Styczniowe pozdrowienie z mojego ogródka.

 

Groszek.JPG

 

.

 

Zanim przystąpię do opowieści,  chcę zaznaczyć, że mój ogródek na półkuli północnej jest i daleko od równika. W styczniu już zdążył zapomnieć jak wygląda wiosna, lato i jesień.

    Nasza działeczka ułożona na obrzeżach dość dużego  terenu  gdzie  zamieszkał nasz domek,  jest mikroskopijnej wielkości i zwykle dość zaniedbana, bo nasz entuzjazm uprawiania tam warzyw czy truskawek szybko wyparowuje.    

I tak na grządce , którą dzielnie wiosną skopał najstarszy przedstawiciel rodu posiałam wczesną wiosną zielony groszek. Dzieciaki uwielbiają wyjadać to co w młodych strączkach się rodzi i ja też poznaję wtedy smaki dzieciństwa, które są zawsze najpiękniejsze. 

Potem wyjechaliśmy, groszek pozostał zapomniany, opuszczony, aż smętnie wysechł . Jak można się było spodziewać, co nie jest takie trudne,  ja z wrodzonego lenistwa go nie zebrałam, by grochówę ugotować.

Minęła jesień, przyszła zima. Nie zaglądałam na te grządki , bo już nie było po co. Wyschłe badyle były jak wyrzut sumienia, a wyrzutów sumienia nie lubię.

     I któregoś dnia , jeszcze w grudniu moje spojrzenie przyciągnął niezwykły o tej porze roku bardzo długi zielonolistny pęd. Podeszłam bliżej i nagle uśmiechnął się do mnie najprawdziwszy groszkowy kwiatek. Potem już go obserwowałam systematycznie, czy nie zmroził go jakiś zimowy podmuch. Ale on trwał dzielnie, a nawet zafundował sobie siostrzyczkę. Tak więc oba kwiatki bardzo z siebie zadowolone a dumne nawet cieszyły moje oko.

Potem o moich kwiatkach zapomniałam, a może nie chciałam oglądać jak umierają z zimna.

    I oto dzisiaj, gdy  styczeń 2014 roku zapukał do naszych drzwi i już właściwie się zagościł, ponownie się wybrałam na tzw. obchód ogródka.

I wtedy usłyszałam cienki choć rześki głosik, który mnie zapraszał na grządkę. Rozejrzałam się, ale nikogo nie było. Jedynym mieszkańcem naszego domku poza mną jest współmałżonek, ale jego głos jak na razie jestem w stanie rozpoznać.

Podążyłam więc w stronę, skąd przyszedł ten młodziutki głosik.

Poczem przetarłam oczy. Jednak to nie były jakieś wizje zmęczonego wzroku. Na zielonym groszkowy pędzie wiszą sobie spokojnie dwa całkiem okazałe strączki.

Zafalowały przyjaźnie i wyraźnie się ucieszyły  gdy się nad nimi nachyliłam, patrzyłam na nie przelekle z miłosną radością a potem wyjęłam aparat fotograficzny, który zawsze staram się mieć w kieszeni. I tym razem się przydał, zdjęcia zrobione, a strączki zadowolone, bo jak widać, lubią być uwieczniane na fotografiach. Wiedzą, że są bardzo fotogeniczne urocze i smakowite.

I w podzięce wygroszkowały  swoje życzenia noworoczne, upewniając się, czy nie za późno już . Gdy zapewniałam, że życzenia zawsze można składać, prosiły o przekazanie Wszystkim, żeby zdrowi byli, zimę przetrwali, która jeszcze na pewno nadejdzie, a patrząc na strączkowe styczniowe zdjęcia myśleli o cieple wczesnego lata…..

 

 

groszek1.JPG

 

 

groszek2.JPG