
Widok z balkonu domu Pana Profesora Ramotowskiego. Starorzecze Bugu, ” cofka” zwana przez mieszkańców….zdj własne
Przynoszę Panu Profesorowi wiatr znad Bugu. I gdy trzymam Go za piękną śniadą rękę, która uratowała tyle istnień ludzkich, czuję Jego wielkość i mówię, nie jestem kobietą, jestem wiatrem znad Bugu….
Siedzimy przy stoliku w holu , otwieram laptopa i czytam to, co w blogu o Nim opowiadam a potem to co o czym mam zamiar napisać. Profesor się wzrusza i my też. Bo właśnie już siedzimy , jak kiedyś, w Jego nadbużańskim domku i wraca tamten piękny czas, który minął, ale dopóki żyjemy jest w nas. W naszych oczach , sercach i pamięci.
I tak oto jesteśmy w naszych domkach nad Bugiem. Fajnie jest wspominać, bo to są takie kolorowe mieniące się wszystkimi barwami wspomnienia i pozwalają na chwilę zapomnieć o tym co tu i teraz. Opowiadam o naszych dawnych spotkaniach, Mirek ożywiony a Profcio ( pozwólcie, że będę używała tego określenia, które jest nasze . Ale tu, w tej opowieści wszystko wolno) a więc Profcio teraz dorzuca swoje historyjki .
I jest dobrze, ciepło i serdecznie….więc rozmowa jest o tym jak panowie grywali w szachy w domku Profcia, a ja się wylegiwałam na tapczanie zwanym narożnikiem i oglądałam kominek, wielkie jelenie rogi, które kiedyś dostał od znajomego i makatkę wiszącą nad kominkiem. Profesor chcąc go rozpalić, finezyjnie przy użyciu własnej konstrukcji zwijał makatkę . Wszystko zresztą w tym domku było i jest Jego konstrukcji. Własnoręcznie położona podłoga z desek i terrakota w jadalni, kuchni i łazience, urocza nisza barek z całym wystrojem i wiele innych mebli. Na ścianach wisiały obrazy Jego córki, absolwentki ASP . Kiedyś wisiały….bo dzisiaj domek zmienił wystrój. Ale mam w oczach tamten, gdzie tyle radości było i przyjaźni i Niezwykłego Ducha Profesora….
Jesteśmy więc w domku Profcia nad Bugiem. Bywamy tam z Mirkiem nieomal codziennie wieczorami, ale obowiązkowo w porze wczesno południowej w altance, którą oczywiście sam zbudował i nazwał Azylem . Kawę zaparza sam Profesor, osobiście. Bo to jest celebra. Najpierw wskazuje na solidnie zbudowany ekspres, z metalowym brzuchem i fajnym dzbanuszkiem , mówiąc ooo znalazłem go na śmietniku. Był porzucony. Był taki samotny i śliczny, że go zabrałem do domu. Ucieszył się, ja dodaję. No pewnie. Zajrzałem do jego wnętrza i okazało się, że naprawa była łatwa. Jak dla kogo, dodaję wiedząc, że nie ma urządzenia, do którego by Profcio nie zajrzał i oczywiście naprawił. Tak Pan Profesor nie tylko naprawiał zepsute ludzkie kończyny czy kręgosłupy, ale naprawiał też stary sprzęt, dając mu drugie życie….

Udało mi się ‚ zatrzymać czas” w tym kadrze…nieistniejący już barek Pana Profesora Witolda Ramotowskiego, własnoręcznie wykonany i ozdobiony. W lewym narożniku historyczny ekspres do kawy, o którym w tekście….
