Po siedmiodniowej przerwie wracam do wrzucania tych zapisków.
Przyczyną przerwy był wirusy. Zagnieździły się w komputerze i w naszych nosach i oskrzelach. Nadal te objawy falują , jeszcze nie widać końca tej infekcji.. Najmłodszy wnuczek- Patryk jest jeszcze w szpitalu…
Teraz spadł śnieg, ale przed kilkoma dniami jakoś wiosennie śpiewały ptaki…
wracam do Losów moich Rodziców:
Wacław widząc radosną i ufną twarz Stefy, powrót jej siły i wiary w słuszność decyzji małżeństwa, był szczęśliwy.
Postanawiał w duchu, że nigdy nie zawiedzie ukochanej.
Że zawsze będzie przy niej.
Razem na dobre i na złe.
Na dobre i na złe razem.
I na marginesie wspominania tamtych czasów rozmyślam sobie o prawdach ponadczasowych.
O odwiecznych cechach młodości, takich jak ufność, wiara we własne siły i optymizm.
Dopiero życie przynosi refleksje i powoli pogrążamy się w oparach smuty.
I to jest wielkie szczęście, że młodzi nie wiedzą co ich czeka.
Bo rzeczywistość bywa okrutna i gdybyśmy ją znali wcześniej, może nie podjęlibyśmy tej walki jaką jest małżeńskie życie.
Zderzenie marzeń z rzeczywistością bywa niespodziewanie bolesne.
A życie pisze pisze i pisze swoje scenariusze, rozdaje testy do rozwiązania i czeka na nasz błąd, potknięcie.
.
I dopiero wtedy, gdy pozytywnie przejdziemy razem taki test i wytrwamy w związku zachowując wzajemny szacunek, czułość, przyjaźń możemy swoją smutę rozproszyć i cieszyć się tak właśnie przeżytym życiem.
Dałam się ponieść takim rozważaniem, ale cóż ja bidula mogę wiedzieć- dopóki żyjemy, przyszłość jest nadal niepewna ….jeszcze nie czas na podsumowania…
