
Ten dzień niepowtarzalnych wrażeń musiał mieć swój koniec. Nadeszła więc pora pożegnania. Ze strony Pani domu było tak samo miłe jak powitanie, my dziękowałyśmy i zapraszałyśmy do Polski. Wyszłyśmy oczarowane i oszołomione wizytą gościnnością i nasycone przeżyciami.
Jak się okazało, jeszcze pozostało jedno pożegnanie. Przedtem nie widziałyśmy mieszkańca tego domu, milusiego szczeniaczka. Pewnie siedział gdzieś z synami, zamknięty. A szkoda, bo na pewno umilałby nam tę wizytę, która zresztą i tak obfitowała we wrażenia. Gdy już byłyśmy przy furtce, Stefan wrócił do domu i wyszedł z młodziutkim pieskiem w ramionach. Jak na razie była to dopiero miniaturka Dobermana , ulubionej przez Gospodarzy rasy. O tym piesku i innych potem zawsze było w listach…Po tym ostatecznym pożegnaniu wsiadłyśmy do samochodu pana Profesora, którym odwiózł nas do stacji metra. Rozstanie z gospodarzem było ciepłe i serdeczne . Na ponowne nasze zaproszenie do Polski odpowiedział, że na pewno się spotkamy, bo w kraju bywa często. Odwiedza rodzinę i przyjaciół. Gości u siebie wielu polskich muzyków, filharmoników i naukowców. Ma też wykłady we Lwowie, i wraca przez Warszawę. Tak więc od razu zrobiło nam się lżej, bo wizja spotkania w naszym kraju była sympatyczna.
Wsiadłyśmy do wagonu metra a w duszy jeszcze śpiewałyśmy oczi cziornyje…
