Stefę kolejne fale wzruszeń, tęsknotę za domem i po chwili widziała już tylko swoje góry sięgające ogromnego gwiaździstego nieba.
I wtedy ukradkiem ocierała łzy.
A biesiadujący nie okazywali, że to widzą….
