Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 8 ). Powaga i zamożność nauczycielskiego stanu i piękny festyn z ukochaną Helusią.


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku

 Pod koniec roku szkolnego otrzymałem pismo z inspektoratu szkolnego w Oszmianie, że  zostałem z urzędu przeniesiony z dnie pierwszego września 1932 roku do jednoklasowej szkoły w Rudni, znajdującej się o 3 km od miasteczka gminnego w Dziewieniszkach. Nie pytano mnie o zgodę na przeniesienie, bo korzystałem ze stypendium państwowego przez dwa lata w seminarium nauczycielskim w Wilnie.

Zanim się przeniosłem do nowej szkoły w Rudni, najpierw odwiedziłem ją. Podobała mi się ona. Znajdowała się o 300 metrów od stawu, na którym stał młyn z domem właściciela. Domek, w którym połowa jego była pod szkołą, wyglądał zachęcająco. Naokoło było pełno kwiatów: róż, georginii i innych. Tuż, o trzydzieści kroków od szkoły stał domek drugiego gospodarza. Właśnie z tym drugim gospodarzem umówiłem się, że będę u niego mieszkał i płacił miesięcznie 15 zł wraz z gotowaniem potraw z moich produktów.

Dwa tygodnie przed rozpoczęciem zajęć w szkole, na  gminnym koniu przewiozłem swój dobytek do nowego mieszkania- pokoju. Od kolegi- jeszcze ze szkolnej ławy w Wilnie kupiłem żelazne łóżko z siatką drewnianą i postawiłem je w swoim pokoiku. Do siedzenia gospodarz wstawił dwa taborety i zydelek z wiadrem do wody oraz stolik. Również gospodarz napełnił siana do materaca- siennika. To na razie było całe moje umeblowanie w moim mieszkaniu. Po paru tygodniach dopiero zrobiłem sobie sam etażerkę z desek młynarza i wstawiłem w kątek mieszkania. Do pokoju wchodziło się przez sień. Pokój miał trzy nieduże okienka, dwa wychodzące na ulicę- drogę prowadzącą do młyna i do miasteczka Dziewieniszek, a jedno na podwórko

      Całe wakacje szkolne spędzałem rodzinnej wsi u rodziców. Było mi u nich przyjemnie i miło. Mieszkańcy wsi nie nazywali mnie już Jaśkiem , ale „ Panem Janem”. A więc odzywali się do mnie z szacunkiem i powagą. Nie szczędzili mi wyrazów uznania i podziwu , że się pierwszy wybiłem wśród młodzieży w tutejszej gminie.

I rzeczywiście byłem pionierem nauki  w tych okolicach. Zazdrościli mi wszyscy: jak rówieśnicy, tak i starsi. Rodzice moi i całe rodzeństwo także byli dumni ze mnie i z moich sukcesów.

 W domu panowała radość i szczęście. Brat młodszy, Piotr poszedł się uczyć na krawca, a brat najmłodszy- Mateusz zaczął uczęszczać do szkoły handlowej w Smorgoniach. Siostra Anka też zgłosiła chęć pójścia na naukę na krawcową. Za naukę wyżej wymienionych obiecałem opłacać ja, który poczułem się do wdzięczności za pomoc mi w czasie moich studiów trwających sześć lat.

Czas wakacji upłynął mi na odwiedzaniu kolegów i koleżanek . Wspólnie z kolegą wizytowaliśmy koleżanki w ich domach u rodziców. Urządzaliśmy tam potańcówki. W każdą niedzielę jeździłem do swej niebogiej, kochanej Helusi ( późniejszej żony- przyp.Z.K.), która mieszkała u rodziców o 8 km od mojej miejscowości.

             Będąc u niej, ułożyliśmy plan następnego spotkania  w Wejstomie , gdzie odbywał się wielki” fest”- uroczystość kościelna. Ona przyjechała swoim wozem, najpierw do swoich krewnych  do Konstanpola, a stamtąd do kościoła znajdującego się o 7 km w Wojstomie. Ja też miałem w tej miejscowości swoich krewnych , ale od razu na uroczystość przyjechałem rowerem.

Spotkaliśmy się , oboje wniebowzięci. Pełni szczęścia , wśród tłumu ludzi spacerowaliśmy po ulicy niebrukowanej pełnie zadowolenia i dumy z siebie, że jesteśmy razem. Zauważyli nas moi koledzy też spacerujący i przyłączyli się do nas. Przedstawiłem im swoją bogdankę, jako siostrzyczkę w Chrystusie. Żartów i śmiechu było pełno. Każdy stara się czymś zaimponować mojej siostrzyczce. Po dwugodzinnym spacerze żegnamy się.

My wracamy do swojego- jej wozu. Ja proponuję – żeby pojechała ze mną na rowerze moim do swoich krewnych. Zgadza się.

Więc kupuję cukierków dla niej i dla dzieci krewnych .

Siadamy na rower i mkniemy osiem km do celu- Konstanpola. To przestrzeń niedługa, ale jechać trzeba powoli i uważnie, bo dużo ludzi maszeruje tą ścieżką do kościoła.

Mkniemy i dzwonimy.

Piesi ustępują z drogi- ścieżki- szybko z małym podskokiem i wesołym krzykiem.

Za pół godziny byliśmy już na podwórku jej stryjostwa. Obdarowaliśmy wszystkich słodyczami. Z kolej gosposia zaprosiła nas na podwieczorek. Najedliśmy się do syta smacznej babki z masłem, kiełbasą, zapiliśmy mlekiem. Resztę czasu wieczornego spędziliśmy na spacerze po sadzie pełnym gruszek, jabłek i kwiatów.

Gdy już zaczęło ciemnieć przyszliśmy na podwórko, gdzie czekał nas stryjek z pościelą do spania w stodole.

W tej ogromnej stodole na dole kopy pachnącego siana położyła się moja „ siostrzyczka” , a je ze stryjem popełzliśmy wyżej na kopę siana i tam urządziliśmy sobie spanie.

Obudziłem się i spostrzegłem, że stryja obok mnie nie ma. Głośno spytałem, czy wszyscy już wstali?

Dał się słyszeć głos ukochanej Helusi.

Popełzłem, żeby ją wyciągnąć z siana, a ona w tej chwili uciekła ze swojego gniazda i szła już do studni, by się umyć.

Ja też skierowałem swe kroki do wody, gdzie już stryjenka jej stała z ręcznikiem i zapraszała na śniadanie. Po smacznym posiłku składającym się z blinów kartoflanych- ślicznie myśmy podziękowali za wszystko i ruszyliśmy w drogę do domu.

Ona koniem, a ja rowerem obok wozu.

Za wsią Mickiewiczami na rozstajnej drodze pożegnaliśmy się , bo jej droga do domu szła w lewo, moja prowadziła w prawo.

Z wielkim żalem ucałowałem jej rączki i gorące usteczka.

Słowami: Bądź zdrowa , pomknąłem na swym błyszczącym” rumaku” – rowerze.

     W domu, w swoim pokoju nikogo nie było. Jakoś smutno mi się zrobiło i na płacz się zbierało. Czułem się tak , jak czuje się naprawdę zakochany. A byłem, byłem w takim stanie. Żeby rozwiać te uczucia rzewności, wyszedłem z mieszkania, a spostrzegłszy stojący rower pod ścianą domu , zarzuciłem nogę na siodełko i pomknąłem do leśniczówki, znajdującej się o dwa kilometry. Tam spotkałem stojącą na balkoniku dawną znajomą, córkę ( obecnie mężatkę za leśniczym) mojej pani profesor w seminarium nauczycielskim w Borunach, gdzie uczyłem się przez cztery lata. Po przywitaniu i krótkiej wymianie paru słów, pożegnałem ją, bo powiedziała, że czeka na męża z gośćmi na obiad, nie raczyła nawet zaprosić mię do mieszkania na herbatę.

To oziębłe, nieuprzejme zachowanie tej znajomej pani, było dla mnie poniżeniem, które rozżaliło mnie tak, że po powrocie do domu, do swojego pokoju , rozpłakałem się.

Brat starszy, który wszedł do mieszkania w czasie mego beczenia, podszedł do mnie i powiedział, że nie warto ronić łez.

To prędko minie, on także płakał po swojej dziewczynie, która wyszła za mąż  ….

c.d.n.