Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 5 ). Historyczne zdjęcia rodzinne.

W poprzednim wpisie, Mariola opowiada o spotkaniu w swoim życiu kardynała Stefana Wyszyńskiego … .  Po uwolnieniu z Komańczy  Prymas przybył do  Gniezna , gdzie się urodziła Autorka tych wspomnień i  rozpoczęły się  obchody Tysiąclecia Chrztu Polski, które trwały od  1957 do 1966 roku … Mariola dalej pisze:   Jeszcze wcześniej przyjeżdżał nie tylko do kurii ale odwiedzał też przedszkola które wówczas prowadziły tylko siostry zakonne, Opowiadał, słuchał nas i bawił się z nami np. w kółko. Normalny człowiek, dziadek nasz można powiedzieć. Mam wiele zdjęć z tego okresu.

 a teraz te historyczne zdjęcia z Jej Rodzinnego albumu . Ta dziewczynka z burzą jasnych włosów – to Mariolka….

Prymas Stefan Wyszyński w Gnieźnie. 1957 rok. Zdjęcia z albumu Marii J. Nowakowskiej.

Pogaduszki z Mikołajem ciąg dalszy

Pogaduszki z Mikołajem ciąg dalszy

SAM_1064.JPG

Chrzest już dość dużego M. Taki kadr…

 

 

Pogadaliśmy o dawnej babcinej choince i pierniczkach więc pora wrócić do tematu zasadniczego, do Mikołaja.

Mikusiu, czy wiesz, że dopiero Twoje pytanie o Mikołaja spowodowało, że babcia założyła okulary i zajrzała do netu. Przyznam się, że nie wiedziałam skąd wzięło się Twoje imię. A czy Ty wiedziałeś. Nie wiedziałem i nawet się nie zastanawiałem. Jestem Mikuś i kropka. To posłuchaj a ja ci poczytam. Najpierw to, co piszą w wielkiej księdze imion.

Imię Mikołaj pochodzi z Grecji. Tam nazywają ciebie Nikolaos. Fajnie, mogę być Nikolaos. Ale czy wiesz, co  oznacza to imię. Oczywiście, że nie wiem, nawet babcia nie wiedziała.

To czytajmy razem. Ty czytaj, babciu bo ja nie nadążę za tobą.

Twoje imię, wnuczku, po grecku złożono z dwóch części. Pierwsza, to  Nike co po polsku oznacza zwycięstwo o druga część imienia – laos  a po polsku lud.

I Grecy rozumieli to tak: Nikolaos to ten, który przynosi zwycięstwo swojemu ludowi.

A to ciekawe, wiesz babciu, ja lubię zwyciężać.

Szczególnie jak wbiję gola w piłce nożnej. Bo jak wiesz, już trenuję i mam zamiar zostać słynnym piłkarzem. Oj, nie wiem wnuku, czy warto i czy tak będzie.

Zobaczymy,  rzekł Mikołaj. Może będzie tak jak z tatą było, też kopał w gałę, nawet w klubie Hutnik, jak opowiadał, a potem został bardzo mądrym człowiekiem i pomaga ludziom. No, właśnie, Mikołaju.

W wielkiej księdze imion piszą, że chłopiec który ma takie imię jak ty, jest bardzo ambitny, uparcie dąży do celu pokonując przeszkody i zwykle czymś dobrym się wyróżnia od innych. Czasami ludzie myślą, że jest chłodny, ale ma wiele czułości i zmysłowości w swoim środku. Zmysłowości- nie wiem co to znaczy. Jak by ci to wyjaśnić. Na przykład lubi się przytulać do ludzi, do swojej żony, gdy już się ożeni i jest dla niej dobry, dba o nią i o innych .

Mikołaj dba o innych, to  rozumiem. Ja też tak mam. Pamiętasz babciu, zawsze mi to przypominasz, jak byłem bardzo mały, nie miałem jeszcze trzech lat jeździliśmy razem w góry. I zawsze pytałem czy babcia wsiadła, bo siadałaś na krzesełku w bagażniku i ciebie nie widziałem . Tak, Mikołajku, to było bardzo miłe, wzruszające i niezapomniane.

A cóż to znaczy wzruszające. No, takie, że człowiekowi robi się ciepło w sercu gdy coś usłyszy lub kogoś zobaczy. Aha, rozumiem, też tak mam jak widzę swoich rodziców, siostrę czy nasze psy i koty nawet. Jak wróciłem z obozu, bo pamiętasz, że w tym roku byłem pierwszy raz na obozie, to gdy zobaczyłem nasz domek i wszyscy mnie witali, to właśnie wtedy się wzruszyłem. Tak, bardzo kocham moją rodzinkę wszystkich którzy mieszkają ze mną no i oczywiście dziadków i ciocie. Fajnie, Mikołajku, tak trzymać!

O wiesz, co tu jeszcze piszą w tej księdze imion. No nie wiem, bo już mówiłem, że z czytaniem to jeszcze nie bardzo mi idzie, chociaż już trochę umiem. Tu piszą, że może w przyszłości zostaniesz wielkim biznesmenem, lekarzem albo prawnikiem.

Z tego wszystkiego tylko rozumiem jak to być lekarzem, bo rodzice wracają do domu zmęczeni, ale się cieszą, że komuś pomogli ale najgorzej jak ich nie ma przez całe noce, bo są na dyżurach. Wtedy jest nam smutno, dobrze chociaż, że nie mają razem dyżurów , więc jakoś tam jest. Nie jestem pewien babciu , czy  zostanę lekarzem, na razie o tym nie myślę, bo kocham piłkę nożną. Aha, czy wiesz co robimy gdy jedno z rodziców jest na dyżurze. Trochę wstyd się przyznać, bo to nie higieniczne, jak mówi moja druga babcia. Gdy już jest ciemno, przychodzi noc, za oknami szumią wielkie sosny i chcą nas straszyć, bo mieszkamy właściwie w lesie, wtedy idziemy spać do jednego wielkiego łóżka. Wszyscy śpimy razem, a nawet przytulają się do nas nasze psy i koty. Tylko nikomu o tym nie mów, bo może będzie się śmiał. Ale właściwie to nie jest śmieszne. Przecież jesteśmy wielką rodziną.

        Och, Mikołaju, tyle się o tobie naczytałam. Jaki będziesz kiedyś, gdy dorośniesz? Pewnie nie jestem jedyną babcią, która się zastanawia. Wszak wśród  bliskich imię to jest dość popularne. Zosia Cz., moja wierna komentatorka, ma wnuka Mikołaja, Tadeusz też, i wielu innych których wymieniać nie będę. No i nam się  przytrafił.  Fajnie jest z Mikołajem…

Ale żebyś wiedział, że reszta naszych wnuków też jest bardzo dla nas ważna i bardzo was wszystkich kochamy. Och, wiem babciu, nie musisz mówić. Obiecaj, że kiedyś poczytamy w tej twojej wielkiej księdze imion o mojej siostrze i rodzeństwie ciotecznym. Tyle ich mam, fajnie, że stworzyliście z dziadkiem taką dużą rodzinę. Ja też tak chcę, niech no tylko się zakocham….

 

PC240051.JPG

 

Jeszcze Ciebie, nasz M.. na świecie nie było…obejrzyjmy to powigilijne zdjęcie. Kogo rozpoznajesz?

Gorzowskie czasy. Zacisze.

SAM_1956.JPG

Kostka granitowa z ulicy Orląt Lwowskich z nieco wyblakłym napisem przywieziona przez gonię do mojego gorzowskiego minimuzeum w Michałowicach. Jeszcze pulsuje w nim tamten czas….

 

 

Pośród politycznej zawieruchy buchającej z telewizorów od kilku dni szukam zacisza.

    I znajduję ukojenie w powrotach do czasów dzieciństwa i wczesnej młodości. Oglądam stare zdjęcia a „stąpając” po kamieniach od goni, które znajdują się w moimi minimuzeum gorzowskim trafiam na ulicę Orląt Lwowskich.

To tam mieszkałam od 10 roku życia aż do pełnoletniości. Najbardziej soczyste i świadome to były lata. Ale do nich dochodziłam stopniowo, bo poza kotkami w kotłowni  oczywiście miałam i inne ciekawe zajęcia. Może ciekawe nie zawsze były, ale pozostały w pamięci jako jasne chwile. Cisza naszego mieszkania i wieczorne odrabianie lekcji  w kręgu światła stojącej lampy z Mamą zajętą robótkami ręcznymi, gra na pianinie kojąca pierwsze burze dojrzewającego ciała i umysłu, późniejsze cotygodniowe przyjazdy do Gorzowa z szaleńczej nauki na AM w Poznaniu i spacery z Mamą. I widzę Tatę na naszym balkonie z widokiem na rzeźnię miejską….to wszystko było , odeszło ale zatrzymało się gdzieś w starym rodzinnym albumie i teraz spina tamten czas z obecnym gdy głaszczę kamienie przywiezione przez gonię….

 

ja piszę.JPG

 

P6050064.JPG

 

Zdjęcie-0560.jpg

 

Zdjęcie-0828.jpg

 

Zdjęcia doktorantki…

Tak sobie oglądam stare zdjęcia rodzinne. I dumam nad tym, co wyrasta z dzieci. Czy mamy na to jakiś wpływ poza przekazaniem genów?

A to Paulinka, nasza najmłodsza, teraz mamusia i doktorantka…

 

 

 

 

SAM_5780.JPG

 

 

SAM_5794.JPG

Puśka z Ewą

 

 

Mój Gorzów, wierzby płaczące które nie płakały i Park Wiosny Ludów zwany teraz parkiem róż

 

Twoje czerwone kasztanowce(2).jpg

 

Wiosenne zdjęcie od goni. Park Wiosny Ludów w Gorzowie ze stawem i domem gdzie mieszka Bajka….to tam była wąska brama i metalowe schodki prowadzące nieomal do wierzb płaczących na wyspie…

 

 

Był Gorzów, lata 50 ubiegłego wieku. Były wierzby. Po raz pierwszy przez nas oglądane, zapamiętane jak pierwsze zakochanie. Nazwano je płaczącymi, nie wiem dlaczego. Bo te , które zapamiętałam rosły na wyspie w Parku Wiosny Ludów. Nigdy nie widziałyśmy ich łez. Były tak piękne, że przychodzą do mnie w snach….

     Wymykałyśmy się potajemnie, opuszczając nasze podwórko przy ul. Kos. Gdyńskich 106 zamknięte dwoma rzędami monumentalnych kamienic.

Z tego podwórka do parku Wiosny Ludów wiodła wąska mroczna brama , wydrążona w przyparkowej linii kamienic. Trochę bałyśmy się tej bramy, bo była ciemna, ale ciekawość tego, co zobaczymy w  parku była większa niż lęk.

W biegu przemierzałyśmy więc wąski kanał bramy i hamowałyśmy na szczycie pięknych metalowych schodów, by połykać widok wyspy. Była okrągła i wyglądała jak zielona bajkowa kopuła.

Na górnej platformie schodów był pierwszy postój. Stamtąd widok był najpiękniejszy .Po nasyceniu wzroku, spływałyśmy w dół , bezpośrednio nad staw.

    Ten staw i okalający go park był wielkim okiem Gorzowa.

To oko było jedyne takie na świecie, żadne miasto nie patrzyło na świat Pana Boga w taki zielonobłękitny sposób.

Wszyscy święci mieszkający w niebie , przeglądali się w tym lustrze wodnym .

    Woda była jak migotliwa, jak zmieniająca barwy tęczówka, a wyspa stanowiła źrenicę.

Wyspa , wierzbową kopułą nakryta, wczesną wiosną pokrywała się pachnącą świeżą sukienką. Pewnie ofiarowaną przez niebnych darczyńców.

Potem zieleń stopniowo dojrzewała, nabierała soczystości i zmieniała się w jednolity szumny gąszcz.

Nie zastanawiałyśmy się co ukrywa, może Bajka czasami opowiadała o Wodnych Pannach, które widywała ze swojego balkonu usytuowanego bezpośrednio nad parkiem.

Któregoś dnia ktoś postawił na brzegu wyspy niewielki drewniany domek, w którym zamieszkały łabędzie. Łabędzie widziałyśmy obie z Bajką, były rzeczywiste. Przyjaźniły się z Pannami Wodnymi , bo któż by prał śnieżno białe suknie łabędzi, jak nie te pracowite panny.

   Któregoś dnia ktoś nam powiedział, że na wyspie rosną wierzby płaczące i to właśnie ich gałęzie  tworzą  zadziwiającą nas kopułę.

Od razu się zainteresowałyśmy.

Dlaczego tak je nazwano, dlaczego  płaczące.

Przecież zawsze były radosne, witały nas szumem wiotkich bardzo długich gałązek.

Słońce często je odwiedzało, siadało okrakiem na wierzchołkach i ześlizgiwało się w dół jak po zboczu wielkiej stogi siana, z której zjeżdżałam na wsi w górach. Czasami bawiło się z gałązkami w chowanego, bo znikało i pokazywało się w innym miejscu wierzby.

Wiatr też przylatywał, zwabiony perspektywą wspólnej zabawy.

Siadałyśmy na trawiastym brzegu stawu i patrzyłyśmy jak wiatr szarpie gałązki wierzbowe, pieszczotliwie zaplata i rozplata warkocze. Jak czasami myje im włosy, pochylając konary i zanurzając włosy wierzby w tafli wodnej.

     Gdy opadały liście, czar naszej wyspy wyprowadzał się do ciepłych krain. A wtedy dla nas były  najważniejsze zabawy na lodzie i śniegu…

 

Zamurowano naszą bramę wiodącą do parkowego raju, zniknęły schodki , a tamte wierzby płaczące   przychodzą do mnie w snach.

 

 

WierzbyJa12LatMama.jpg

Zdjęcie wykonał mój Tato. Jest rok 1957. Jestem z Mamą w naszym parku…

 

 

WierzbyDorosłaJaMama.jpg

Też z Mamą, tylko 10 lat później…jeszcze żyje wierzba płacząca na wyspie…

 

 

WierzbyMarysiaJa10lat.jpg

Zabawy z nieżyjącą już Marysią Zielińską na zamarzniętym stawie, obok wyspy.

 

 

WierzbyMarysiaJaśnieżki.jpg

Na zamarzniętym stawie z Marysią, po lewej dom Bajki…

Te wszystkie stare zdjęcia wykonał mój Tato- Wacław Łukaszewicz.