Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. „Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” cz.1.

 ” Pamiętnik Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” jest  rocznikiem  zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego.   Ukazuje się od 1837 roku. Artykuł ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”  znajduje się w rozdziale : Szpitale Warszawskie w tomie  CXXXIV: nr 2/1998. Jego autorem jest dr  Maria Barbara Chmielewska- Jakubowicz , 

 

” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 1 ).

 

 << Zagadnienie lecznictwa dziecięcego praktycznie do XIX wieku nie istniało. Dzieci ludzi bogatych leczone były sporadycznie przez lekarzy internistów, młodsze zaś przez lekarzy położników. Natomiast chorujące dzieci biedoty miały z góry wypisany wyrok na życie. A właśnie te najczęściej zapadały na zdrowiu z powodu biedy, głodu, żyjąc w zatłoczonych, wilgotnych mieszkaniach, w złych warunkach sanitarno- epidemiologicznych.

     Istniejące od lat domy dla podrzutków, dzieci niechcianych, panieńskich, okrytych hańbą, przyjmowały te istoty, nierzadko upośledzone fizycznie czy umysłowo. Te zakłady filantropijne lub organizowane przez fundacje religijne ( zakony) czy społeczne były ubogie, cieszyły się złą sławą. Z powodu skąpych środków finansowych dzieci żyły w brudzie, niedostatku, wśród szerzących się chorób zakaźnych. Następowały liczne masowe zgony wśród wychowanków.

     Wysoka śmiertelność, niedożywienie, złe warunki bytowe przy wzrastającej liczbie porzucanych dzieci w wiekach XVII i XVIII stawały się zagadnieniem społecznym nie tylko w Polsce, ale także w wielu krajach europejskich. Dotychczasowe domy dla podrzutków, zakłady u zakonnic dla sierot starano się przekształcać w oddziały szpitalne w celu leczenia dzieci.

     Pierwszy szpital dla dzieci powstał w Londynie w 1779 roku, a więc już w końcu XVIII wieku , w ślad za nim w Paryżu ( 1802) i tak w rozwoju pediatrii od początku XIX wieku prym wiodła Francja. Następne szpitale dziecięce powstawały w Wiedniu ( 1837) , Sztokholmie ( 1845) , Padwie ( 1882), Petersburgu i w innych miastach europejskich….>>

Na medycznej ścieżce. Zmiana pracy.

Temat zmiany pracy ożywa w niespodziewanych okolicznościach.

 

Temat ożył w zupełnie innych okolicznościach.

 Gdy urodziłam Palinkę i przeszłam na urlop bezpłatny, postanowiłam wykorzystać ten czas nie tylko na dyżury ale też na  staże do specjalizacji II stopnia, którą już otworzyłam.

Wiadomo było, z jakim trudem otrzymałam te poprzednie delegacje ze szpitala do I stopnia specjalizacji.

Cudem by było oddelegowanie mnie po powrocie z rocznego urlopu.

Ponieważ w czasie stażu był duży luz, można było się spóźniać , wychodzić wcześniej a nawet w uzasadnionych przypadkach nie przychodzić, wyobraziłam sobie, że czas urlopu jest do tego celu idealny.

Wybór CZD nie był przypadkowy, gdyż znając Anie i wiedząc o pobłażliwości  Pani profesor Wyszyńskiej mogłam liczyć na jeszcze większy luz stażowy.

Zadzwoniłam do Ani, oczywiście nie było problemu z miejscem stażowym i zgłosiłam się do tej sezonowej pracy.

Ale okazało się, że zażądano ode mnie skierowania z podstawowego miejsca zatrudnienia .

Wydawało się to zwykłą formalnością.

Ale okazało się progiem nie do przebycia.

Ufnie udałam się do Pani Dyrektor Oziemskiej, przedstawiłam prośbę i zupełnie nieprzygotowana na odpowiedź odmowną, dostałam przysłowiowym obuchem w głowę.

Otóż Pani Dyrektor oznajmiła, że nie może dać mi takiego skierowania, bo nie jestem jej pracownikiem.

 Zapytałam tylko, jak to, przecież czuję się bardzo związana z tym szpitalem, dyżuruję i tylko tutaj chcę  dalej pracować.

Nawet nie walczyłam , przecież prawo było za mną , gdyż pozwalało na odbywanie różnych studiów w czasie urlopu wychowawczego a cóż dopiero zwykłych staży.

Zachwiałam się i nieprzytomnie wybiegłam z gabinetu.

Nie wiem jak się znalazłam w mojej ukochanej dyżurce, rozryczałam, opowiedziałam o rozmowie i długo nie mogłam się uspokoić.

Ja, tak bardzo zakochana w Siennej, wierna do bólu nie jestem ich.

Nie mogłam uwierzyć, że coś takiego mnie spotkało.

Zostałam wykluczona…

O ile pomnę zbiegli się koledzy i bardzo mi współczuli, pocieszali…

Powoli dochodziłam do siebie, w tramwaju dojrzewałam, mam nadzieję, że nikt nie widział moich zaryczanych oczu.

Gdy wróciłam do domu, nie miałam już wątpliwości.

Nie mogę  wrócić na Sienną , nic mnie nie wiąże, nie jestem ich człowiekiem..

Pomimo braku skierowania rozpoczęłam staż, po zakończeniu uzyskałam podpis pani Profesor oraz  kolejną propozycję pracy w Jej zespole. Był to już ostatni dzwonek, gdyż pozostał tylko jeszcze jeden przydzielony etat dla tego zespołu. Przypominam, że CZD było jeszcze w trakcie organizacji.

Tym razem odpowiedziałam twierdząco.

Zanim udzieliłam tej odpowiedzi, Pani Profesor mnie namawiała , radziła, by zmieniać pracę, bo to sprzyja rozwojowi.

Przekonywała, że praca to nie ślub, który trudniej rozwiązać.

Że warto podjąć pracę w  tej ważnej wtedy placówce jakim było CZD,  rozejrzeć się po świecie, poznać to miejsce i najwyżej odejść.

Pani Profesor mówiła, że nawet jeśli popracuję u jej boku tylko przez rok, to i tak wystarczy by mieć pogląd.

Gdy się zgodziłam, miałam wrażenie, że jeśli wytrzymam tutaj tylko rok, to będzie dużo.

Ale jak się okazało, utknęłam w tym miejscu przez kolejne 23 lata, aż do emerytury .

Oczywiście praca w CZD była ciekawa. Taki był zwyczaj, że każdy z kolegów poza zwykłą pracą w oddziale otrzymywał zadanie by zajmować się dziećmi z określonymi problemami nefrologicznymi . Ja otrzymałam zadanie, by „prowadzić „dzieci u których występował objaw zwany krwiomoczem.

Zwykle  pacjenci byli już wcześniej diagnozowani w Przychodniach Nefrologicznych w całej Polsce lub w Oddziałach Dziecięcych a następnie po zaakceptowaniu przez Prof. Wyszyńską specjalnego wniosku na dalsze leczenie w CZD, otrzymywali termin wizyty w Poradni Nefrologicznej CZD .  

Pani Profesor dawała swoim asystentom dużą swobodę, kontrolując tak, że właściwie w ogóle tego nie odczuwaliśmy….

 

 

 

Na medycznej scieżce. Dawny Szpital im.Dzieci Warszawy…

I jeszcze kilka zdjęć z mojego dawnego szpitala, wykonanych w czerwcu 2013 roku. Gdy wchodziłam do tego budynku, czułam przyspieszony rytm serca. Pozostał moją jedyną taką miłością….o jego historii i ludziach napisałam wcześniej w tym samym rozdziale…

 

 

 

1.JPG

 

 

Szpital po prawej

 

 

 

2.JPG

 

 

 

Szpital po prawej, widok z ul. Śliskiej. W głębi po lewej wieżowiec proj. Libeskinda w budowie…

 

 

 

 

2a.JPG

 

 

Widok od Siennej. Opisywany już przeze mnie taras na drugim piętrze, gdzie w czasie, gdy tam pracowałam, chore  niemowlęta nabierały sił po przebyciu ciężkiej infekcji jelitowej…

 

 

 

2b.JPG

 

 

 

Ten sam taras, widok od Śliskiej.

 

 

 

3.JPG

 

 

 

Ocalałe szczątki tablicy upamiętniającej darczyńców….

 

 

 

4.JPG 

 

 

Klatka schodowa, którą przemierzałam niezliczoną ilość razy, często biegiem, pędząc na pomoc chorym dzieciom…

 

 

 

5.JPG 

 

 

..widok z poziomu trzeciego piętra..

 

 

 

6.JPG

 

 

Droga do nieba…

 

 

TarasGĂłrnyPtak.JPG

 

 

 

…a może to odwiedziny zaprzyjaźnionego ducha…górny  taras w koronach drzew…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Szpitalne tarasy.

Szpitalne tarasy

 

W okresie letnim, kiedy było pięknie  na dworze, nasze niemowlaki leżakowały w  ciepłym cieniu na przyoddziałowym tarasie.

Szpital miał dwa piękne tarasy. Gdy na nie patrzyłam, byłam pełna szacunku dla wyobraźni architekta tego szpitala.

Jeden taras był ogromny, na ostatnim, trzecim piętrze , przy oddziale żółtaczkowym . Tam , pod wielką markizą  bawiły się nasze chore dzieci, oraz czasami urzędowaliśmy my, lekarze, wynosząc tam swoje biurka.

A na drugim piętrze , czyli przy oddziale biegunkowym taras był nieco mniejszy, bardziej kameralny, położony bokiem do ulicy Siennej i Śliskiej. To właśnie tam  wynoszono małe łóżeczka i na świeżym powietrzu dzieciaki zdrowiały szybciej.

Wprawdzie można było mieć podejrzenie, że to powietrze wcale nie było takie ożywcze, gdyż szpital znajdował się w samym centrum Warszawy.

Ale oba tarasy były ukryte w koronach wielkich drzew, które otaczały szpital.

Śpiewały ptaki, szumiały gałęzie i była to namiastka raju dla naszych chorych….i dla nas.

     Jak bardzo mi brakowało takich tarasów w CZD. Architekt tego obiektu, pomimo że gmach  CZD  został  kiedyś tzw. Misterem Warszawy, zaprojektował dzieło monumentalne, ogromne surowe nieprzyjazne. Gmaszydło to upstrzone jedynie rzędami i szeregami stosunkowo niewysokich nigdy nie otwieranych okien , górowało nad piękną mazowiecką leśną krainą , kłuło błękitne niebo , raziło w oczy i ogólnie odstraszało.

Chyba przybywające tutaj dzieci odbierały go podobnie i czuły się jeszcze bardziej przerażone.

A może wcale tego tak nie odbierały jak ja a ich rodzice od razu pokornie pochylali głowy widząc ten monument.

Na naszym , 9 piętrze, gdzie mieścił się nasz Oddział Nefrologii był maleńki balkonik, a właściwie loggia i czasami tam gromadzono chore dzieci.

Gdy patrzyłam na tą niewielką zamkniętą przestrzeń, wyłożoną zieloną plastikową trawą, bez drzew za oknem, gdzie jeno zaglądało niebo,  wracałam myślami do mojego starego szpitala….