Powoli ulegałam złudzeniu, że tylko w szpitalu jest prawdziwe życie. Wydawało mi się, że Rodzina- mąż , dzieci, Rodzice są w moim innym i bezpiecznym świecie.
Bez reszty wciągały mnie zajęcia kliniczne.
Kliniki akademickie mieściły się w dawnych carskich stajniach położonych w samym sercu Warszawy , pomiędzy ul. Nowogrodzką, Oczki, Lindleya i Chałubińskiego. Teren był ogrodzony wysokim ceglanym murem z dwoma bramami i portierniami od strony ul. Nowogrodzkiej i Lindleya. Po pokonaniu portierni w której urzędował sędziwy i srogi pan, nagle otwierał się inny i tajemny świat. Mimo ciszy która tam panowała, już wiedzieliśmy, że za nią kryją się ludzkie tragedie, może czasem małe radości , krzątanina personelu medycznego , który przybywał tam i spędzał wiele godzin swojego życia.
Działo się to w równo ustawionych pawilonach o kształcie jednakowej wielkości prostopadłościanów, z niskim dwuspadowym dachem , zbudowanych tak jak mur z czerwonej cegły, posiadających wysokie dość wąskie zwykle puste okna .
Całość była zatopiona w pięknych ogromnych i bardzo starych drzewach., pod koronami których rozścielono wąskie uliczki i chodniki prowadzące do pawilonów.
Miejsce mogłoby być czarowne gdyby nie fakt, że wjeżdżały tam karetki i to często na sygnale.
I gdyby nie nasza wiedza, co się dzieje za pozornie pustymi oknami budynków można by spacerować cienistymi alejkami i myśleć o niebieskich migdałach.
To miejsce miało klimat i ma zresztą do tej pory, mimo, że pojawiło się tam kilka zupełnie nowych nowoczesnych obiektów




