Pod Starą przydworcową Kapliczką w Bieczu.
I już jesteśmy w Bieczu
Podróż trwała zaledwie ułamek sekundy. Wysiadamy na niewielkiej stacyjce. Rozglądamy się i jest jak na filmiku z you tube, sporządzonym przez jakiegoś romantyka , tak o nim myślę .
Jeśli link z jakiego powodu się, nie otworzy, zapraszam bezpośrednio do you tube. Wystarczy wujowi gogle zadać pytanie – dworzec kolejowy Biecz i od razu nas tam zaprowadzi bo to jest Dobry i kochany wujek

Stacja kolejowa w Bieczu . Zdj. z netu
Gdy postawimy obolałe stopy na peronie w Bieczu, od razu złapiemy wiatr w żagle. Bo zobaczymy miasteczko o którym marzyliśmy. Nieomal takie samo, jak na starych rycinach. Wymażemy tylko z pejzażu jakieś nowe budowle, bo możemy wszystko. Wystarczy tylko wydać odpowiednie dyspozycje swojej wyobraźni i wszystko, co chcemy się spełnia!
Nawet to, że położona nieopodal skromna Stara Kapliczka opowie nam legendę, którą przechowuje i tylko wybranym opowiada. Tak, jesteśmy wybrani, bo zgromadzeni wokół kapliczki, słyszymy wydobywający się z niej słabiutki szept.
Kochani, w tym miejscu był dom. Dom złej gospodyni, tak złej, że musiała mieszkać poza murami miasta, bo nikt nie chciał jej oglądać i słuchać. Żyła więc samotnie hodując w sobie Zło, które bardzo kochała. Pielęgnowała je jak najpiękniejszy kwiat, co zapełniało tak dalece jej czas, że nawet nie zauważała jak szumne i piękne orszaki królewskie przejeżdżają obok. Jednym słowem była tylko Ona i jej Zło.
To, co napisałam, podpowiedziała mi moja wyobraźnia. To tylko margines znanej bieckiej legendy. Legendy o skamieniałym chlebie. W tej opowieści jest to, że pewna ( zła dodaję od razu) gospodyni mieszkająca poza murami miasta, w pobliżu tej kapliczki, jak zwykle upiekła chleb. Pisząc o tym poczułam ten zapach. Odwieczny zapach świeżo upieczonego chleba. Czujecie już ? Cieniutkie jego plasterki wysyłały rodziny swoim sybirakom w Święta Bożego Narodzenia, by się z nimi podzielić tym co jest symbolem pamięci i wspólnoty….
Gospodyni o której mówi powyższa legenda, chciała jak najszybciej skonsumować swój chleb. Bo nie tylko była Zła, ale jak mniemam równie Żarłoczna. Wobec tego położyła świeży wypiek na parapecie, czekając niespokojnie kiedy wystygnie, bo po gorącym bolał ją brzuch.
Nie dziwcie się kochani, że zapach który się roznosił po okolicy poczuł pewien Biedak. Przełykając ślinę , głodny jak wilk, tułał się po okolicy, szukając dobrych ludzi. Bywało, że takich spotykał. Nakarmili, napoili , pozwolili się wykąpać i w jakiś sprany, ale jeszcze całkiem dobry ciuch ubrali. I tak sobie żył wolny jak ptak , może się modlił , nie za siebie, bo był skromny ale za innych potrzebujących. Tym razem też miał nadzieję, że ktoś go wspomoże w jego biedzie samotności i w burczeniu brzucha z powodu wielodniowej głodówki. ( tego nie ma w legendzie, to moje dodanie).
Żebrak ten podszedł do okna i grzecznie poprosił do kawałek czegoś do jedzenia.
Oczywiście myślał o tym wonnym, świeżym brzuchatym chlebie, który się wylegiwał na parapecie .
Jednak Gospodyni syknęła na niego ze złością- idź precz brudny Bezdomniku, nie smrodź mi swoją brudną odzieżą i gnijącym ciałem pod oknem , nie pluj śliną zza czarnych kołków zębowych gdy do mnie mówisz i w ogóle to trzeba pracować, pracować pracować, to i chleb będzie….i zamknęła z furią okno. Biedak chwilę postał milczał, bo nie miał już sił i żadnych argumentów na takie dictum. Zresztą w duchu przyznawał jej rację , ale nie widział jak ma zmienić swoje życie. Nikt nie chciał cuchnącego Brudasa. Popatrzył w niebo, gdzie piękne chmury płynęły i gdzie przesiadywał na swoim stolcu Wielki Pan Bóg. Niby Wszechmocny, ale nie litościwy dla takich jak on. Popatrzył więc Biedak w niebo, pomyślał, podrapał się po kudłach i ledwie włócząc nogami poszedł w swoją nieznaną nam stronę…
Tymczasem Gospodyni widząc zza firanki, że wreszcie zniknęła za linią horyzontu ta smrodliwa Postać, otworzyła okno, splunęła na chwasty rosnące w jej ogrodzie. Bo tam nawet kwiaty nie chciały rosnąć , sięgnęła ręką po swój chleb.
I zdrętwiała. Chleb był dziwnie pokawałkowany, w dotyku zaś zimny, lodowaty nawet i bardzo bardzo twardy. Z niemałym trudem dźwignęła największe jego części, by zanieść to dziwo do swojej równie lodowatej kuchni i jak zwykle się wgryźć w miąższ chleba, własnego chleba, którego nigdy nie dała i nie da nikomu, nawet głodnemu. Każdy kawałek ważył prawie tonę. Bo to nie był chleb, tylko kupa kamieni……
I to jest koniec Legendy o skamieniałym chlebie, (tj. o głodnym biedaku, gospodyni, chlebie, odmowie nakarmienia potrzebującego i boskiej karze za ten grzech- przemienieniu świeżego chleba w kupkę kamieni), którą urozmaiciłam, okrasiłam swoimi obrazkami utworzonymi w oczach i Wam teraz Kochani opowiedziałam.
Nic nie mówicie? Tak trzeba.
Jakoś się nie rozchodzimy, to fajne, że tak sobie stoimy i dumamy pod starą kapliczką, którą ktoś postawił nieopodal dworca i okolił brzydkimi halami .
Wiem, Kochani o czym będziemy myśleli, bo jesteśmy jakoś do siebie podobni.
Będziemy myśleli o biedakach, których wokół nas pełno i ludziach, którym wiecznie mało i pieniędzy i zaszczytów , których serca już dawno umarły. I pomyślimy też o dobrym Panu Bogu, chociaż w tym wypadku, w tej legendowej opowieści to był Pan Bóg ze Starego Testamentu, Bóg karzący złych….
i tak postawszy, pomyśliwszy powędrujemy dalej wzdłuż torów , by potem powoli wdrapywać się na wzgórze….a zasmucona, stara ale spragniona towarzystwa Kapliczka nas pożegna, mówiąc do widzenia…

Stara Kapliczka w Bieczu. Zdjęcie z netu.
