Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 28 ). Doznania nocy polarnej , gwałtowny wybuch wiosny pod kołem podbiegunowym, obawy buntu łagierników i święta w łagrze …


wieźniowie w Mołotowsku … zdjęcie z portalu gułag.

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

      Noc polarna

   Jest koniec lipca 1947 roku.

Idzie nasza brygada pracować na nocną zmianę.

Jeszcze słońce zupełnie nie zaszło. Ale  tuż tuż, schowa swoje promienie.

Słońca już nie widać, ale światło na dworze jak w dzień, tylko odczuwa się jakąś ociężałość.

Niby dzień,  a nie dzień. Można czytać nawet gazetę, przy tym świetle polarnym. Próbowałem nawet i wszystko widziałem jak w dzień.

    W czasie obiadowym dały się słyszeć piosenki brygad kobiecych : „ Oj rabinuszka, rabinuszka…….Podmoskowskije wiecziera…….”.

 Gdy wracamy z pracy, nie poznajemy drogi , którą myśmy szli. Świtem nie było tu jeszcze zieleni, a teraz, po godzinach pracy  taka już duża trawa rosła.

Tak, tu przyroda żyje szybszym tempem.

Kartofle sadzą w końcu czerwca i wykopują po upływie 5-6 tygodni. Niesmaczne one są. Bardzo wodniste, można powiedzieć i niedojrzałe. ….

    Święta w łagrze

    Przed każdym świętem państwowym w łagrze zawsze puszczano pogłoskę, że będzie zmiana kodeksu albo amnestia.

Tę propagandę puszczał konwój.

Robił to w tajemnicy.

Tak ich uczono na zebraniu przedświątecznym przez ich władze obozowe, która się bała jakiegoś buntu lub ucieczek z obozu.

Takiej chytrości używali, by nas więźniów uspokoić i odciągnąć od zamiarów wystąpienia przeciwko im. I to w dzień święta państwowego.

Bali się naszych myśli buntowniczych.

A że tak było, świadczyły ich zapobiegliwe kroki.

 Robili w zonie i w barakach szczegółowe kontrole- szmony. Szukali podejrzanych  przedmiotów . Znaleziono łyżeczkę zaostrzoną na końcu, niszczyli lub zabierali i zakopywali poza zoną.

Jeśli taki szman odbywał się w czasie wolnym od pracy, wyganiano nas z baraku , robiąc jednocześnie kontrolę naszego ubrania, obuwia, a nawet zaglądali do ust i kazali robić przysiady czy u któregoś coś nie wypadnie.

Z tej stalinowskiej – bzdzitielności- czynności – kpiliśmy , mówiąc: Nie znajdziesz tego, czegoś nie położył.  

Kucharz w kuchni też gotował się do tego święta.

Przez cały tydzień odbierał po trochę od porcj i- mąki, cukru, kaszy, oleju, by upiec na ten dzień pierożek i by kasza była gęstsza i lepiej ocukrzona.

Myśmy się cieszyli tylko tym, że przez dwa a nawet i trzy dni, będziemy odpoczywali.

Ten trzeci lub drugi dzień wolny od pracy dodawali nam do święta, zabierając inne dwa dni naszego wychodnego .

W czasie świąt zaglądali do nas, do łagru nasi ciemiężcy – przedstawiciele specłagru z Ałma Aty- stolicy Kazachstanu.

Przedstawiciele NKGB w otoczeniu swoich przyjaciół odwiedzali baraki, obiekty gospodarcze no i zajrzeli do stołowej, w której był podawany obiad.

Na komendę: „Wstać” wszyscy się podnosili- wstawali. Przechodzą między stołami i zatrzymują się w środku jadalni. Przedstawiciel NKGB pyta: „ Czy może obywatele macie jakieś sprawy do mnie. Słucham ! „.

Panuje cisza. Mówi naczelnik : „ Pokuszali”- odpowiedź- „ Pokuszali „.

I nagle  słychać odpowiedź jednego więźnia : „ Daj chleba, tak skażu”. Konsternacja . Naczelnik : „ zapiszycie jewo”.

Z a p i s a l i  i  d a d z ą   m u   c h l e b a   3 0 0   g r a m    w   k a r c e r z e  n a   c a ł ą   d o b ę.

 Swoje święta, jak : Wielkanoc i Boże Narodzenie spędzałem przeważnie wieczorem po pracy.

Siadałem gdzieś  samotnie w kąciku nary, wyjmowałem dwie pajki chleba po 350 gram i dwie porcje cukru po 27 gram.

Wszystko to układałem na białym ręczniku i stawiałem blaszaną miseczkę kawy. Osładzałem ją jedną porcją cukru, a drugą porcją posypywałem już pokrojony chleb.

Żegnałem się i zacząłem spożywać swoje zaoszczędzone dary w ciągu ostatniego dnia. Myślami byłem wśród żony i synów, rodziców, braci i sióstr.

Jak oni spędzą ten wieczór- czy są zdrowi i żywi.

Jak upływa życie kochanej żonie i kochanym synom?. Z pewnością lepiej niż mnie. Pragnąłem, żeby wytrzymali to nieszczęście.

Ja nie dopuszczam myśli, że się z nimi nie zobaczę.

Jestem tego zdania, że niewinna kara nie będzie taka bezlitosna.

Jeszcze się – Kochani- zobaczymy i wspólnie będziemy się cieszyli przy jednym stole.

Oby się te marzenia ziściły.

Oblewałem rzewnymi łzami te myśli i błogo mi się robiło, że jeszcze żyję, że najgorsze mam już za sobą.

   Wigilijną wieczerzę Bożego Narodzenia 1948 roku kończę. Wszystek chleb ocukrzony zjedzony i wypita słodka kawa. Zasypiam z myślami , że jestem z Wami.

     Prawie każde święta Wielkanocne i Bożego Narodzenia upływały mi na wspomnieniach o Was, Kochani.

W czasie poprzednich świąt Wielkiejnocy w 1947 roku, raczyłem się kaszą grochową zgotowaną z grochu przysłanego mi w paczce z moje rodzinnej wsi Kołpiei i Czerniąt.

Tak upływały mi dni świąt, że zawsze zalewałem się gorzkimi łzami….

c.d.n.

Pogaduszki z ….

SAM_0860.JPG

 

 

Pogaduszki z ….

Wczoraj dostałam tajemniczego maila. Otworzyłam, a to list od gromadki najmłodszych wnuków. Piszą, że oni też chcą być w tym blogu i dlaczego zapisuję  pogaduszki tylko  z Mikołajem.

Dzisiaj wszyscy się zeszli, choinkę ubrali , coś tam podgryźli, jak to zwykle, starsza czwórka gdzieś wybyła a maluchy  stanęły kołem wokół babcinego stołu.

Pytam,  kto napisał tego maila. Ja, przyznała się od razu Maja, to mój pomysł. I ja dorzucił Wiktor, razem redagowaliśmy. A czy Wy rozumiecie, co to znaczy redagowanie? Oczywiście babciu, zachichotali. My byliśmy redaktorami i redagowaliśmy. To każde dziecko rozumie. Nawet ja, dodał poważnie jak swoje 4 lata Patryk. Ja się podpisałem, nie widziałaś, babciu? A Mikołaj solidarnie ze wszystkimi , przyznał nam  rację i kliknął wyślij, dodała Majcia. Mikołaj podjął temat: nie jestem o nic zazdrosny, wcale a wcale, bo tylko ja będę zawsze nosił  swoje nazwisko , chociaż Majcia też ma je teraz, ale ona pewnie wyjdzie wkrótce za mąż i będzie się nazywała inaczej. O co to nie, zaprotestowała Majcia, nigdy się nie wyrzeknę swojego pięknego nazwiska, najwyżej  męża tylko dopiszę. Tak zresztą zrobiła moja mama. I co, łyso ci, Mikołajku. Chciałam przerwać, ale zacietrzewieni nie słuchali. Ale jak będziesz miała dzieci, to będą się nazywały jak twój mąż, triumfował Miki. Tak jak jest u nas. Fakt, przyznała skruszona Majcia. A moje dzieci też będą miały nazwisko moje, taty, dziadka Mirka i pradziadka Janka zakończył Mikuś . I prapradziadka Wincentego dorzucił Wiktor. Wiem, bo czytałem w Pamiętniku Jana Konopielko. Dlatego wcale nie chcę być wyróżniany, chociaż to było miłe z babci strony, że pierwsze pogaduszki były tylko ze mną, dodał Mikuś . Ale niech reszta też się cieszy, rzekł jak przystało na prawie 6 latka.

Ja wyślę babci swoje wypracowanie klasowe, to dopiero babcia się zdziwi. Nawet pani w szkole i rodzice byli zaskoczeni, że tak potrafię pisać, zmieniła temat  Majusia. W takim razie, Majciu będę niecierpliwie czekała. O tym jak piszesz pięknie to już nawet wróble ćwierkają w Michałowicach. Ha ha przecież wróble nie potrafią mówić. Zaśmiał się Patryk. Reszta wymownie milczała, on jeszcze mały, i wszystko przyjmuje dosłownie, powiedział Wiktor. Patrysiu, z tymi wróblami, to tak się tylko mówi. Jeśli jest tak, że wszyscy o czymś wiedzą, to można powiedzieć, że nawet wiedzą o tym wróble i o tym ćwierkają . Aha, zrozumiałem, Patryk przyjął postawę myśliciela. Tak więc będę czekała na maila, od Ciebie Majusiu  i Twoje teksty, pewnie wrzucę je do bloga, niech wszyscy czytają. Zgoda. A teraz babciu, pozwól że  potańczę, bo uwielbiam tańczyć a długo stać w jednym miejscu nie lubię. Potańcz Maju, wiem, że jesteś w tym dobra. Miałaś zaledwie pół roczku, gdy usłyszałaś muzykę cygańską,  od razu w rytm tej melodii wymachiwałaś rączkami , płynnie, jakbyś tańczyła flamenco. Ok., babciu, potem pogadamy o flamenco, lecę po swoje nagrania.

Wiktorek spokojnie słuchał mojej rozmowy z Mają i wreszcie dorwał się do głosu. Jaki byłeś grzeczny Wiktorku, nie przeszkadzałeś, gdy Majusia gadała. Bo kobietom trzeba ustępować, burknął. I zaraz dodał, a ja wyślę Ci babciu mój kalendarz książkowy z całego 2015  roku. Codziennie w nim zapisywałem to, co się wydarzyło. Tak jak dziadek Mirek. Na pewno się ucieszycie, bo fajnie wyszło.

Z przyjemnością obejrzymy ten twój pamiętnik w kalendarzu powiedział Mikołaj. Ja też sobie obiecuję prowadzić taki w tym nowym roku. Wszyscy będziemy kronikarzami, opiszemy naszą rodzinę. Patryk zaraz się włączył, a ja już mam taki kalendarz i będę na razie w nim rysował scenki z całego dnia, to co najważniejsze, ale niedługo też będę zapisywał. Niech dziadek będzie ze mnie też dumny.

Dziadek Mirek już jest z was dumny, jak paw. Oooooooo pawie widzieliśmy w Uniejowie, wszyscy wykrzyknęli. Dziadek będzie pawiem, hahaha. Chociaż dziadek do pawia nie jest podobny, oderwała się od swoich figur tanecznych Majusia i filuternie się zaśmiała. Tak, pawie widzieliśmy wszyscy i już tęsknimy za Uniejowem, odparłam.

A teraz kochane najmłodsze wnuki chciałam was zaprosić . Zainteresowali się wielce, licząc widać na jakieś ciekawe wydarzenie zabawowe. Nie, to nie będzie zabawa. Teraz przeczytamy fragment pamiętnika waszego pradziadka Jana Konopielko. Wiemy, mamy ten pamiętnik powiedzieli wszyscy zgodnym chórem. Fajnie, że jest wydrukowany, ma ładną okładkę ze złotym napisem a w środku tyle naszych zdjęć. Nawet ja tam jestem, powiedział Patryk, widziałem to zdjęcie, jestem taki mały, że umiem tylko pełzać po ziemi. Tak wszystkie zdjęcia są super, babciu. Lubimy ten pamiętnik, oglądamy sobie, jak już znudzą się nam zabawy, zwłaszcza wieczorem to wtedy  rodzice nam czytają. A teraz już będziemy czytali sami, chociaż to miło słuchać, jak czytają rodzice powiedział Mikołaj.

Otwieramy więc Pamiętnik Jana Konopielko i czytamy o tym, jak go niesłusznie oskarżono. Rosjanie, to byli, prawda babciu, rzekł Wiktor. Tak, Wiktorku to byli źli Rosjanie, bo są też dobrzy. Ci źli nie lubili Polaków a szczególnie takich, którzy byli wykształceni i którzy dbali, żeby nasz kraj nie  umarł. A dziadek Janek był nauczycielem. I co, chciał walczyć o Polskę? Spytała Majusia. Jeszcze więcej, on uczył dzieci naszego języka i opowiadał historię Polski. Taką prawdziwą historię powiedział Wiktor. Wiem coś na ten temat, słucham w telewizji mówią o tym, żeby uczyć innej historii niż ta prawdziwa. Masz rację, Wiktorku, może tak być i wtedy babcia będzie wam opowiadała jak było naprawdę. Tak jak kiedyś opowiadała mi moja mama, powiedziałam.  Babcia Stefa?- tak Mikołajku babcia Stefa. Też była nauczycielem, poważnie potwierdził Patryk. Tak więc dziadek Janek jako polski nauczyciel był uważany za wroga Rosjan i dlatego go aresztowano. Mama nam czytała jak był w więzieniu i jak potem jechał daleko do jeszcze gorszego więzienia. Tak, do łagru  w dalekiej tajdze, Mikołajku. I tam tęsknił za rodziną i za Polską. I tam były święta bez najbliższych. I nie został w dalekiej ziemnej krainie , wdeptany w błoto jak mój wujek. Oooo babciu, o tym twoim wujku nie wiemy. Kiedyś wam opowiem. Pradziadek Janek ocalił życie i po 12 latach wrócił do Polski,  do swojej żony i do synów..

Jak myślicie? Dlaczego tam nie umarł.

Bo był silny, odparł Mikołaj.

Zdrowy a nawet zahartowany dodała Majusia.

Bo kochał  rodzinę i chciał żyć dla swoich synów szepnął Wiktor.

Tak, tak synów, takich jak my, tata nas też bardzo kocha , uzupełnił Patryk.

To teraz cisza, kochani, czytamy:

 

 „….  Swoje święta, jak : Wielkanoc i Boże Narodzenie spędzałem przeważnie wieczorem po pracy.

Siadałem gdzieś w kąciku nary, wyjmowałem dwie pajki chleba po 350 gram i dwie porcje cukru po 27 gram.

Wszystko to układałem na białym ręczniku i stawiałem blaszaną miseczkę kawy. Osładzałem ją jedną porcją cukru, a drugą porcją posypywałem już pokrojony chleb.

Żegnałem się i zacząłem spożywać swoje zaoszczędzone dary w ciągu ostatniego dnia. Myślami byłem wśród żony i synów, rodziców, braci i sióstr.

Jak oni spędzą ten wieczór- czy są zdrowi i żywi.

Jak upływa życie kochanej żonie i kochanym synom?. Z pewnością lepiej niż mnie. Pragnąłem, żeby wytrzymali to nieszczęście.

Ja nie dopuszczam myśli, że się z nimi nie zobaczę.

Jestem tego zdania, że niewinna kara nie będzie taka bezlitosna.

Jeszcze się – Kochani- zobaczymy i wspólnie będziemy się cieszyli przy jednym stole.

Oby się te marzenia ziściły.

Oblewałem rzewnymi łzami te myśli i błogo mi się robiło, że jeszcze żyję, że najgorsze mam już za sobą.

   Wigilijną wieczerzę Bożego Narodzenia 1948 roku kończę.

Wszystek chleb ocukrzony zjedzony i wypita słodka kawa. Zasypiam z myślami , że jestem z Wami…..”

 

 bombka2.JPG

 

 

PS

Niech Wam, nie będzie przykro Kochani, którzy zajrzycie do tego blogu.

Bo wnuków może nie macie albo gdzieś w świecie bujają szerokim, albo tylko czasem zadzwonią, bo czasu nie mają na odwiedziny , a ich dorosłe życie gdzie indziej i z kim innym.

Niech Wam nie będzie przykro, bo te wszystkie Pogaduszki to tylko moje świąteczne bajanie.

Zdrowych , przeżywanych w ciszy podniosłej i relaksacyjnej Zadumie ale i Optymizmem Radosnych Świąt Bożego Narodzenia życzę….

Pogaduszki z Mikołajem.

z Majką.JPG

Z M. kilka lat temu

 

 

 

Pogaduszki z Mikołajem.

I znowu inny temat się tutaj wplótł , wypierając  planowane. Pani Konopnicka nadal czeka cierpliwie, bo właśnie wdarł się Mikołaj.

No, cóż tak jest, że trzeba wchodzić przebojem, wciskać się do głowy, tupać niecierpliwie przy moim krześle komputerowym, a właściwie zwykłym krześle ogrodowym ( bo wysokość wydawała się odpowiednia) przystawionym do stołu w dużym pokoju, gdzie laptop się rozsiadł. Tak więc uległam owemu tupaniu, blokowaniu klawiszy i tym podobnym zabiegom i ostatecznie poddałam się Mikołajowi.

Stanął przy mnie i mówi. Przecież przed kilkoma dniami były moje imieniny.  A nawet wtedy przyszedł do nas Św. Mikołaj.

Opowiedz mi coś o Mikołaju. Tylko krótko, bo jak wiesz ludzie z mojego pokolenia lubią krótkie teksty. Nie chcemy czytać długich, bo nudne. Odparłam, że moje pokolenie cierpliwie czytało nawet Kraszewskiego, którego Ty pewnie nigdy nie weźmiesz do ręki. Ale  „O Krasnoludkach i sierotce Marysi Konopnickiej” przeczytam, rzekł, obiecałem sobie gdy byliśmy w Bronowie, w dworku tej pani pisarki. Niech no tylko nauczę się czytać…

Wróćmy więc do Mikołaja, powiedziałam. Zgodził się bo taki był zamiar na początku naszego spotkania.

Właśnie minął  kolejny 6 grudnia , Twój dopiero 5, ale mój …. Mój Boże, ileż już takich dni było, jak ten czas leci. Zdziwił się że tych moich lat minęło już tyle, chociaż widziałam, że podana przeze mnie cyfra była dla niego abstrakcyjna. No cóż, jemu nawet starsze o kilka lat dzieci wydają się dorosłe.

Westchnęłam, właściwie w moim dzieciństwie prezentów na Mikołaja nie było, a tylko  jakaś mała szara paczuszka i to dopiero pod choinką.

Mikołaj zasępił się, jak to nie było  prezentów pod poduszką paczek różnokolorowych, z szeleszczącym papierem i wstążeczkami. Zawsze je zbieram, bo się przydają na następny rok.  Bo to były lata 50 ubiegłego wieku, odparłam, czasy powojenne były biedne, zgrzebne i szare. Nie rozumiem co znaczy zgrzebne. To takie stare nazwanie i oznacza byle jakie, bez ozdóbek i kolorów. Aha.

Nie wiem po co to Tobie opowiadam, i tak nie zrozumiesz.

A właśnie, że rozumiem bo w telewizji pokazują biedne dzieci, dla których robiliśmy w przedszkolu paczki. One nie chcą się przyznać do tego, że są biedne. Żeby im  nie było  z tego powodu przykro, nasze paczki wręczają im obcy ludzie.

Już tematu nie rozwijaliśmy , jedynie pochwaliłam, że to dobrze. Dobrze, że są ludzie którzy mają złote serca i się dzielą z innymi.

    Potem opowiadałam mu o mojej choince z dzieciństwa. Była wysoka pachnąca lasem i ozdobiona różnymi gwiazdkami z papieru i łańcuchami, które robiliśmy sami. Nie pomnę, czy były jakieś bombki. Może tak, może nie. Ale na pewno mój tata a Twój pradziadek przyczepiał specjalne klamerki  do gałązek i ja przyczepiałam . Klamerki miały takie gniazdko na świeczkę . Wkładaliśmy tam prawdziwe świeczki które zapalaliśmy przed Wigilią uważając, żeby któraś nie oszalała i nie podpaliła naszej choinki.

Popatrzyłam na Mikołaja. Zauważyłam jak pociemniał błękit jego ocząt. To było super, babciu wykrzyknął. Bardzo chciałbym mieć takie świeczki na choince no i oczywiście je zapalać. Wyjaśniłam, że teraz takie czasy, że nie tylko światełka są trochę sztuczne, ale nawet choinki bywają sztuczne. Temat się zrobił trochę niebezpieczny, bo pewnie dalsza rozmowa dotyczyłaby wymuszania zapalania prawdziwych świeczek na choince i w efekcie  jego rodzice zmyliby mi za to głowę.

     Dlatego też zmieniłam temat na świąteczne zapachy.  Wiesz, moja mama  dużo wcześniej, zanim przyszły święta wypiekała małe pierniczki i  co roku chowała je  w różnych miejscach, bym się nie dobrała przed czasem. Gdy zbliżały się święta, codziennie wracając ze szkoły  niuchałam, czy już coś specjalnego pachnie w kuchni. Gdy pachniało pięknie , pierniczkowo , od razu przystępowałam do szukania.  Myszkowałam po domu, zaglądałam nawet w mysie dziury i zawsze znajdowałam to, co mama przede mną  ukryła. Pamiętam ,  że kiedyś schowała je  w wielkim garnku z pokrywą do gotowania słoików z kompotami, który stał sobie jak zwykle pod stołem w kuchni i właściwie był niewidoczny, zasłonięty ceratą zwisającą ze stołu. Przeszukałam kuchnię i okolice, aż wreszcie zajrzałam pod stół. I ta kryjówka okazała się dla mnie za łatwa. Zabrałam się za chrupanie.  Mama się zdziwiła, że je znalazłam, ale nie krzyczała widząc, że  wszystkich nie dałam rady zjeść. Po prostu było ich za dużo na mój w końcu dziecięcy żołądek.  Tak więc pierniczki dotrwały do Wigilii.  Och, mój Gorzów pachnący piernikami, daleko już poza mną, westchnęłam.  

Mikołajek załapał temat. Uwielbiam piec pierniczki z siostrą i rodzicami a czasami też zapraszają nas ciocie na specjalny pierniczkowy wieczór . Ja obsypuję je maleńkimi okrągłymi cukiereczkami kupionymi w sklepie. Są piękne i bardzo smaczne. Mniam mniam….

Nasze pierniczki nie były ozdabiane cukiereczkami. Jak to? Tak to, odparłam. Po prostu takich smakołyków  w czasach mojego dzieciństwa nie było. Niemożliwe , może źle szukałaś, nie znalazłaś odpowiedniego sklepu, albo należało pojechać do jakiegoś centrum handlowego, albo delikatesów Piotra i Pawła, zresztą sam nie wiem gdzie. Ale na pewno gdzieś byś znalazła, gdybyś tylko zechciała.

No, cóż, wzruszyłam tylko ramionami.

I tak mały nie zrozumie…..

Chciałam zakończyć tę rozmowę, bo dziennik TVN się zbliżał, a tego rządowego nie oglądamy, ale Mikołaj nie ustępował. Miało być dużo i miało być o Mikołaju.

O Mikołaju będzie następnym razem. Zgoda. Jesteśmy umówieni, przybił „ żółwika” na pożegnanie i poszedł na strych szukać skarbów. Już się wdrapywał na schody, ale jeszcze wrócił. Powiedział:

Tylko obiecaj, że kiedyś pojedziemy  do miasta, gdzie się urodziłaś i gdzie byłaś mała taka jak ja i gdzie nie sprzedają kolorowych cukiereczków.  Mikołajku, już teraz tam można kupić wszystko to o czym zamarzysz, także kolorowe ozdoby na pierniczki. Ucieszył się, choć nie dowierzał. Odebrało mi mowę, bo jak małemu wyjaśnić, że „…czas jak rzeka, jak rzeka płynie, Unosząc w przeszłość tamte dni…” Niemen mi tylko zaśpiewał w głowie.  Tak, do babci Gorzowa kiedyś pojedziemy, obiecałam, zdając sobie sprawę, że rzucam słowa na wiatr. Jednak znając wyśmienitą pamięć i konsekwentny upór mojego wnuka, tak łatwo się nie wymigam…..

 

 PierniczkiGazetaWrocławska.jpg

Losy moich Rodziców. Zaproszenie…

Po pewnym czasie, może po roku znajomości, może później,  Wacław przyszedł z zaproszeniem od swoich rodziców . Proponowali oni, by spędziła  z nimi święta.  

Stefa była zaskoczona, a może i trochę dumna, że znajomość z Wacławem nabiera innych wymiarów.

Jeśli już jego rodzice wiedzieli o zakochaniu syna, akceptowali tę obcą w tutejszych stronach dziewczynę i chcieli ja poznać, ba nawet z nią spędzić świąteczny wieczór, to mogła się poczuć szczęśliwa.

Początkowo nie chciała się zgodzić, przecież najnormalniej w świecie była zawstydzona i zalękniona, jak takie spotkanie może wyglądać. Przekonywał tak gorąco, że w końcu uległa . I drżeniem serca oczekiwała na ten może najważniejszy wieczór w jej życiu….

Wacław był spokojny, bo już zdążył ją trochę poznać. A może niepokoił się tak samo jak ona. Przecież taka sytuacja w jego życiu zdarzała się po raz pierwszy. Jego ukochana musiała zdać najprawdziwszy egzamin z dojrzałości, czekała ją  konfrontacja z rodziną . Wiedział jak zachowuje się w towarzystwie równolatków, czuł jej lęki, zażenowanie, mimo, że tego nigdy nie okazywała.

Była osobą zamkniętą, od dzieciństwa opanowywała uczucia, a może miała takie geny odziedziczone po swoich surowych przodkach ….